Czy wiesz czym jest szczęście?

Urodził się w ubogiej rodzinie jako bękart. Jest owocem romansu jego matki z żołnierzem z pobliskiej jednostki wojskowej. Nigdy nie poznał swojego biologicznego ojca. I choć ojczym zaakceptował go, po ich rozwodzie poszedł za matką. Ostatecznie jednak zamieszkał u swojej ciotki, która go wychowywała. Był zdolnym uczniem, ale złe zachowanie i zła nauka sprawiły, że w szkole wciąż miał problemy. Zafascynowany rock and rollem założył zespół. Zaczął występować w nocnych klubach. Tutaj zaczęła się jego przygoda z narkotykami. Ożenił się, a ponieważ jego zespół był coraz popularniejszy, manager nakazał mu utrzymywanie tego małżeństwa w tajemnicy.  Niebawem w jego życiu pojawiła się inna kobieta. To dla niej rozwiódł się ze swoją żoną. Zaczął fascynować się medytacją transcendentalną, którą zresztą po latach zanegował. Jak i całą religijność jako taką. Za swoje poglądy i narkotykową przeszłość był inwigilowany przez FBI. Wdał się w kolejny romans i na oczach swojej drugiej żony zdradził ją. Małżeństwo zaczęło przeżywać poważny kryzys. Żona wyrzuciła go z domu. Po jakimś czasie przyjęła go z powrotem, ale na jej warunkach. Między innymi musiał oddać jej kontrolę nad finansami i zacząć stosować akupunkturę (sic!). Niebawem popadł w depresję i wrócił do narkotyków. Trzy lata później został zamordowany przez szaleńca na progu swojego domu. O kim to? Pewnie niektórzy się zorientowali. John Lennon. Człowiek legenda. Jeden z najbardziej spełnionych artystów w historii. Jeden z 10 najbardziej wpływowych ludzi wszech-czasów w Wielkiej Brytanii. Bogaty i sławny. Ale czy szczęśliwy?

Jestem jednym z tych, których urzekł jego talent. Zawsze miałem kontakt jedynie z jego twórczością. Ale niedawno zanurzyłem się w jego biografii. I wiecie co? Żal mi się chłopa zrobiło. Wychowany w rozbitej rodzinie sam powtórzył ten dramat w swoim dorosłym życiu. Skonfliktowany ze światem i z Bogiem. Depresja, narkotyki, rozwiązłe życie. I ta bezsensowna śmierć, która jakby nie patrzeć, jest straszną ceną za jego sławę. I ten jego cynizm wyczuwalny w tekstach i sposobie bycia. Chyba za mało miłości dostał. Tak myślę. 

Dwa dni temu poznałem rodziców niepełnosprawnej dziewczynki. Poważna sprawa. Wózek inwalidzki, rehabilitacja, opieka non stop. Hard core. I wysłuchałem krótkiego świadectwa jej mamy. Usłyszałem, że ta niepełnosprawna dziewczynka jest dla jej rodziców największym życiowym błogosławieństwem i że codziennie proszą Boga, by żyła jak najdłużej. Bo dzięki niej mają szansą cudownie umierać z miłości. I usłyszałem, że są szczęśliwi. I ja im uwierzyłem. Zobaczyłem to w ich oczach. 

Powiedzmy to wyraźnie: szczęście to nie życie dla siebie, ale umieranie dla drugiego. Bo świat od zawsze próbuje nam wmówić, że jest na odwrót.

Adam Szefc Szewczyk