unsplash.com

Pod prąd

Człowiek nie ma szans na oryginalność absolutną. Już sam fakt, że został stworzony na obraz i podobieństwo wyklucza taką opcję. W każdym człowieku i w każdym przejawie jego działania zawsze znajdziemy pierwiastki, które upodobniają go do innych. Mniej lub bardziej. Pojęcie człowiek oryginalny jest umowne. Od tego ustalenia bym zaczął. Ale w ramach powielania znanych schematów można zmieścić całkiem spory wachlarz możliwości. Od bycia zwykłym plagiatorem po zdolność kreowania rzeczywistości, na które inni wcześniej nie wpadli. Są schematy, których nie da się nie powielać. A nawet trzeba. Są schematy, za którymi nie trzeba podążać. I takie, za którymi nie wolno.

Małpa

Mówi się, że jak naśladujesz, to jesteś małpa. Nie do końca. Jesteś człowiek. Powielanie wcześniej ustalonych schematów to elementarny warunek rozwoju. Na każdym etapie. Dlaczego dziecko urodzone w statystycznej polskiej rodzinie nie mówi po norwesku, nie jada pałeczkami i nie modli się w meczecie? Bo naśladuje schematy, którymi jest otoczone. Nasiąka nimi. One je formują. Różni bojownicy o "wolność i szczęście" naszych milusińskich zżymają się na taki, nazwijmy go, tradycyjny model wychowania. Przekonują, że dzieciaki powinny wybierać sobie światopogląd, płeć, planetę i powietrze, którym będą oddychać dopiero jak dorosną. Bo inaczej to jest indoktrynacja własnymi schematami. I jakoś tak się składa, że najbardziej obrywają tutaj katorodzice. Bo w tak zwanych "małżeństwach" typu Elton John i David Furnish o narzucaniu jakichkolwiek schematów ich tak zwanym "dzieciom" oczywiście nie może być mowy. Szlag mnie trafia. Rodzic jest od tego, by od początku wtłaczać (sorry za słowo) swoje dziecko w schematy, które uważa za dobre. Nie czekać, aż berbeć sam wpadnie na to, że kupę lepiej robić do nocnika niż w pieluchę. O tym, że niebo jest lepsze od piekła też lepiej wiedzieć jak najwcześniej.

Edukacja

To jest dopiero powielanie schematów. Pink Floyd w swoim kultowym Another Brick in the Wall śpiewają:

My nie potrzebujemy żadnej edukacji. My nie potrzebujemy kontroli myśli ani mrocznego sarkazmu w klasie. Nauczyciele zostawcie dzieciaki w spokoju. Hej, nauczyciele zostawcie dzieciaki w spokoju! Ostatecznie jesteście tylko kolejną cegiełką w tym murze. Ostatecznie każde z was jest tylko kolejną cegiełką w tym murze.

https://www.youtube.com/watch?v=HrxX9TBj2zY

Dobry wykładowca to ktoś, kto pomaga studentowi być najlepszą wersją samego siebie. Niestety, często uczniowie stają się gorszą wersją swojego nauczyciela. To kompleksy, brak kompetencji i arogancja. Zasady pisowni i ortografii są schematem uniwersalnym dla wszystkich. Ale charakter pisma i styl pisania już nie. Po charakterze pisma można rozpoznać człowieka. Grafolodzy są w stanie nie tylko określić kto pisał. Ale i to, jaki jest ten kto pisał. W szkole podstawowej siedziałem przez jakiś czas w jednej ławce z Grześkiem. Byłem zafascynowany charakterem jego pisma. Do tego stopnia, że brałem do domu jego zeszyty i zrzynałem. Po jakimś czasie byłem w tym na tyle dobry, że ktoś zaglądając do mojego zeszytu pomyślał, że to jego. To oczywiście zwykły plagiat. Potem naturalnie odszedłem od tego. Dzisiaj piszę niby po swojemu. Ale na pewno grafolog doszukałby się w moim piśmie śladów grześkowego pisma. Styl pisania to coś jeszcze bardziej subtelnego. To coś co sprawia, że bez problemu odróżniamy Tolkiena od Kinga i Conan Doyla od Mroza. Każdy styl ma swoje unikalne cechy. Ale też każdy styl ma cechy, które upodabniają go do innych. Zwykle tych wcześniejszych. Trudno posądzić kogoś takiego jak David Lynch o brak oryginalności w sztuce. Ale zobaczcie sobie jego Dune z 1984 roku, a potem czwartą część Star Wars. W zasadzie z każdym dziełem tak jest. Oryginalność względna.

LEGO

Chyba nie ma dzisiaj na świecie człowieka, którego by nie dopadły. Na ich przykładzie świetnie można pokazać czym różni się powielanie schematów od pójścia własną drogą. Duński producent zadbał o to, by ułożenie jakiegokolwiek zestawu nie sprawiało większych problemów nawet najmniej ogarniętemu amatorowi kolorowego plastiku. Zawsze dołącza instrukcję idioto-odporną. Kroczek po kroczku jest pokazane co dokładnie masz robić by osiągnąć sukces. Tamten klocuszek do tego, ten do tamtego, potem do góry nogami itd. To oczywiście powielenie schematu w najczystszej postaci. Mamy złożony zestaw. I co? I okazuje się, że nic. Trochę więcej energii pojawia się w zabawie (jak to w zabawie) i nasze klocki się rozpadają. To moje osobiste zdanie. Klockami LEGO bawi się średnio. Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero wtedy, gdy rozwalimy wszystkie nasze zestawy, wrzucimy je do jednej skrzyni, a instrukcje spalimy w kominku. Pojawia się szansa na autentyczną kreatywność. Ludzie potrafią z tych klocków układać alternatywne konstrukcje, które zachwycają. Jak tu.

https://www.youtube.com/watch?v=vQVeQ1UIAr0

Naprawdę szacun. Ale nawet ten klockowy geniusz musi bazować na pewnych wcześniejszych rozwiązaniach. Ktoś mu te klocki dał, coś zapłodniło jego wyobraźnię, ktoś mu wcześniej coś pokazał.

Muzyka

Mało jest przestrzeni tak idealnych do kreatywnego działania. Jan Sebastian Bach wyprzedzał swoją epokę na tyle mocno, że dopiero po śmierci doceniono jego geniusz. Ale nawet jego wyobraźnia musiała bazować na zaadoptowanych wcześniej schematach. Bach miał przecież swoich nauczycieli, którzy go w jakimś sensie programowali. Zawsze można się zbuntować przeciwko szkole i nie pozwolić się jej programować. Ale wtedy będzie nas programowało co innego. Beatlesi wywrócili muzykę rozrywkową do góry nogami. Trudno się nie zgodzić. Ale nie było by Beatlesów gdyby nie jazz i Chuck Berry. Nie  było by Beatlesów gdyby nie Bach. Paul MacCartney publicznie przyznaje się, że piosenka Blackbird jest bezpośrednim wynikiem inspiracji Bourre Emoll Jana Sebastiana Bacha.

https://www.youtube.com/watch?v=dJ2pyC5dxAQ

https://www.youtube.com/watch?v=JiL5JpUtjqY

 

Gitarzysta Eddie Van Halen jest powszechnie uważany za twórcę efektownej techniki tapping:

https://www.youtube.com/watch?v=8rFXwq97IhA

Odpadłem, gdy pewnego dnia zobaczyłem to:

https://www.youtube.com/watch?v=u7M8L1rAUsI

Ten koleś grał tappingiem i to nie mając gitary elektrycznej (co niebywale ułatwia sprawę) już w 1965 roku! Można by tak szukać tych podobieństw, plagiatów i podebranych pomysłów w nieskończoność. Nie o to chodzi. Ludzie zawsze będą się wzajemnie inspirować. Ciechowski świętej pamięci powiedział kiedyś, że wszyscy muzycy posługują się tymi samymi klockami. Starają się tylko układać je na różne sposoby. Też tak to widzę. Pójście własną drogą to ułożenie znanych klocków na swój sposób.

Wiara

Wchodźcie przez ciasną bramę, bo przestronna brama i szeroka ta droga, która wiedzie do zguby, a wielu jest tych, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna brama i wąska droga wiodąca do życia! Nieliczni są ci, którzy ją znajdują. Jezus Chrystus.

Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie. Zbigniew Herbert. Jan Paweł II go tylko zacytował.

Świat jest tak skonstruowany, że to co najcenniejsze występuje najrzadziej. Kruszców szlachetnych jest mniej niż bezwartościowego żelastwa. Zalewa nas kulturowy chłam, a dobra sztuka poukrywała się gdzieś na peryferiach świata. Dobrze, że w ogóle jest. Ludzi, którzy wymagają od siebie wiele zawsze było mniej niż tych, którzy niczego od siebie nie wymagają. Takie są fakty. Ciasna brama i wąska droga oznacza pójście pod prąd. Swojemu konformizmowi, lenistwu, egoizmowi. Pójścia drogą wartości, a nie przyjemności. Problem dzisiejszego świata polega na tym, że przyjemność człowieka stała się wartością nadrzędną. To dlatego możliwa jest rewolucja, która wysadza po kolei wszystkie fundamenty zdrowej cywilizacji. Co ciekawe, trujące owoce tej rewolucji sprytnie nazywa się określeniami znanymi i dobrze kojarzącymi się od zawsze: miłość, tolerancja, prawo wyboru. To trochę jak Hitler, który na symbol swojego klubu wybrał (jakby nie było) krzyż. Świat jest rwącą rzeką. Mam wrażenie, że z każdym rokiem rwącą bardziej. Dotarcie do źródła staje się coraz trudniejsze. Bycie oryginalnym to trochę obsesja współczesności. Ludzi przybywa, a każdy chce być tym jedynym, wyjątkowym i niepowtarzalnym. I zauważonym. To jest coraz trudniejsze. Ale czy konieczne? Zatrzymaj się i pomyśl, że w tym rwącym świecie masz niepowtarzalną szansę bycia prawdziwym outsiderem. Nie musisz powielać schematów neurotycznej populacji. Możesz pójść własną drogą. Pod prąd. Jeżeli robisz coś inaczej niż wszyscy, prawdopodobnie robisz to dobrze. Tłum nigdy nie będzie dobrym źródłem inspiracji.


unsplash.com

Rozwój osobisty vs wyścig szczurów

Albert Einstein powiedział: życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz się poruszać naprzód. Prędkość z jaką się poruszamy też ma znaczenie. Im szybciej, tym o tą równowagę łatwiej. Kiedyś w naszym miejscowym lunaparku była taka atrakcja pod tytułem Beczka Śmierci. To naprawdę była gigantyczna beka, do której się wchodziło w ilości kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu osób. Stawało się na jej górnej krawędzi tak, by móc dokładnie obserwować to, co dzieje się w środku. I nagle wchodziło do niej kilku motocyklistów. Odpalali swoje motory i zaczynał się warkotliwy show po wewnętrznej stronie Beczki Śmierci. Zasuwali po tych ścianach jak wariaci i nie spadali. Spadliby, gdyby się zatrzymali. Wiadomo, siła odśrodkowa. A Speed: Niebezpieczna prędkość z Sandrą Bullock to dopiero jest jazda. Autobus z kompletem pasażerów zaiwania przez Amerykę. Szybko. Jak zwolni poniżej 50 mil na godzinę, eksplodują podłożone w nim przez złego pana bomby. Akurat ten film ukazuje nam prawdę czasów. Choć pewnie jego twórcy nie mieli takiego zamiaru. 

Speed

Zostawmy na chwilę Einsteina i niewątpliwe błogosławieństwo wynikające z poruszania się do przodu. Pogadajmy o przekleństwie wyścigu szczurów. O obsesji gnania przed siebie i lęku przed zatrzymaniem. A nawet lęku przed zbyt dużym zwolnieniem. Jak w Speed. Pulsuje w nas ta obawa, że jak za bardzo zwolnimy, albo, nie daj Boże staniemy w miejscu, eksploduje z hukiem bomba życiowej porażki. Niespełnienia. Bycia gorszym od znajomych. Większość współczesnych coach’ów, mentorów i motywacyjnych mówców chętnie podpisałoby się pod myślą genialnego fizyka. Tylko czy oni na pewno wiedzą, o co mu chodziło? Śmiem wątpić. Hasło Wyścig szczurów definiuje się jako bezsensowną, bezwartościową i obarczoną syndromem króliczka pogoń za sukcesem. Materialnym, zawodowym, zdrowotnym, wizerunkowym. Jakimkolwiek, o którym może dzisiaj pomarzyć pasażer tego pędzącego autobusu naszej cywilizacji. Standardowym zjawiskiem jest dzisiaj podwyższanie przez pracodawców wymagań wobec pracowników dla wyższej racji jaką jest WIĘKSZA WYDAJNOŚĆ. Absurd odległej Japonii, gdzie już wiele lat temu ludzie dobrowolnie rezygnowali z urlopów dla tej wyższej racji, pomału puka do naszych drzwi. Praca stała się naszą religią. Toniemy w stresie, bo sprostanie wyśrubowanym wymogom coraz częściej po prostu nas przerasta. O korponiewolnictwie można by kręcić film za filmem. Byłyby równie mocne jak te o murzynach w Ameryce. Socjologowie biją na alarm. Problemem jest już nie tylko sama intensywność pracy. Też czas na dojazd i odjazd z niej. A także to, że zawodowe problemy przynosimy do domu. Pierwszą ofiarą tej rzeczywistości jest niestety nasze życie rodzinne. Praca zabija rodziny. Praca zabija nasz wypoczynek. Praca zabija korzystanie z dobrodziejstw cywilizacji, które (paradoksalnie) dzięki tej pracy mamy. Fakt jest taki, że od drugiej połowy XIX wieku przeciętny Kowalski w przeciętnym uprzemysłowionym kraju z każdym rokiem pracuje coraz więcej. Zapytaj go, czy jest z tego powodu bardziej szczęśliwy.

Escape

Tego nie da się zatrzymać. Nie chcę zasiewać pesymistycznych wizji, ale sytuacja zabrnęła już za daleko, by ją odkręcić. Nasza cywilizacja idzie dokładnie tą samą drogą, którą szły wszystkie inne przed nią i którą pójdą wszystkie po niej. To jest droga chciwości i nieliczenia się z możliwościami naszej cudownej planety. To jest droga grzechu, używając religijnego języka. Człowiek po prostu nie jest w stanie nią nie pójść. To droga, która prowadzi do śmierci. Smutne, ale prawdziwe. Naszą cywilizację też czeka śmierć. Trochę na własne życzenie. Ale to nie znaczy, że mamy bezczynnie stać w miejscu. Mądrzy ludzie powiadają, że sama walka jest największym zwycięstwem. Z tą ideą w sercu ruszyły do boju dzieciaki z Powstania Warszawskiego. I w jakimś sensie wygrali. Z tą ideą w sercu wielu dzisiaj buntuje się przeciw cywilizacji. Szanse równie nierówne. Kiedyś ludzie ze wsi uciekali do miasta. Dzisiaj trend się odwraca. Prawda wychodzi na jaw. Ludzie są gotowi zamienić pracę na mniej absorbującą i stresującą. A nawet całkowicie ją porzucić zadowalając się na przykład zasiłkiem lub rentą. Niektórzy idą jeszcze dalej. Żyją bez pieniędzy, bez plastikowych identyfikatorów, poza siecią i poza systemem. Niektórzy pracują w domu, ograniczając swoje potrzeby do minimum. Da się tak żyć. I prawdopodobnie takie życie daje większe szanse na szczęście. I na rozwój. Ten prawdziwy.

Rower

O co tak naprawdę chodziło Einsteinowi raczej już się nie dowiemy. Pozostają domysły. Rozwój i parcie do przodu to organiczny element naszej egzystencji. Do rozwoju wzywa człowieka sam Bóg dając mu czas, innych ludzi, talenty, przestrzeń, materię i wezwanie: czyń sobie ziemię poddaną. Problem rozwoju osobistego rozkładany jest dzisiaj na czynniki pierwsze bardziej niż jakikolwiek inny obszar życia. Każdy chce się rozwijać, bo na tym polega życie. Tylko jak to robić dobrze? Do worka z etykietą Rozwój osobisty wrzucamy masę rzeczy: powodzenie finansowe, spełnienie zawodowe, mistrzostwo w jakiejś dziedzinie, umiejętność zarządzania czasem, nienaganne zdrowie, perfekcyjne ciało, asertywność, satysfakcjonujące relacje, szczęśliwa rodzina. Kolejność przypadkowa. I co mamy teraz z tym zrobić? Jak zareagować na nasze powołania, talenty i marzenia? Widzę cztery filary dobrego rozwoju osobistego.

1. Hierarchia

Jesteśmy po brzegi wypełnieni wyzwaniami. Jeżeli nie usiądziemy i spokojnie nie uporządkujemy ich w kolejności od najważniejszego do najmniej istotnego, to może nam się ta kolejność pomieszać. I będziemy działać według listy, gdzie na pierwszym miejscu będzie nie to, co najważniejsze, ale to, co najbardziej pociągające. Taka strategia z rozwojem osobistym niewiele ma wspólnego. To raczej niedojrzałość osobista. To ona sprawia, że praca rozwala rodzinę, a hobby rujnuje zdrowie. Najpierw zapytaj siebie o to, co powinieneś. Dopiero potem o to, co byś chciał.

2. Równowaga

Częstym błędem jest to, kiedy dla rozwoju w jakimś obszarze kompletnie zaniedbujemy inne. Obsesja zawodowego sukcesu sprawia, że często go osiągamy. Ale w innych obszarach ponosimy porażkę i tak naprawdę umieramy jako osoby głęboko nieszczęśliwe. Król rock’and’rolla jest tutaj świetnym przykładem. Trudno nie dostrzec, że Elvis Presley osiągnął ekstremalny sukces jako artysta. Ostatecznie był królem. Ale co z tego, skoro nie dało mu to prawdziwego szczęścia? Niestety, ale tak to działa. Nawet totalne spełnienie w jednym obszarze nie rekompensuje nam niespełnień w innych.

3. Konsekwencja

To bzdura, że wystarczy chcieć. Chcieć to za mało. Chcieć to dopiero początek. To chcenie musi stać się konsekwentnym działaniem. Gdzieś zostało to nazwane podążaniem za intencjami. To trzon rozwoju osobistego. Wiedzieć co robić to za mało. Chcieć robić to też wciąż za mało. Trzeba jeszcze to robić. Konsekwentnie. Wtedy rozwój osobisty ma szansę przestać być ideą, a zacząć być faktem. Ile już razy zaczynaliśmy naukę gry na jakimś instrumencie albo kupowaliśmy wypasiony kurs nauki języka? I ile już razy na tym się skończyło? Rozwój osobisty to nie ambitne plany, ale konsekwentna ich realizacja. A ponieważ nie jesteśmy robotami, tylko słabymi ludźmi, to chyba najtrudniejszy wymiar osobistego rozwoju. Święty Paweł doskonale zdawał sobie z tego sprawę: A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę - to właśnie czynię. 

4. Zawsze możesz przegrać

To właśnie sprawia, że nasz rozwój osobisty staje się zagrożeniem dla nas samych. Kiedy naturalna potrzeba pomnażania talentów przeradza się niepostrzeżenie w obsesję sukcesu. Obsesję tak wielką, że porażka w ogóle nie wchodzi w grę. Przyjmowanie porażek to jedna z najważniejszych cech osobistego rozwoju. To po prostu dojrzałość, pokora i prawda. Przed marzeniami nie da się uciec. A nawet nie wolno. To one napędzają nasze życie. Ale można i trzeba jak najdalej uciekać od neurotycznej konieczności ich spełnienia. Wracając do roweru i Einsteina. To prawda, że jadąc do przodu potrafimy utrzymać równowagę. Ale nawet najlepszy kolarz nie może wykluczyć upadku na prostej drodze.


unsplash.com

Życie jest muzyką #7 Kolorystyka

W muzyce

To już ostatni element dzieła muzycznego o jakim w moim cyklu chciałem opowiedzieć. Jest ich więcej oczywiście. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Rozkładanie muzyki na czynniki pierwsze na pewno przydaje się na akademiach. Wykładowcy mają z czego egzaminować. Na pewno pomaga zrozumieć to i owo. I na pewno daje możliwość bardziej świadomego posługiwania się muzyczną materią. Ale czy zagwarantuje nam artystyczny sukces? Wątpię. Piękno i genialność muzyki to suma przenikających się w niepojęty sposób wszystkich jej elementów. Największe dzieła tworzą geniusze. Nieważne czy to jest Bach czy Lennon. Jestem przekonany, że oni sami nie byli świadomi dlaczego to, co płodzili stało się szczytem muzycznych osiągnięć epoki, w której żyli. Po prostu robili swoje. A że przy okazji okazało się to być genialne, to już coś spoza nich. Nie da się wypracować genialności, jeśli nie jest ona dana. Tak jest z wszystkim. Z geniuszem artysty, przywódcy, naukowca, matki. Są święci, którzy nigdy nie przeczytali Biblii. I są wybitni bibliści, którym ze świętością jakby nie po drodze. Muzyka jest tą z rzeczywistości, gdzie szczególnie mocno widać, jak fundamentalne znaczenie ma bycie obdarowanym przez Boga.

Pisząc o harmonii stosowałem porównania z kolorami i smakami. Tu jest podobnie. W kolorystyce nie chodzi o to, co grasz, ale co gra. Ewentualnie - jak to coś gra. Albo śpiewa. Wokaliści to też muzycy, gdyby ktoś nie był pewny. :) Barwa, brzmienie, kolor. To słowa klucze w tym temacie. Wątek kolorystyki podzielę na dwa pod-wątki.

Barwa

Ta sama melodia zagrana przez różne instrumenty z tym samym akompaniamentem, w tym samym tempie, w tej samej dynamice i z tą samą artykulacją będzie za każdym razem inna. Choć taka sama. Oto tajemnica kolorystyki. Inaczej zabrzmi fagot, inaczej skrzypce, inaczej fortepian, inaczej okaryna, inaczej gitara. Inaczej zabrzmi duet saksofonowy, inaczej kwartet waltorniowy i jeszcze inaczej oktet helikonowy. Inaczej zabrzmi śpiewak operowy, inaczej bluesman z delty Missisipi, inaczej wokalista death metalowej kapeli posługujący się techniką growl. Inaczej zabrzmi Sting, inaczej Zenek Martyniuk, inaczej ja. Świat gitary elektrycznej oferuje swoim pasjonatom ocean doznań kolorystycznych w ramach tego samego instrumentu. To za sprawą niezliczonej ilości różnych efektów wpływających mniej lub bardziej radykalnie na brzmienie gitary. Chętnie wprowadzę was w ten świat w jednym z odcinków przygotowywanego aktualnie cyklu MLAS, czyli Muzycznego Laboratorium Adama Szewczyka. Myślę, że wiecie o co chodzi. Na przykład legendarne Bolero Maurice Ravela. To utwór napisany techniką ewolucyjną. Jego elementy stałe to: rytm, melodia, harmonia i tempo. Elementy zmienne: dynamika, artykulacja i oczywiście kolorystyka.

Imitacja

Kolorystyka w muzyce dotyczy też imitowania pewnych innych dźwięków. Na przykład dźwięków natury. Flet bez problemu zaimituje ptaszka, tuba - słonia, a metalowa gitara - zawody żużlowe. To nie tylko kolorystyczne możliwości pojedynczych instrumentów. To też możliwości takiego pisania i aranżowania na różne składy, by osiągnąć różne efekty. W temacie muzyki poważnej zaczęło się od Beethovena i jego VI Symfonii, zwanej Pastoralną. Tutaj w jednej z części orkiestra próbuje stworzyć efekt burzy:

https://www.youtube.com/watch?v=9PrbLsQ_g7s

Tutaj Modest Musorgski próbuje naśladować tańczące wesoło kurczaczki:

https://www.youtube.com/watch?v=pjXHbFcA3Ok

Tutaj gitarzysta Steve Vai posługując się efektem typu Wah - Wah, prowadzi krótki dialog z wokalistą Davidem Lee Rothem:

https://www.youtube.com/watch?v=Zd60m3oUNTg

I na koniec jeszcze jeden przykład ze świata gitary elektrycznej. Da się grać na organach Hammonda będąc gitarzystą? Jak najbardziej:

https://www.youtube.com/watch?v=oZKVPzRyn50

To już wiecie. Kolorystyka nie tylko jest jednym z elementów muzyki. Ona może ją tworzyć.

W życiu

Jest tylko jedna melodia, do zaśpiewania której wezwany jest każdy człowiek. To MIŁOŚĆ. Jeżeli przeżyję tych moich kilka lat na tym łez padole i nie zaśpiewam jej ani razu, to znaczy, że zmarnowałem swoje życie. Melodia miłości jest zawsze taka sama. Zawsze chodzi w niej o to, by umierać dla drugiego. Ale każdy zaśpiewa ją inną barwą. Innym brzmieniem. Innym kolorem. Zaśpiewa ją swoim życiem. A przecież nie ma dwóch takich samych.

Korczak

Polski Żyd. Jeden z największych przyjaciół dzieci jakich nosiła ziemia. Lekarz, pedagog, pisarz, publicysta i działacz społeczny. Stworzył autorski system pracy z najmłodszymi oparty na prawdziwym partnerstwie. Walczył o prawa dziecka jak lew. Stworzył pierwsze w historii pismo redagowane głównie przez dzieci. Kochał je. Wszyscy to wiemy. Wiemy też wszyscy, kiedy tą miłość wyśpiewał najpiękniej. W 1942 roku Łukasz Korczak razem ze swoim Domem Sierot trafia do hitlerowskiej Treblinki. Jego przyjaciele byli gotowi wyrwać go stamtąd i schronić w bezpiecznym miejscu. Korczak nie był tym zainteresowany. Nie wyobrażał sobie zostawić tych, których kochał, w takim momencie. O ich przemarszu na Umschlagplatz, skąd pociągiem ruszyli na miejsce stracenia, Władysław Szpilman pisze tak:

Chyba 5 sierpnia przypadkowo stałem się świadkiem wymarszu Janusza Korczaka i jego sierot z getta. Spędził z nimi długie lata swojego życia i teraz, w ich ostatniej drodze, nie chciał ich zostawiać samych. Chciał im tę drogę ułatwić. Wytłumaczył sierotom, że mają powód do radości, bo jadą na wieś. Gdy spotkałem ich na Gęsiej, dzieci, idąc, śpiewały chórem, rozpromienione, mały muzyk im przygrywał, a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uśmiechniętych, i opowiadał im coś zabawnego…

Pięknie Korczak wyśpiewał tą miłość.

Mróz

Polka. Wielu lekarzy ostrzegało ją, że ciąża i poród mogą zagrozić jej życiu. Już 10 lat wcześniej usłyszała ten wyrok. Białaczka. Jej kariera nie była łatwa. Wielokrotnie musiała odpuszczać sport, by ratować zdrowie. Ale kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, zaczął się najważniejszy i najtrudniejszy mecz w jej życiu. Wisiała nad nią operacja przeszczepu szpiku. Ciąża z medycznego punktu widzenia komplikowała sprawę. Agata tym razem nie miała zamiaru odpuścić. W grę wchodziła stawka większa niż życie. Najpierw urodziła Liliannę, a potem poddała się operacji. Operacji, która była jedyną szansą na wyleczenie. Operacji, która biorąc pod uwagę zakończoną ciążę, była bardzo ryzykowna. Niestety. Agata Mróz-Olszewska zmarła dwa tygodnie po niej. Do końca powtarzała, że jeśli miałaby jeszcze raz wybierać dziecko czy własne zdrowie, nigdy nie zmieniłaby decyzji. Córeczka była czymś najwspanialszym, co ją w życiu spotkało - mówi łamiącym się głosem Jacek Olszewski, mąż Agaty. Tak Agata wyśpiewała swoją miłość.

Jezus

Żyd. Ojcowie Kościoła powiadają, że gdyby musiał, umierał by dla każdego z nas z osobna. Nikt piękniej niż On nie zaśpiewał. W niczyim wykonaniu ta melodia nie zabrzmi lepiej. Melodia w czerwonym kolorze. Może przyjdą czasy, że nie będzie można kupić gitary. Albo szlag trafią nasze struny głosowe i nie damy rady zaśpiewać najprostszej piosenki. Ale śpiewać tej najważniejszej melodii nic nie może nam zabronić. Zawsze można kochać.


unsplash.com

Życie jest muzyką #6 Artykulacja

W muzyce

Stare jak świat przysłowie mówi, że diabeł tkwi w szczegółach. Muzyka też. Odkryłem to dopiero po długich latach przygody z tym wynalazkiem Jubala. To szczegóły i niuanse, a właściwie ich suma sprawia, że coś nas bierze, a coś nie. Diabeł tkwi w szczegółach, anioł tkwi w szczegółach, wszystko tkwi w szczegółach. Artykulacja to taki szczegół muzyki, od którego zależy jej całość bardziej, niż mogło by się wydawać. Tu pojawia się pytanie nie o to, CO GRASZ, ale o to JAK GRASZ. Konkretniej - w jaki sposób wydobywasz, kształtujesz, łączysz, dopieszczasz dźwięki. To bardzo poważna dziedzina muzyki. Można rzec, studnia bez dna. Artykulacja jest jednym z czynników decydującym o indywidualnym stylu i brzmieniu muzyka. Zazwyczaj występuje w ścisłym związku z rytmem. Z rytmem? Dziwi was to? Okazuje się, że rytm zapisany w nutach to tylko podstawowy, bazowy komunikat. Biorąc pod uwagę fakt istnienia nieskończonej liczby niuansów, ten podstawowy komunikat może być zrealizowany na nieskończoną ilość sposobów. Prosty przykład. Niech dziesięć różnych wiekiem, płcią, temperamentem i czym tam jeszcze osób wypowie rytmicznie słowo AR-TY-KU-LA-CJA. Za każdym razem to będzie to samo słowo wypowiedziane w tym samym rytmie. Ale jednocześnie za każdym razem będzie to coś innego. Wiem, przenikliwi pewnie złapali mnie na małej manipulacji. Jedną nogą wlazłem na odrębny element muzyki, któremu na imię KOLORYSTYKA. O tym w kolejnym odcinku. Ale niech tam. Ważne, by zrozumieć istotę. A więc mamy to. Artykulacja to sposób wydobywania dźwięków.

Muzyka wyróżnia trzy podstawowe rodzaje artykulacji:

  • legato, czyli łączenie dźwięków ze sobą
  • staccato, czyli oddzielanie dźwięków od siebie
  • portato, czyli coś pomiędzy jednym a drugim

Poza tym podstawowymi istnieje jeszcze cała gama innych: glissando, tremolo, arpeggio, flażolet, vibrato.

Zastanawiałem się jak zobrazować wam te artykulacyjne szczegóły. Stwierdziłem, że muzykę lepiej grać niż o niej gadać. Więc wziąłem do ręki gitarę i nagrałem krótki filmik, gdzie o tym o czym powyżej. Zapraszam do mojej dźwiękowizji.

https://youtu.be/pHfm6vwmGxk

Artykulacja w życiu

Z pewnością istnieje coś takiego jak artykulacja życia. To cały arsenał wszystkich naszych odcieni emocjonalnych, sposobów komunikacji, sygnałów niewerbalnych. To coś co związane jest nie z tym CO MÓWIMY, ale z tym JAK MÓWIMY. Gdybym miał podać jakąś listę, to proszę: delikatność, wulgarność, cynizm, życzliwość, złośliwość, przychylność, bezczelność, bezpośredniość. Podobnie jak w przypadku muzyki i w życiu odkryłem, że to co najważniejsze jest między słowami. Niemen śpiewał: A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem. Moja teoria jest taka, że to nie słowo zabija, ale sposób w jaki zostaje wypowiedziane. To dlatego esemesowa rozmowa na ważny temat nie jest najlepszym pomysłem. Sam nie raz byłem ofiarą ograniczenia tej formy komunikacji. Czytając suche sms-y (nawet takie okraszone masą emotikonek), nie widząc rozmówcy, nie patrząc mu w oczy, nie wyczuwając jego emocji możemy źle zinterpretować taki słowny komunikat. Bo nie wiemy, z jaką artykulacją on te słowa do nas mówi. Słowa KOCHAM CIĘ mogą być delikatnym, szczerym wyznaniem, ale mogą też być cynicznym kłamstwem. Uważajmy na słowa, które do siebie wypowiadamy. Ale jeszcze bardziej na to, jak je wypowiadamy. Człowiek najpierw odczytuje komunikat emocjonalny. Dopiero potem ten werbalny.


unsplash.com

Potop

Francis Apras jest nazywany francuskim Indianą Jonesem. Od 17 lat szuka biblijnej Arki Noego. Nie tylko uważa, że ona istnieje, ale twierdzi, że wie gdzie jest. W obawie przed konkurencją nie chce puścić pary z ust. Sam jeszcze do niej nie dotarł, bo w jego ocenie to nie jest takie hop-siup. Potrzeba dużo kasy, a i Turcja musi pozwolić kopać na swoim podwórku. I największy chyba problem - kopać trzeba baaardzo głęboko. Ale gdyby jakimś cudem archeolog udowodnił, że ma rację, skończyłby się trwający od zawsze spór pomiędzy tymi co w potop wierzą, a tymi co nie wierzą. Wiara w to, że Biblia jest prawdziwa, to jedno. Ale to gdzie należy traktować ją dosłownie, a gdzie jak poetycką przenośnię, to już inna para kaloszy. Na przykład biblijny opis stworzenia świata dzieli w tej kwestii ludzi na dwie (raczej nierówne) części. Zobaczmy co do powiedzenia na temat biblijnego potopu mają ci i tamci.

Racjonalni ateiści

Ci uważają, że biblijna wersja potopu zupełnie nie trzyma się kupy. Na celownik wzięli sobie już to, co działo się na ziemi przed zesłaniem wielkiej wody. Chodzi o to: A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki. Synowie Boga, widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały. Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną: niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat. A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach. Rdz 6,1-4. Racjonalni pytają: o jakich synów Boga współżyjących z ludzkimi kobietami chodzi? Jacy giganci? Bóg raz każe Noemu zabrać do Arki po jednej parze z każdego gatunku zwierząt, potem po siedem par z wszystkich zwierząt czystych i po parze z nieczystych i potem znów tylko po parze z wszystkich (???). Racjonalni pytają dalej: w jaki sposób pary wszystkich gatunków zwierząt miały szansę w ciągu siedmiu dni dotrzeć na arkę (na przykład ślimaki z innego kontynentu) i jak mogły zmieścić się na niej wraz z pożywieniem na cały rok, skoro jej przestrzeń użytkowa była 10 razy mniejsza od tej którą miał Titanic? Jak przez ten rok miały wytrzymać w ciasnych klatkach zwierzęta, które potrzebują wolności i ruchu? Wreszcie kwestia samego potopu. Ilość wody jaka była potrzebna do zalania calutkiej ziemi (tak by sięgała kilka metrów ponad najwyższe szczyty) jest zdaniem racjonalnych nie do uzyskania. A nawet gdyby była, to pojawia się pytanie o to, co z nią zrobić potem. Taka jej masa (to kilkukrotnie więcej niż obecnie znajduje się na ziemi) nie może tak po prostu wyparować. To znaczy może, ale taka para zasłoniłaby całe niebo na amen do sześcianu. A jak Noe i jego rodzina wyszli na ląd i wypuścili wszystkie zwierzęta, to co te zwierzęta miały jeść, skoro wszystko było zniszczone? Ok, lew mógł zjeść sarenkę, ale jak by wtedy rozmnażały się sarenki, skoro jedna z pary została zjedzona przez lwa? Zresztą sarenki jako roślinożerne i tak nie miał co jeść. I tak dalej, i tak dalej, racjonalni próbują demaskować mit o potopie. A co na temat tego mitu ma do powiedzenia druga strona sporu.

Wierzący kreacjoniści

Kreacjonista to ten gatunek chrześcijanina, który całą Biblię traktuje dosłownie. Jak pisze, że Bóg stwarzał świat przez siedem dni, to on uważa, że było to dokładnie siedem 24-godzinnych dób. Jak pisze, że ulepił człowieka z gliny, to dokładnie tak właśnie było - jakieś Boże ręce (nie wiadomo jakie, bo nie pisze) ulepiły człowieka z gliny. Jak garncarz. I tak dalej. O co chodzi z tymi synami Boga, którzy żenili się z ziemskimi kobietami? Nie wiem czy kreacjoniści też tak to widzą, ale nasza rodzima teologia nazywa synami Boga (nie bez znaczenia, że tutaj synowie jest napisane z małej litery) wszystkich aniołów. Lucyfer w tym znaczeniu też jest synem Boga. Upadłym. To o związki upadłych synów Boga z ziemskimi kobietami chodzi. O ich ingerencję w życie człowieka tak silną i tak nieograniczoną, że Biblia przyrównuje ją do związków małżeńskich. Jej cel był jeden - moralny zepsucie. A biblijni giganci, czyli nefilimi z Księgi Rodzaju? A cóż my możemy wiedzieć o tamtym świecie? Jak wyglądał człowiek, jakie były jego rasy? Dziś mamy murzynów, wtedy mieli gigantów. Dzisiaj uczeni o międzynarodowej sławie, którzy jeszcze wczoraj historię o Noem uznawali za całkowitą bzdurę, nie mają wątpliwości - ładnych kilka tysięcy lat temu ziemię nawiedził straszliwy i niszczycielski potop. Taka katastrofa naprawdę się wydarzyła. Archeologicznych dowodów na nią przybywa z każdym dniem. Kevin Hovind, jeden z najgroźniejszych snajperów kreacjonizmu, twierdzi, że nauka od dawna odkryła istnienie w dziejach ziemi egzystencjalnej przerwy. On nie ma wątpliwości jakie wody wypełniają tą przerwę. A co z tymi zwierzętami? Skąd wiemy ile wtedy było gatunków? Może to nie było kilkadziesiąt tysięcy, ale kilkadziesiąt. Może był jeden kontynent na którym wszystko żyło. Są teorie, które zakładają, że ziemia przed potopem miała zupełnie inne warunki atmosferyczne. Takie, które umożliwiły opady dzisiaj nierealne. Jest jeszcze inna możliwość, o której racjonalni chyba nie wiedzą. Doktor Walter Brown uważa, że wtedy we wnętrzu Ziemi były kilkukrotnie większe złoża wody niż obecnie. I to one wypływając razem z deszczem zalały świat. Ostatecznie skoro opowiadamy historię z Wszechmocnym Bogiem w roli głównej, to dlaczego uparcie zakładamy, że wszystko co ma związek z potopem koniecznie musimy zrozumieć? Może Bóg osobiście na prośbę Noego teleportował ślimaki do Arki, a słonie pomniejszył i wprowadził w roczny letarg? Brzmi śmiesznie, ale na Boga, Bóg mógł tak zrobić! Może dokonał cudownego rozmnożenia wody, potem równie cudownego jej ustąpienia. Skąd to dziwne założenie, że jak czegoś nie rozumiem to musi to być głupie albo nieprawdziwe? Wciąż nie potrafię pojąć fenomenu życia, choć doświadczam go na własnej skórze od kilkudziesięciu lat.

Potop. Aktualizacja

Bóg obiecał, że drugiego takiego lania już nie spuści. I słowa dotrzymuje. Ale czy to znaczy, że w żaden inny sposób nie może zareagować na to co wyprawiamy? Z Księgi Rodzaju: Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się. Zmieniło się coś od tamtego czasu? Nie. Prawdopodobnie jest gorzej. Przykry paradoks tego wszystkiego jest taki, że to co dzisiaj raduje świat, smuci Boga. Kilka lat temu państw, gdzie udzielano ślubów parom homoseksualnym było kilkanaście. Dzisiaj jest ich już ze trzydzieści. Różne szemrane ideologie wywracają do góry nogami naturalne prawa naszej płciowości, a pandemia pornografii i rozwiązłości Sodomę i Gomorę już dawno zostawiła w tyle. Pedofilia musi Boga szczególnie smucić. Ale ta w Kościele to Jego wyjątkowo szczególny smutek. Wojny, terroryzm, wyzysk, okultyzm, kult pieniądza, degradacja planety, chciwość, głupota, niesprawiedliwość społeczna. Stara bieda. Ma Bóg powody do smutku. Nie jestem dzisiejszym Noem. Jestem częścią tego zepsutego świata, któremu należy się porządne lanie. Arka dzisiejszych czasów? Rodzina i Kościół. Albo inaczej. Rodzina w Kościele. Brzmi jak moherowy, obśmiany przeżytek. Wtedy też się śmiali. Nie chcę straszyć, bo to nigdy nie skutkuje. Myślę sobie, że Noe nie miał łatwo. Myślę, że był wewnętrznie rozdarty, choć robił swoje. Jego historia poza wszystkim innym, uczy mnie jeszcze jednej rzeczy. Kto chce być wiernym Bogu do końca, musi być gotowy na samotność. Jak bardzo daleko odeszliśmy od Pana, skoro tak wielkim absurdem wydaje się dzisiaj być mu wiernym. Zmieniam zdanie. Każdy jest powołany do bycia Noem. Do ratowania swojej rodziny i stworzonego przez Boga świata. Każdy jest powołany do budowania swojej Arki Ocalenia. Więc buduj.


unsplash.com

Nieprzewidywalność życia

Pstryk! Po raz pierwszy świat usłyszał ten magiczny dźwięk w 1826 roku. Wtedy to niejaki Joseph Niepce korzystając z wymyślonej tysiąc lat temu przez arabskiego matematyka (cóż za hybryda) Ibn al-Hajsama metody, pstryknął pierwsze zdjęcie świata. Tylko, że to pstryknięcie trwało kilka dni. Joseph naświetlał wtedy widok ze swojego okna w Le Gras. Pałeczkę po nim przejął Louis Daguerre. Ten zaczął pstrykać portrety. Tutaj chętny na fotkę swojej facjaty musiał w bezruchu trwać kwadrans. Wyobrażacie sobie taką konieczność dzisiaj wyrabiając zdjęcie do paszportu? Niecierpliwy człowiek kombinował dalej. W 1841 William Talbot opatentował kombinację negatyw - pozytyw. A pół wieku później Georg Eastman daje światu pierwszego Kodaka. I wydaje się, że od tego czasu w fotografii czas na rewolucje się skończył. Gdyby nie kilkuletnia Jennifer Land. To ona podczas spaceru zadała ojcu absurdalne, jak się wtedy wydawało, pytanie: tatusiu, dlaczego już teraz, od razu nie mogą mieć zdjęcia, które mi właśnie zrobiłeś? Tym tatusiem  był jeden z najgenialniejszych wynalazców i wizjonerów, Herbert Edwin Land. A ponieważ spełnianie kaprysów córeczek jest jedną z najważniejszych misji wszystkich tatusiów, Herbert Land podjął wyzwanie. W 1947 roku na posiedzeniu Amerykańskiego Towarzystwa Optycznego Land na oczach wszystkich zgromadzonych swoim tajemniczym urządzeniem zrobił PSTRYK. Po kilku sekundach pokazał gotowe, czarno białe zdjęcie. Szok. Dwa lata później każdy Amerykanin mógł sobie kupić Polaroida za niecałe 100 dolców. W ciągu jednego tylko roku Polaroid Corporation zarobiła 5 milionów dolarów.

Odwagi

Herbert Land był jednym z idoli innego geniusza, Steva Jobbsa. Land studiował na Harvardzie. Ale nie skończył tych studiów. Dzika pasja naukowca całkowicie zdominowała racjonalną potrzebę posiadania papieru. Nie tylko to. Land zabarykadowany w swoim laboratorium zapominał nawet o jedzeniu. I o tym, że od czasu do czasu trzeba się umyć, przebrać i wyspać. Jego rekord to podobno 18 dni w tych samych ciuchach. Owoce tego szaleństwa są imponujące: filtr na podczerwień, gogle umożliwiające adaptacje wzroku w ciemności oraz urządzenie identyfikujące cele wojskowe. Land jest autorem tych słów: najważniejszym aspektem kreatywności jest brak lęku przed porażką. Firma Polaroid Corporation osiągnęła oszałamiający sukces. Aparat robiący zdjęcia na poczekaniu stał się hitem globalnym. Kulturowym gadżetem. Trendy ikoną. Jednak nadchodził czas cyfrowej rewolucji i nad firmą Herberta Landa zawisły czarne chmury. Wraz z pandemią aparatów cyfrowych i smartfonów idea zdjęcie od razu przestała kogokolwiek dziwić. Stała się oczywistą oczywistością. Poczciwe urządzenie z minionej epoki zaczęło przegrywać konkurencję z cyfrowym młodziakiem. Land próbował jeszcze raz wspiąć się na szczyt wymyślając urządzenie do natychmiastowych filmów. Jednak ta próba skończyła się kompletną katastrofą. Dzisiaj retro moda na Polaroidy wraca. Tak jak moda na płyty winylowe czy buty Relax. Zawsze tak było, że sentyment za tym co minęło po czasie zawsze wraca. Jak bumerang. Ale to już zupełnie osobna historia.

Nie bój się bać

Czego uczy nas historia Edwina H. Langa? Na pewno tego, że wygrywają zazwyczaj ci, którzy nie boją się przegrywać. Ale uczy nas czegoś jeszcze. Może nawet czegoś ważniejszego. Tego, że brak lęku przed porażką wcale jej nie wyklucza. Daje coś cenniejszego. Nie paraliżuje naszego działania. Idea jest taka: z determinacją robić swoje, a spotykające nas po drodze porażki traktować jak ujadające głośno psy na łańcuchu. Minąć je w bezpiecznej odległości i iść dalej. Porażek wcale nie boją się osoby, które mają pewność, że one się nie zdarzą. To nie tak. Porażek nie boją się osoby, które gdy się zdarzą, nie traktują ich jak koniec świata. Ale jak dobrą lekcję na drodze do sukcesu. Można wyodrębnić kilka powodów, dla których boimy się porażki.

Niewola umysłu

To tam wszystko się zaczyna. Lękamy się porażki, bo nie wierzymy w drugą szansę. Bo boimy się kompromitacji. Bo chcemy uniknąć bolesnego zderzenia z oczywistym faktem naszej niedoskonałości. Robert Kyiosami ujął to w punkt stwierdzając, że prawdziwymi przegranymi nie są ci, którzy przegrywają, ale ci, którzy boją się tego doświadczyć.

Wirus perfekcjonizmu

Perfekcjonizm to jedna z najbardziej toksycznych substancji, którą nasze serca częstuje demon. Wyrasta wprost z korzenia o imieniu Być jak Bóg. Jeżeli komuś wydaje się, że drogą do świętości jest perfekcjonizm, to chyba błędnie odczytał kod Ewangelii. Jezus jako wzory świętych wcale nie wskazuje tych, którzy dążą do perfekcji. Albo nawet żyją w przekonaniu, że ją osiągnęli. Typu faryzeusz ze świątyni albo bogaty młodzieniec. Jezus wskazuje na tych, którzy odkrywając swoją anty-perfekcję rzucają się w ramiona miłosiernego Boga.

Zła edukacja

W dzieciństwie formują się podstawowe mechanizmy naszej osobowości. Jeżeli rodzice nie dadzą nam poczucia własnej wartości, deprecjonując nasz mały, dziecięcy świat, albo jeżeli nie zafundują dobrej lekcji przeżywania porażek wsadzając pod klosz i usuwając zapobiegliwie spod nóg wszystkie przeszkody, to w dorosłe życie wejdziemy upośledzeni. Ani nie będziemy czuć swojej wartości, ani nie będziemy umieli stawiać czoła przeciwnościom losu. Nasza szkolna edukacja też ma swoje za uszami. Mechanizm karania złymi ocenami, uwagami do dziennika i wzywaniem rodziców na trudne rozmowy często zamiast kreować zdrową motywację do nauki, buduje w nas lęk przed porażką.

Dyktatura wizerunku

Lęk o to, że inni źle o nas pomyślą osiąga dzisiaj jakieś swoje ekstremum. Do sieci wrzucamy tylko te zdjęcia, na których wyglądamy najlepiej na świecie, uzależnienie od lajków i pozytywnych komentarzy to już poważne wyzwanie dla psychologów, wolimy nie zjeść śniadania, niż bez makijażu i zrobionej fryzury wyjść do sklepu po chleb i mleko. Itd. Z działaniem jest tak samo. Jak czujemy minimalne ryzyko, że się nie uda, odpuszczamy. Bo co sobie inni pomyślą? Kompromitujący filmik wrzucony do sieci potrafi zabić. Niebezpieczne czasy.

Niewiara w siebie

Miarą szansy na sukces jest nasz stosunek do porażki. A Winston Churchill powiedział: Sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu. Wiara w siebie to kwestia konstrukcji psychicznej. Z silną psychiką jest dokładnie tak samo jak z silnym ciałem. Zacznij uprawiać aktywność fizyczną, dobrze się odżywiać, spać tyle ile trzeba i zobaczysz, że kondycja ciała wzrośnie. Z psychiką jest podobnie. Można nad nią pracować. Nie każdemu dany jest taki sam potencjał. To już sprawa Boga i tego co i ile komu dał. Ale indywidualny rozwój każdego człowieka zawsze jest możliwy. Trzeba tylko w to uwierzyć, odkryć jak to się robi i zacząć to robić. I nie oczekując nie wiadomo czego, czekać na efekty. Do tej mikstury trzeba dorzucić jeszcze jeden składnik. Nieprzewidywalność życia. Praca nad sobą zawsze będzie nas rozwijać. Ale nigdy nie możemy być pewny tego jak bardzo i dokąd cię to zaprowadzi. To zawsze będzie tajemnicą. I to jest właśnie w życiu najpiękniejsze.


unsplash.com

Życie jest muzyką. #5 Agogika

W muzyce

Niech was nie zniechęci ten tytuł. Ja też uważam, że bardzo dziwna nazwa jak na tak proste zjawisko. Tempo. Czyli w skrócie wolno-normalnie-szybko. Nie będę zasypywał was dziesiątkami włoskich nazw dotyczących tempa i zjawisk z tempem związanych. Tylko dla formalności napiszę o tym co najważniejsze. Świat agogiki dzieli się na trzy podświaty:

  • tempo, czyli … tempo :) Trzy podstawowe to largo (wolno), andante (umiarkowanie), allegro (szybko);
  • charakter, czyli wynikający z tempa sposób w jaki należy wykonać utwór (albo jego fragment), ma przykład: furioso (z furią po prostu. W takim właśnie charakterze Jimi Hendrix rozwalał na koncertach swoje gitary), dolcissimo (słodko), misterioso (tajemniczo);
  • zmiany tempa, czyli przyspieszanie i zwalnianie. Niektórym muzykom zdarza się to niezależnie od ich woli, ale to raczej braki w wyszkoleniu niż świadome zabiegi muzyczne. Accelerando (przyspieszyć), ritardando (zwolnić).

Jest jeszcze kwestia ustalenia tempa. Skąd mamy wiedzieć ile to jest presto vivacissimo? Kiedyś to robiło się na czuja. Ludzie po prostu znali utwór i czuli w jakim ma być tempie. Tempo można zapamiętać. Nawet łatwiej niż melodię czy tonację. Nie mamy problemu z wyznaczeniem tempa znanych nam piosenek. Chwila zastanowienia i już jest. I tak do dzisiaj funkcjonuje wielu muzyków. I w klasyce i w rozrywce.

Metronom

Małą rewolucję w ogarnianiu tempa zrobił w 1816 roku niejaki Johann Nepomuk Malzl. Opatentował on urządzenie do wyznaczania tempa w sensie bezwzględnym. Nazwał ją metronomem. Od tej pory largo, andante, allegro i cała reszta rodziny miała przypisaną konkretną ilość uderzeń na minutę. Matronom tradycyjny wygląda tak:

https://www.youtube.com/watch?v=gsJEMH_emBM

Od pory jego pojawienia się w świecie muzyki, stał się nieodłącznym towarzyszem tych, którzy spędzając długie godziny w ćwiczeniówkach chcą nauczyć się równo grać. Dzisiaj taki analogowy metronom na sprężynkę to już trochę przeżytek. Niepodzielnie rządzą metronomy elektroniczne. Ale wracając do tych analogowych. Francuski kompozytor Gyorgy Ligeti zafascynowany metronomem napisał Poemat Symfoniczny na 100 metronomów. Życzę głębokich doznań artystycznych:

https://www.youtube.com/watch?v=xAYGJmYKrI4

W życiu

Tak jak w przypadku dynamiki. Żyjemy forte. I do tego allegro. Żeby nie powiedzieć presto prestissimo. Życie za…suwa. Od kiedy otwieramy oczy zaczyna się nasz codzienny sprint. Zresztą nawet jak śpimy coś nas wewnętrznie nakręca. Stomatolodzy biją na alarm: bruksizm masowo niszczy nasze uzębienie! To nieświadome zgrzytanie zębami w wyniku napięcia i stresu. Najczęściej w czasie snu. Szybka kawa, korki, nerwy, tradycyjne spóźnienie. W dzisiejszym świecie liczą się tylko najsilniejsi, najzdolniejsi, najkreatywniejsi. I najgłośniejsi. No i najszybsi. Coraz trudniej coś osiągnąć. Konkurencja nie śpi w każdym obszarze. Wydaje się niemożliwym nie ulec tej marketingowej presji. Lęk przed byciem na końcu, przed niezakwalifikowaniem się do grona ludzi sukcesu rodzi określone wzorce zachowań. Zmusza nas, by uciekać w popłochu przed pędzącym po sukces tłumem przerażająco zdolnych ludzi.

Czas

Wszystko musi być od razu. Każdy oszczędzacz czasu jest bezcenny. Burger w fast foodzie na wynos, rozpuszczalna kawa, szybkie zakupy, szybki transport, zdawkowe smsy, brak czasu na rozmowę z bliskimi. Najważniejszy jest sukces. A ponieważ osiągnięcie go w dzisiejszym świecie jest coraz trudniejsze, wszystko przyspiesza. Jeśli chcemy myśleć o sukcesie swoich dzieci (bo na nasz może już być za późno) od najmłodszych lat powinniśmy je ku niemu kształcić. To właśnie dzieci potrafią nauczyć się najwięcej. Poza normalną (czytaj: elitarną) szkołą wrzucamy jeszcze dzieciakom pływanie dwa razy w tygodniu, dodatkowy język obcy, kurs jazdy konnej i lekcje pianina. Ewentualnie karate. Jasne, taki background w połączeniu z wrodzonymi talentami pomaga wystartować w dorosłym życiu jak torpeda. Zrobić karierę, założyć rodzinę (kolejność nieprzypadkowa), wybudować dom z basenem i na koniec wylądować na kozetce. Ok, ale zróbmy teraz ritardando…. A kto powiedział, że tak trzeba żyć?

Bez względu na to jak bardzo pędzi ten świat i jak bardzo ten pęd nas porywa, zawsze mamy wybór. Są tacy, którzy zdecydowali się wyskoczyć z tego pociągu. I odkryli, że nie trzeba zdobywać świata by znaleźć szczęście. I to, że im bardziej chcemy go zdobyć, tym bardziej on zdobywa nas. Czy nie jest zastanawiające, że naszymi ukochanymi piosenkami są ballady w wolnym tempie? Jak ta: Gdy nic nie masz, nie masz nic do stracenia, Jesteś teraz niewidzialna, nie masz żadnych sekretów do ukrycia. Jak to jest być zdanym na siebie, bez drogi do domu, jak kompletnie nieznany ktoś, jak toczący się kamień…

https://www.youtube.com/watch?v=IwOfCgkyEj0


unsplash.com

W co wierzyć?

Jest 30 października 1938 roku. Kolejny wieczór w USA. Jak się pewnie domyślacie, to Halloween. Do tego nastroje społeczne nie są najlepsze. Wśród ludzi wyczuwa się napięcie związane z poczuciem zagrożenia poprzedzającego wybuch II wojny światowej. I w tym właśnie momencie, 23 letni wówczas Orson Welles postanawia dać ludziom trochę adrenaliny. Na falach radia CBS emituje wyreżyserowane przez siebie słuchowisko pod tytułem Wojna Światów. Na kanwie swojej powieści pod tym samym tytułem rzecz jasna. Chyba przedobrzył. Zrobił to na tyle realistycznie i sugestywnie, że zgromadzeni przed radioodbiornikami uwierzyli, że słuchają rzeczywistej relacji z inwazji Marsjan na Ziemię. Ludzie z objętego transmisją obszaru miasta New Jersey wpadli w panikę. Ci najbardziej wystraszeni zaczęli się po prostu ewakuować jak najdalej od miejsca rzekomej inwazji. Odnotowano przypadki załamań nerwowych. A nawet kilka ataków serca. Ponoć jedna z kobiet, która w wyniku audycji straciła męża, przez 50 lat próbowała zaciągnąć Wellesa do sądu. Choć potem stwierdzono, że dane o rozmiarach paniki i ofiarach były ciut wyolbrzymione, to audycja Wellesa przeszła do historii. I stała się obiektem gruntownych badań socjologicznych Projektu Radio prowadzonych przez (uwaga) Fundację Rockefellera. Fundacja ta zajmowała się badaniem wpływu mass mediów na społeczeństwo. Szydło wychodzi z worka.

Czwarta władza

Ci co mieli władzę, szybko zorientowali się, że władzę ma ten, kto ma media. Za komuny było jasne, że to one kształtują gusta i preferencje polityczne obywateli. Komuna zdezelowała się i odeszła, ale zasady gry pozostały te same. Dlaczego miały by się zmienić? Media naszpikowane reklamami i specjalistami od socjotechniki robią z nami co chcą. Ustalają co zjemy na śniadanie, jakim kremem posmarujemy twarz, czego posłuchamy i w co się ubierzemy. Oczywiście nie zgodzimy się z tymi słowami. Przecież żyjemy w wolnym społeczeństwie, nikt nam niczego nie może kazać. Tak właśnie mamy myśleć. O to chodzi w tym neo-niewolnictwie. Tak długo jak żyjemy w poczuciu wolności, można nas obrabiać. Historia uczy, że jawne niewolnictwo zawsze kończy się buntem i rządzący mają wtedy spory kłopot. Więc wymyślono coś bardziej wyrafinowanego. Zakamuflowanego. A media do realizacji tej koncepcji nadają się tak dobrze jak nic innego na świecie.

Nic się nie zmienia

Kiedyś takich, co głosili teorie inne niż te z głównego obiegu określano mianem heretyków, wrogów ojczyzny, wichrzycieli czy jakoś tak. Dzisiaj to Wyznawcy Teorii Spiskowych. WTS. WTS to ci, którzy uważają, że media i władza robią nam wodę z mózgu. Tak jak kiedyś Orson Welles na falach CBS wodę z mózgu zrobił. Przyznać muszę, że rozmawiałem z wieloma mądrzejszymi ode mnie kolegami. Twierdzą, że całe to koronawirusowe halo jest ściemą. I że świat zareagował na tą ściemę tak, jak w 1938 roku część mieszkańców New Jersey. Paniką, strachem, ewakuacją. Patrzę na moich rodaków zamkniętych w dwupokojowych mieszkaniach, w tych porozciąganych i żenująco nic niedających maseczkach, na te panie ekspedientki w noszonych kolejny dzień jednorazowych rękawiczkach, na te brudne butelki ze spirytusem przy wejściu do każdego kościoła i myślę sobie - o co tu chodzi? Lekko zmieniam punkt widzenia i dostrzegam jakby zarysy eksperymentu pod nazwą: ile są w stanie łyknąć bez buntowania się? Ja łyknąłem wiele. Przyłbica, gumowe rękawiczki, ewakuacja, kwarantanna, handel przez internet, dezynfekcja obuwia i cogodzinne monitorowanie koronawirusowych statystyk. Obłęd. W końcu odpuściłem trochę. Ja wiem, że te liczby tak na prawdę nie są niczym wyjątkowym. No, ale media wmówiły nam, że są. Fakt osobisty jest taki, że nikt z mojej rodziny, ani ze znajomych nie złapał tego świństwa.

Niczego nie jestem pewien

Najbardziej szerokim łukiem omijam ludzi, którzy uważają, że nie mogą się mylić. Rzeczywistość jest tak złożona i skomplikowana, a człowiek taki głupi, że niczego pewnym być nie sposób. Poza śmiercią i tym, że Bóg nas kocha. Żyjemy w świecie pełnym tajemnic i bolesnych rozczarowań. Pełnym pytań bez odpowiedzi i dołującego poczucia bezsilności. Bo tak ma być. Tak jest. Nie wiem co teraz przeżywamy. Być może ktoś nadaje audycję o ataku wirusa na ziemię. Jest na tyle bezwzględny, że dla urealnienia uśmiercił grupę osób. Odpowiednio to wszystko w mediach pokazał i ludzie uwierzyli. A może rzeczywiście media tym razem nie kłamią? Pożyjemy, zobaczymy.

A dla koneserów mam niespodziankę. Oto zapis legendarnej audycji Orsona Wellesa. Miłego!

https://www.youtube.com/watch?v=9q7tN7MhQ4I


cathopic.com

Duchu Święty przyjdź…

Będę szczery. Teologiczne i para-teologiczne próby wyjaśniania czym są poszczególne dary i owoce Ducha Świętego to dla mnie trochę masło maślane. Zupełnie nie odnajduję się w zawiłościach tych wszystkich niuansów i odcieni. Ponieważ poproszono mnie, by napisać o działaniu Ducha Świętego w moim życiu spróbowałem trochę wgryźć się w temat. Poczytałem, posłuchałem. Niestety. Nie potrafię tego przetrawić. I mam wrażenie, że pierwszym, który ucieka przed takim teologicznym zamulaniem jest sam Duch Święty.

Ok. Owoców Ducha jest dwanaście. Miłość. Radość. Pokój. Cierpliwość. Łaskawość. Dobroć. Uprzejmość. Cichość. Wierność. Skromność. Wstrzemięźliwość. Czystość.

Nawet jeżeli jest we mnie choć cząstka każdego z nich, to jest ona albo robaczywa, albo nadgnita. Kochać nie potrafię, a chciałbym. Chodzę smutny, bo świadomość bycia dzieckiem Bożym przeżywam bardziej teoretycznie. Byle wirus jest w stanie zburzyć mój pokój. Tylko co to za pokój, pytam? Serwus, jestem nerwus. Mogę kłamać i przekonywać, że nie odczuwam satysfakcji kiedy moich wrogów spotyka nauczka. Ale kto mi uwierzy? Nie nazywaj mnie dobrym. Dobry jest tylko Bóg. To zdaje się powiedział Jezus. W takim razie co ja mam powiedzieć? Ok, panią w drzwiach puszczam bez problemu. Ale nie chcielibyście mnie widzieć za kierownicą. Cichość? Nie po to zostałem gitarzystą elektrycznym, żeby być cichym. Wiernym bywam. Z tą skromnością to jest tak: o sobie potrafię mówić najgorsze rzeczy. Bo wiecie, w świecie zaawansowanych katolików to im bardziej się chłoszczesz, tym bardziej jesteś gość. Taka zakamuflowana pycha. Ale niech ktoś wytknie mi coś. Nawet jeśli zachowam zewnętrzny spokój wizerunkowy, to w środku cały chodzę. Kiedyś potrafiłem pościć. Dwa dni w tygodniu. Cały Wielki Tydzień. Dzisiaj pozostało z tego wspomnienie. A o czystości opowiem kiedy indziej. Tyle mam z tych owoców Ducha. Może przesadzam. Może nie jest aż tak źle. Może to po prostu mój wybujały apetyt na świętość?

Dwanaście owoców. Nie wystarczy jeden? Ten pierwszy. Miłość. Cała reszta się w nim zawiera. Znacie to:

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. 

Tam są wszystkie owoce Ducha! Miłość to jedyny Jego dar. Wszystko inne jest w niej. Jak kochasz, to i się radujesz i odczuwasz pokój i cierpliwie znosisz trudy i jesteś łaskawy i dobry i uprzejmy i cichy i wierny itd. Tak ja to czuję.

W moim życiu

W Medjugorie byłem wiele lat temu. Tam doświadczyłem dotknięcia Ducha Świętego. To się po prostu wie i tyle. To były czterodniowe rekolekcje. Takie ostre. Dwa dni postu, modlitwa, konferencje, Eucharystia i sen. Nic więcej. Na koniec cała nasza grupa weszła do pobliskiej bazyliki na błogosławieństwo z prośbą o wylanie darów. Nie miałem pojęcia co mnie czeka. Podszedłem do kapłana. W momencie kiedy jego ręce zbliżyły się do mojej głowy poczułem, że jakiś ogień przeszywa mnie na wskroś. Z oczu momentalnie polały się strumienie łez. Musiałem spocząć na posadzce. Nie potrafiłem stać na dwóch nogach. I wtedy oczami duszy zobaczyłem jak odsłania się rąbek nieba. I usłyszałem ten głos: nawet nie wiesz, jak ja cię kocham. Przez resztę dnia dochodziłem do siebie. Wtedy zrozumiałem jak działa Duch. Jest nieprzewidywalny, niepojęty, szalony. I wtedy zrozumiałem też, że nawet najmądrzejsze teologiczne księgi nie są w stanie o Nim nic napisać.


cathopic.com

Pandemiczny rachunek sumienia

Jezus powiedział: Nic z tego, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka i na zewnątrz się wydala. Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym. Mk 7,18-23

Pandemia zmieniła zewnętrzne realia naszego życia. Czy zmieniły się też nasze grzechy? Skoro zmieniły się nasze pokusy, to i grzechy powinny. Zróbmy sobie taki zbiorowy rachunek sumienia. Tak jak uczyli mnie tego na religii. Czyli po Dekalogu. Start.

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Zgodnie z zaleceniami biskupów stałem się katolikiem internetowym. Nie ze względu na podeszły wiek czy zły stan zdrowia. Podpiąłem się pod obawiających się zakażenia COVID 19. Nie zastanawiałem się głębiej nad słusznością tej decyzji. Ktoś w końcu zapytał: a gdzie twoje zaufanie? I tak wbity został klin. Posłusznym kościołowi trzeba być. Ale nie było mowy o bezwzględnym zakazie. Słyszałem przecież wyraźnie: zaleca się. A tak łatwo odpuściłem. Może dla własnej wygody. Nagle odkryłem ten absurd: bardziej ufam spirytusowi przemysłowemu i maseczce antybakteryjnej niż opatrzności bożej. Bardziej ufam swojej ludzkiej zapobiegliwości niż Wszechmocnemu. Zobaczyłem tą kompromitującą dla mnie jako tak zwanego człowieka wierzącego kolejność - najpierw szeregi materialnych zabezpieczeń, dopiero potem modlitwa i zaufanie. To nie tak powinno być.

Nie będziesz używał imienia Pana Boga swego na daremno

Jakże dzielnie ci politycy w imię naszego dobra ze sobą wojują. Co jeden to bardziej zatroskany o nasze zdrowie. Jedni chcą wybierać jak najszybciej bo pogoda sprzyja. Inni jak najpóźniej, bo liczą, że pogoda się zmieni. Jedni drugim wytykają swoje własne grzechy. Islamscy radykałowie nie mają wątpliwości, że pandemia to Boża kara za grzechy. Ale nie tylko muzułmanie wycierają sobie w czasie pandemii gębę Panem Bogiem. Katolikom też się zdarza. Pewien ksiądz przekonywał wiernych, że wirus jest bożą karą za homoseksualizm, konkubinat i aborcję. Jeden z będących w otoczeniu Donalda Trumpa pastor, Andrew Wommack, też skłonny jest do takiej narracji. Broni Trumpa jak lew, twierdząc, że ludzie krytykujący go ulegają demonicznej iluzji. I na potwierdzenie serwuje cytat z Drugiego Listu do Tesaloniczan: Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, działanie z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia. Dlatego Bóg dopuszcza działanie na nich oszustwa, tak iż uwierzą kłamstwu, aby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale upodobali sobie nieprawość. Z kolei znany psycholog Greg Mogenson twierdzi, że koncepcja Boga, który zsyła na ziemię karę za grzechy to kompletna herezja. Czy to znaczy, że historia o Noem i potopie jest herezją? Nie wykluczam tego, że to może być jakieś Boże napomnienie. Ale do pewności mi daleko.

Pamiętaj, abyś  dzień święty święcił

Widok bezludnej bazyliki Świętego Piotra w trakcie ostatniego Triduum Paschalnego był porażający w swej ciszy i pustce. Oto coś, co nie udało się do tej pory w trakcie 2000 lat chrześcijaństwa nikomu i niczemu, nagle stało się faktem. Kościoły w czasie najważniejszego dla chrześcijan święta na całym świecie były puste. Jak to jest możliwe? Nasze ciało potrafi zakrzyczeć duszę tak bardzo, że o potrzebach tej drugiej zapomnieć jest niepokojąco łatwo. Głodu fizycznego nie da się przeoczyć. Z duchowym już tak nie jest. Głód sakramentów to delikatna materia. Nie pozwólmy, aby z racji jakiejś pandemii czy czegokolwiek innego przestał być odczuwalny.

Czcij ojca swego i matkę swoją

Ludzie opowiadali o dramatycznych scenach w przepełnionych szpitalach, gdzie wiek decydował o podłączeniu pod respirator. Starszych zwykle skazywano na śmierć, bo życie młodszego uznawano za cenniejsze. Nie potępiam, ale trochę nazizmem zalatuje. Nie mam pojęcia co zrobiłbym będąc na miejscu lekarza mającego podjąć tego typu decyzję. Obym nigdy nie musiał. I wzdycham za tych, którzy muszą. Budujące są te akcje wsparcia dla naszych starszych. Te zakupy pod drzwi, godziny w sklepach tylko dla nich.

Nie zabijaj

Naukowcy z USA ustalili, że koronawirus nie został stworzony przez człowieka. Co nie znaczy, że nie został. Naukowcy w historii ustalali już wiele rzeczy, które okazały się bzdurą. Niedawno świat obiegły kontrowersyjne słowa Trumpa, w których sugerował, że pandemia to Chińska robota. A jeśli rzeczywiście nie stworzył go człowiek, to znaczy, że cała reszta jest nieszczęśliwym wypadkiem? Nie dowiemy się, ile ludzi zmarło w wyniku blokowania informacji, zaniedbań i chronienia własnego interesu. Wirusolodzy alarmują, że ciągłe chodzenie w maseczkach uderzy w nas innymi infekcjami, a siedzenie w domu i częste mycie rąk spirolem wyjaławia naszą naturalną odporność. Niektórzy twierdzą, że lepiej nie uciekać przez zarażeniem. Złapać to paskudztwo, przechorować i uodpornić się. Mam kumpla, który mieszka w Anglii. Opowiadał w sieci o tym, jak ludzie tam kompletnie ignorowali te wszystkie zasady. W końcu sam wylądował w szpitalu. Zniknął z pola widzenia. Nie wiadomo co z nim. Ufam, że wyjdzie z tego cało.

Nie cudzołóż

O tym trąbiono od początku pandemii. Baronowa Fiona Shackleton jako jedna z pierwszych. Jej specjalnością są rozwody. Prowadziła między innymi sprawę rozwodową księcia Walii. Uważa, że przymusowa izolacja i konieczność przebywania ze sobą non-stop może okazać się dla wielu małżeństw ciężarem nie do udźwignięcia. Psychologia tłumaczy to tak: kiedy wiele czasu spędzamy osobno, możemy idealizować nasz związek i partnera. Mając wentyl bezpieczeństwa w postaci choćby wyjścia do pracy łatwiej nam rozładowywać napięcia. Kiedy tego wentylu nie ma, grozi nam dotarcie do granicy naszych możliwości. Oczywiście znajdą się pary, które ten czas mądrze wykorzystają dla pogłębienia relacji. Ale będą i takie, gdzie konfiguracja emocjonalna doprowadzi je na skraj przepaści. Wtedy nawet mrugnięcie okiem współmałżonka może być hałasem nie do zniesienia. W Chinach wzrost liczby rozwodów już jest faktem. Niestety u nas też. Trudno tego nie łączyć z pandemią. Choć ja uważam, że z głową budowanego związku żadna pandemia nie ruszy.

Nie kradnij

1 marca świat obiegła informacja o pierwszej śmiertelnej ofierze koronawirusa w USA. Wtedy Matt Colvin razem z bratem wsiedli w samochód i przejeżdżając ponad 2 tysiące kilometrów ogołocili ze środków dezynfekujących wszystkie sklepy stanu Tennessee. W sumie ponad 20 tysięcy butelek płynu do rąk (sic!). Zaczął się internetowy biznes. Jedną butelkę kupili za dolara. W porywach cena dochodziła do 70 dolców. W końcu proceder dostrzegł Amazon i zawiesił wszystkie akcje Colvina. On został z tysiącami buteleczek w garażu i nie wiedział za bardzo co z nimi zrobić. Ostatecznie przeprosił i oddał cały arsenał pobliskiej parafii. Prokurator generalny stanu Tennessee tak to skomentował: Nie będziemy tolerować sztucznego zawyżania cen w czasach, kiedy mamy tak wyjątkowe potrzeby. Podejmiemy drastyczne kroki, żeby takie praktyki ukrócić. To praktyka powszechna w czasie pandemii. Głupia paczka dwudziestu jednorazowych maseczek higienicznych potrafiła kosztować u nas na czarnym rynku i 400 złotych. Choć normalna jej cena to pewnie z 20. Ja wiem, że istotą biznesu jest kupować taniej i sprzedawać drożej. Ale bez przesady.

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu

Główny epidemiolog Szwecji, Anders Tegnell, otrzymuje anonimy z groźbami śmierci. Szwecja jest jednym z tych państw, które zdecydowało się na wyjątkowe podejście do walki z epidemią. Zastosowało metodę tak zwanej odporności zbiorowej. Państwo nie wprowadza obostrzeń, nie zamyka miejsc użyteczności publicznej, a jeśli szczególnie kogoś chroni, to osoby starsze. Zakłada się, że najlepiej jak wirusem zarażą się ci, co mają się zarazić, uodpornić się i tyle. To podejście bardzo pochwalało WHO, traktując je nawet jako wzorcowe dla innych państw Europy. Tylko, że to było w połowie kwietnia kiedy zarażonych było 15 tysięcy osób, a zmarłych 1500. Teraz zarażonych jest już około 35 tysięcy, zmarłych grubo ponad 4. Wygląda na to, że model szwedzki się sypie. A ludzie czują się oszukani, bo ich bliscy, którzy mieli żyć, umierają. Kto mówi prawdę w sprawie koronawirusa?

Nie pożądaj żony bliźniego swego

Madrycki dziennik El Mundo podaje: W czasie kwarantanny związanej z epidemią koronawirusa w Hiszpanii rośnie liczba osób zdradzających swoich partnerów w sieci, m.in. poprzez korzystanie z internetowych serwisów randkowych. Gleeden to tak zwana randkowa platforma gdzie można sobie poświntuszyć na odległość. Od czasu wprowadzenia obowiązkowej kwarantanny, czyli od 15 marca, ilość jej użytkowników wzrosła o 160 procent! A największy ponoć serwis pornograficzny na świecie ponoć w ramach walki z krzywą zachorowań i zachętą do pozostania w domach darmowo udostępnił na całym świecie swoją wersję premium. Gwiazdy porno uczą tam jak dbać o higienę i bezpiecznie uprawiać seks na kwarantannie. Pomysłowe. Porno w walce z COVID-19. Wirus za wirus. Efekt? W samej Polsce w tym czasie aktywność na portalu wzrosła o kilkadziesiąt procent.

Ani żadnej rzeczy, która jego jest

Pandemia wywraca świat do góry nogami. Niektórzy zbankrutują i być może pierwszy raz w życiu doświadczą jak to jest zazdrościć bratu finansowego błogosławieństwa. Niektórzy się wzbogacą i być może pierwszy raz w życiu będą mieli szansę okazać hojność na jaką do tej pory nie było ich stać. Pewnie będą i tacy, u których nic się nie zmieni. Tak czy inaczej, odkrywamy, że nasze życie nie zależy od nas. Nie zazdrość i nie ciesz się, kiedy inni ci zazdroszczą. I jedno i drugie jest głupie. Ciesz się tym co masz. I żyj. A po tym rachunku sumienia ja wiem jedno. Spowiedź konieczna od zaraz. Na szczęście w konfesjonałach nigdy nie może być więcej niż dwie osoby.