unsplash.com

Jak nie marnować czasu?

Kiedy nasze cztery ściany stają się całym naszym światem, to co wtedy? Więzienie albo bezludna wyspa to sytuacje, których raczej nigdy nie chcielibyśmy zaliczyć. Tak myślimy, kiedy żyjemy na tak zwanej wolności. Ale czasami ta wolność zostaje nam ograniczona. Jak teraz. W ciągu kilku dni na teren naszego życia wkroczył okupant, który wprowadził swoje zasady gry. Nagle nie możemy się spotykać z naszymi bliskimi i znajomymi. Dzieci nie mogą chodzić do szkoły ani na place zabaw. Wypady do kina, albo na koncerty też odpadają. Nawet do kościoła na Mszę nie wolno. W naszym katolickim podobno kraju to jest normalnie szok. Wielu z nas nagle, z dnia na dzień zaczęło drastycznie mniej zarabiać. Albo w ogóle przestało zarabiać. To co jeszcze wczoraj wydawało się być oczywistą oczywistością, niezbywalnym prawem, czymś co zawsze mieliśmy pod ręką, a co nie zawsze potrafiliśmy docenić, dzisiaj zostało nam odebrane. Jak to się stało, że tak się stało? Zanim się dowiemy (o ile w ogóle się dowiemy), najpierw musimy się nauczyć żyć w tej nowej sytuacji. Na szczęście człowiek ma taką cudowną właściwość, że potrafi się adoptować do okoliczności. Jak Tarzan, Robinson Crusoe albo na przykład rodzinka z filmu Cisza. Czy z tej globalnej kwarantanny możemy mieć jakieś korzyści? Więcej niż nam się wydaje.

Relacje

To najczęściej słyszę od moich znajomych, którzy mają rodziny. Że teraz nareszcie mają czas dla współmałżonka i dzieci. Chcąc nie chcąc, ci którzy dosłownie stosują się do ogólnonarodowej akcji #zostańwdomu spędzają ze swoimi najbliższymi 24 godziny na dobę. A nie kilka godzin jak do tej pory. Ze wszystkimi tego plusami i minusami. Większość dzieciatych rodzin musiało przestawić się na homeschooling. Uczenie własnych dzieci nie jest łatwą sztuką. Ale w budowaniu relacji bezcenną. Dochodzi do tego studiowanie na najlepszym Uniwersytecie Cierpliwości jaki istnieje. Jest jeszcze jedna korzyść. Można sobie odświeżyć trochę wiedzy, która, co tu dużo gadać, mogła przez lata nam się ulotnić. Bycie z najbliższymi osobami 24 godziny na dobę zmusza nas do budowania relacji na serio. Bez załatwiania ważnych spraw zdawkowymi sms-ami albo fotkami wrzucanymi bezwiednie na WhatsUp’a. Tutaj trzeba, że tak się wyrażę, zajrzeć problemowi prosto w oczy. To wielkie błogosławieństwo narodowej kwarantanny. Nie jedyne.

Krzepa

Przed pandemią, kiedy niby było tak super, zapięci w nasze zawodowe homonta, oraliśmy ile wlazło. Zawodowa kariera, finansowy komfort i prestiż. Byliśmy w stanie za to oddać wszystko. Nie tylko jakość naszych relacji z najbliższymi. Również zdrowie. Jasne, jest procent społeczeństwa, który ma bzika na punkcie swojego ciała. Ale myślę, że dla większości gimnastyka nóg podczas naciskania pedałów w samochodzie i palców podczas pisania na komputerze była główną rekreacją. Teraz przychodzi refleksja. Wiem to z autopsji i z rozmów. Ludzie zaczynają ćwiczyć. Nie tylko dlatego, że mają więcej czasu. Również dla zabezpieczenia się przed wirusem w koronie. Dowiedzieli się nagle czegoś, co było wiadome od dawna. Aktywność fizyczna (może nawet bardziej niż odżywianie) podnosi odporność naszego organizmu. A im organizm odporniejszy, tym koronawirus bezradniejszy. Więc ruszajmy się. Biegajmy, jeździjmy na rowerze, spacerujmy. Jeśli się da. Bezpiecznie. W bezludnych miejscach. Jak się nie da, to w domu. Gimnastyka z instruktorem na YT. Nic prostszego. Ja mam taki patent. Rowerek stacjonarny. Siadasz, przed sobą ustawiasz tablecik, a na uszy wciągasz słuchawki. Odpalasz jakiś dobry film albo koncert. I jedziesz. Rewelka. Absolutnie polecam. Jest ruch, jest kultura. Jest życie.

Pożywienie

Jak już mamy więcej czasu i większą uwagę zwracamy na zdrowie, to zastanówmy się też nad naszym odżywianiem. Różnie z tym bywa. Na szczęście koronawirus nie przenosi się drogą internetową, więc możemy surfować bezpiecznie. Poczytajmy o tym co powinniśmy w siebie wrzucać, by zrobić sobie dobrze. To też nie jest żadna tajemnica. Tylko teraz mamy postój i jest czas by nad tym się pochylić. Mamy warzywa, mamy owoce, mamy sklepy ze zdrową mąką i miodem płynące. Piekliście kiedyś chleb? Ja tak. Czad i tyle. Jak dobrze to ogarnąć, to nie tylko może być smaczniej i zdrowiej. Ale i taniej.

Pasje

Na to też w tak zwanej normalności nie mamy czasu. Bo zawsze jest coś. Racja, są pasje, które teraz trzeba odpuścić. Typu mecze piłki nożnej albo podróżowanie po świecie. Ale takich, dla których nie trzeba wychodzić z domu są setki. Wreszcie można czytać książki. Nie wiem jak u Was, ale ja do tej pory nie mogłem czytać. Nie to, żebym miał zakaz, ale nie byłem w stanie wykroić czasu. Kiedy ostatnio grałem w karty? Dawno temu. Szachy. Sezon fajnego serialu. Powiadają, że faceci w kuchni są najlepsi. Sorry Magdalena Gessler. Panowie, jest szansa to udowodnić. Zawsze zazdrościłem biegłości w angielskim. Z tym też jest szansa teraz coś zrobić. Książkę nie tylko można przeczytać. Można ją też napisać. Można się nauczyć tańczyć. A nuż się kiedyś przyda. Można się nauczyć grać na jakiejś klawiaturze. Albo na strunach. Uwaga, wchodzimy na mój teren. Mi jako gitarzyście odpadły wszystkie koncerty i lekcje :(  Mam plan, jak wielu innych moich kolegów, by spróbować swoich nauczycielskich sił on-line. Co niniejszym wstępnie zapowiadam. Sorry za kryptoreklamę :) I powiem Wam coś jeszcze. W tym czasie mam czas na coś, co jest moją wielką pasją. Na gitarę! Mogę sobie po prostu pograć i poćwiczyć poza wszystkimi zawodowymi projektami i zobowiązaniami. Jak Pan Bóg przykazał. No właśnie, Pan Bóg.

Bóg

To też mówi bardzo wielu moich respondentów. Ludzie modlą się trzy razy więcej niż dotychczas. Czuję podskórnie, że naszej wierze i życiu Kościoła ten trudny czas wyjdzie na dobre. Eucharystię przeżywamy na kanapie przed telewizorem. Wiadomo, głód Jezusa obecnego w Chlebie i Winie będzie się wzmagał. Czujecie co to będzie, jak znów wszyscy pójdziemy do Kościoła i z rąk Kapłana przyjmiemy Boga? Może bardziej docenimy to, co teraz wydaje się utracone. Jest wiele takiego błogosławionego zatrzymania i zastanowienia nad istnieniem. Takiego fundamentalnego. Widzimy, że to co dotychczas było całym naszym życiem zawaliło się zupełnie. Widzimy jak krucha jest materia i biologia. Czujemy, że to nie jest to, o co chodzi. Że to nie jest to życie , do czego człowiek jest ostatecznie powołany. I że człowiek tak naprawdę jest słaby. To czas, kiedy możemy tego boleśnie doświadczyć. To czas wielkiej modlitwy. Takiej, na jaką do tej pory nie było nas z jakichś powodów stać. A Bóg zerka z góry pytając: i co, da się?


unsplash.com

Ostatni dzień mojego życia

James Thurber jest autorem słów: żyj tak, jakby każdy dzień twojego życia miał być tym ostatnim. Świat po uszy zanurzył się w rzeczywistości, w której te słowa brzmią niepokojąco aktualnie. Rzeczywistości, którą jeszcze dwa miesiące temu znaliśmy jedynie z kart historii i amerykańskich filmów katastroficznych. Jeszcze dwa tygodnie temu zastanawiałem się czy pisać, czy nie pisać o tym nowym królu. Czy ulegać temu wszechobecnemu amokowi, czy nie. Dzisiaj widzę, że nie da się przed tym uciec. Mały wirus został ukoronowany na władcę świata. Cały glob truchleje przed nim i jest w niego wpatrzony jak w bezwzględnego tyrana, który wpadł w szał. Śmierć powszednieje. Informacje o kolejnych setkach zgonów przyjmujemy ze smutkiem, ale i coraz większym zobojętnieniem. Nawet to, że Ronaldo kupił sobie kolejnego Bugatti za 10 mln euro mało kogo obchodzi. Przeżywamy najbardziej hardcore’owe rekolekcje wielkopostne. A co, jeżeli dzień, w którym czytasz te słowa naprawdę miałby być tym ostatnim? Dzisiaj akurat nietrudno sobie to wyobrazić. Wielu z nas wcale nie musi sobie tego wyobrażać. Dla wielu z nas to naprawdę będzie ostatni dzień życia. Jakbyś wykorzystał tych kilka ostatnich oddechów, by przekraczając próg doczesności kac moralny nie był aż tak nieznośny? Bo tak czy inaczej będziesz go miał.

Spłacić wszystkie długi

Pamiętam ten telefon bardzo dobrze. Znany polski muzyk, lider znanego polskiego zespołu, na płycie którego położyłem kilka skromnych dźwięków. Byliśmy umówieni na konkretną stawkę. Ale czas płynął, a pieniędzy nie widziałem. W tej branży takie poślizgi to norma, więc czekałem cierpliwie. I w końcu on dzwoni: Adam, chciałem się rozliczyć za twój udział na mojej płycie. Proszę, podaj numer konta. To była nasza ostatnia rozmowa. Kilka dni po niej zmarł. Ale wcześniej spłacił dług jaki miał wobec mnie. Jeżeli łudzimy się, że nasze materialne zobowiązania nie przechodzą na tamten świat, to jesteśmy w dużym błędzie. Jezus mówi:

Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. Mt 5,25-26

Dług materialny jaki mamy wobec brata jest jakimś rodzajem niezgody. Nierozliczenia. Niesprawiedliwości. Droga to nasze życie. Dopóki idziemy mamy szansę coś zrobić. Przeciwnik, który oskarża to diabeł. On nie przeoczy żadnej okazji, by wytknąć nam najmniejsze nawet przekroczenie prawa. W końcu nie wytrzymujemy tej presji i lądujemy w więzieniu samooskarżenia. Niektórzy utożsamiają więzienie z tej Ewangelii z czyśćcem. To takie tajemnicze miejsce, w którym spłacamy wszystkie długi przywleczone z tamtego świata. Im mniej tego przywleczemy, tym lepiej dla nas.

Nie tylko pieniądze

Są długi materialne. Ale są jeszcze te niematerialne. Kto wie, czy ich spłacenie nie jest ważniejsze. Na pewno trudniejsze. To dług przebaczenia. Jeśli jesteśmy z kimś w konflikcie, jeśli kogoś sądzimy, jeśli kogoś zraniliśmy albo jeśli ktoś zranił nas, mamy ważną i trudną lekcję do przerobienia.

Na antenę katolickiego radia dzwoni pewna pani. I mówi: W tym szczególnym Wielkim Poście chciałam wybaczyć tym, którzy mnie skrzywdzili. Zwłaszcza mężowi, który odszedł ode mnie lata temu. Jeśli on skruszy się przede mną i uzna swoją winę, to ja wtedy będę gotowa mu wybaczyć. Napisałam do niego list, w którym wszystko wyłożyłam i podpisałam: kochająca żona. Skóra mi ścierpła. Nikt na antenie tego nie prostował. To ta żona powinna prosić męża o przebaczenie za to, że sądziła go przez całe życie za jego grzech. Że latami pielęgnowała drzazgę w oku bliźniego, nie widząc belki w swoim. Jak dobrze, że miłość Jezusa nie jest warunkowa.

Taki powinien być ostatni dzień naszego życia. Siadamy i robimy listę długów. Tych materialnych i duchowych. Wszystkich. Nawet najdrobniejszych. I spłacamy. Tak jak potrafimy. Jezus nie pozostawia złudzeń - nawet jeden grosik niespłaconego długu zamyka nam bramy nieba. O spowiedzi nie pisałem? To oczywista oczywistość. Pojednanie z Bogiem - podstawa.

Powiedz kocham

To najpiękniejsze słowa, jakie może wypowiedzieć człowiek. Kocham cię. Jeśli jutro już nie będzie nas na tym świecie, pomyślmy o tych, którzy najbardziej to odczują. I spędźmy ten dzień z nimi. Dajmy im siebie w naszej najlepszej wersji. Niech zapamiętają nas pełnych radości i nadziei. Wiem, w takim dniu nie będzie to łatwe. Chociaż podobno ludzie, którzy wiedzą, że za chwilę odejdą dostają jakieś niewytłumaczalne doładowanie pokoju. Niech się leją łzy jeśli trzeba. Ale niech te łzy podlewają drzewo nadziei. Nadziei na to, że kiedyś się spotkamy. Relacje jakie łączą nas z najbliższymi, z tymi których kochamy najbardziej na świecie są tak silne i piękne, że trudno mi uwierzyć by coś mogło je bezpowrotnie zerwać. Nawet śmierć. Dlatego nie przeżywajmy tego dnia ze świadomością, że odchodzimy na zawsze. Wybieramy się w bardzo daleką podróż, w którą i nasi bliscy kiedyś się wybiorą. Spotkamy się kiedyś w domu Ojca Niebieskiego. Jakkolwiek naiwnie to brzmi. Nie mamy pojęcia jak to będzie wyglądało, bo ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Ale wiemy jedno - będzie pięknie. I nie zapomnijmy tuż przed odjazdem powiedzieć te najważniejsze słowa świata: KOCHAM CIĘ.

Zrób to co kochasz

Dopóki śmierć nie zagląda nam w oczy, oddajemy większość swojego czasu i energii na rzeczy, które nie są tego warte. Tak to ujął Paulo Coelho:

Ludzie zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.

W ostatnim dniu swojego życia spokojnie będziemy mogli odpuścić sobie pracę, pieniądze, afekty i lęki o przyszłość. Zróbmy coś na co albo nie mieliśmy czasu, albo odwagi. Napiszmy nowelę, polećmy paralotnią, wrzućmy na YT filmik z naszym standup’em albo zjedzmy słoik nutelli. Cokolwiek. Ja zagrałbym mojego ukochanego bluesa na moim ukochanym Telku.

W Szeregowcu Ryanie jest taka scena, kiedy stary Ryan stoi nad grobami kilku żołnierzy. Tych, którzy desperacko poszukując go na froncie oddali swoje życie. Ryan ze łzami w oczach zwraca się do swojej stojącej obok żony: proszę, powiedz mi czy moje życie było warte ich ofiary?

W ostatnim dniu naszego życia spójrzmy na krzyż. I zadajmy sobie pytanie o to, czy nasze życie było choć trochę warte tej ofiary. A ponieważ nie wiemy kiedy to będzie, zadawajmy sobie to pytanie co dnia. Na wszelki wypadek. Już samo patrzenie na krzyż zwiększa prawdopodobieństwo, że nasze życie tej ofiary będzie warte. Choć trochę. Wystarczy.


unsplash.com

Granice sportu

Król wirusów uderza we wszystko. W sport także. Teraz dopiero widać, jakie sport ma znaczenie dla biznesu, gospodarki, kultury. To nie tylko wielkie emocje i piękno czystej rywalizacji. To także wielkie pieniądze. Często przede wszystkim. Niestety. A jak sportem rządzi pieniądz to emocje bywają złe, a rywalizacja brudna. Co człowiek jest w stanie zrobić, by stanąć na szczycie i zgarnąć wygraną? Wygląda na to, że chyba wszystko. Granice ludzkich możliwości, fantazji, głupoty i etyki przesuwają się w zastraszającym tempie. W złą stronę. Tak myślę.

Wesołe miasteczko

W Wesołym Miasteczku nigdy nie czułem się zbyt pewnie. Źle znoszę przeciążenia. Nawet co bardziej rozkręcone karuzele dla dzieci raczej staram się omijać. Wolę pokopać w piłkę. Tak mam i tyle. Youtubowe filmiki z przejażdżek ekstremalnymi rollercoasterami przyprawiają  mnie o zawrót głowy. O skokach spadochronowych nawet wolę nie myśleć. Dla mnie to niepojęte, jak ktoś, kto nie jest samobójcą może wyskoczyć z samolotu lecącego kilka kilometrów nad ziemią. Skok na bungee pewnie by mnie zabił. Niedawno najwyższą wieżą do takich atrakcji była Macau Tower w Chinach. 233 metry. Jakiś czas temu zdetronizowała ją Big Tower. 252 metry. Lokalizacja - Szczecin. Uprzedzam, że gdyby ktoś chciał mi w prezencie ufundować taki skok, to ja dziękuję.

Batman

A co, kiedy ekstremalne skoki spadochronowe zaczynają wiać nudą? Trudno w to uwierzyć, ale niektórzy tak mają. To ci, którym samo spadanie przestało wystarczać. Chcą nie tylko spadać. Chcą też latać. Jak Batman. Dlatego musiał powstać kolejny sport. Wingsuiting. Nie taki młody. Około 30 lat. Skoczek ubrany w specjalny kombinezon batmano-podobny skacze z dużej wysokości, a następnie szybuje. Lot kończy się otwarciem spadochronu i lądowaniem. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Amerykańskie Stowarzyszenie Spadochronowe zaleca, by przed pierwszym skokiem w wingsuicie mieć na koncie 200 skoków spadochronowych w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Niestety, niektórzy olewają te zalecenia, co często kończy się pasztetem. Najbardziej widowiskowa odmiana tego sportu to proximity flying. To filmiki z tymi lotami robią furorę na YT. Koleś wchodzi na wysokie wzniesienie albo szczyt, zakłada strój Batmana, rzuca się w przepaść i leci wśród skał, urwisk i zapierających dech w piersiach widoków.

Skok z kosmosu

A co jak i to się znudzi? Felix Baumgartner to światowej sławy specjalista od zadań extremalnych. W 2012 roku zrobił coś co uczyniło go nieśmiertelnym. W sensie symbolicznym oczywiście. Prawdziwą nieśmiertelność zapewnia Kto inny. Felix wzniósł się w specjalnej kapsule z balonem na wysokość niespełna 39 kilometrów. I potem z tej kapsuły wyskoczył. Zanim otworzył spadochron leciał przez 4 minuty i 22 sekundy. Uleciał tak ponad 36 kilometrów. Przekroczył prędkość dźwięku. I w końcu wylądował na pustyni w Nowym Meksyku. Narzekał, że było mu zimno i że kask mu się zaparował. Takie tam szczegóły. A tymczasem wicedyrektor Google, Alan Eustace, pobił rekord Baumgartnera. W 2018 skoczył z 41 kilometrów. Kto da więcej?

Prasowanie ekstremalne

To nie żart. Zaczęło się w 1997 roku od Anglika Neila Shaw. Na co dzień pracował w fabryce dzianiny. Wszystko co związane z materiałami było jego prawdziwą pasją. Drugą była górska wspinaczka. I pewnego dnia w ramach idei dwa w jednym postanowił obie te pasje połączyć. Zabrał żelazko, deskę do prasowania, koszulę i z tym ekwipunkiem wspiął się na szczyt wysokiego klifu. I tam zaczął prasować. Jeśli myślicie, że na tym się skończyło, mylicie się bardzo. Jeśli myślicie, że prasowanie w górach to granica ludzkiej fantazji w tym temacie, mylicie się jeszcze bardziej. Prasowanie ekstremalne zyskało rzesze fanów na całym świecie. I teraz uwaga. Ludzie prasują nie tylko zawieszeni na górskich ścianach. Również w czasie jazdy na rowerze, surfowania na desce, lotu na paralotni, zespołowych skoków spadochronowych, a nawet podczas nurkowania. Cóż, dla mnie już samo prasowanie jest sportem ekstremalnym. Ale jak ktoś lubi utrudniać sobie życie, jego sprawa.

Bleee….

Zawody w pluciu martwym świerszczem na odległość wymyślił ponoć w 1996 roku entomolog, niejaki Tom Turpin. Sprawdzałem. Takie zawody w USA rzeczywiście się odbywają. Wszystkie kategorie wiekowe. Zawodnik bierze z tacy martwego świerszcza, wkłada do gęby, staje przed polem z oznaczonymi odległościami, bierze oddech, przystawia się i pfluuuu. Nie potrafię tego skomentować. Głupie i tyle. Choć w Japonii bywa głupiej. Albo toe wrestling. To takie zawody w siłowaniu się, ale nie na ręce tylko na stopy. Konkretnie duży palec o duży palec. Wymyślone w Anglii w 1974 roku. Tylko nie wiem co na to Stowarzyszenie Do Walki z Grzybicą…

Spacer w chmurach

O Philippe Petit dowiedziałem się dzięki świetnemu obrazowi Zemekisa The Walk. Sięgając chmur. Historia absolutnie prawdziwa. I absolutnie niesamowita. W 1969 roku ten francuski linoskoczek dokonał czegoś naprawdę wyjątkowego. Łamiąc prawo rozpiął metalową linę między dwoma świeżo zbudowanymi wieżami World Trade Center. I przeszedł po niej. Bez zabezpieczeń. Przeszedł to mało powiedziane. Philippe Petit zafundował wtedy światu 45 minutowe show, jakiego już potem chyba nikt nie powtórzył. Czy francuz przekroczył tutaj granice sportu? Teoretycznie złamał prawo, choć został uniewinniony ze względu na niską szkodliwość społeczną swojego wyczynu. Philippe nie tylko nie został uznany za przestępcę. Stał się bohaterem. Nie wiem, czy powinienem to pisać, ale takie przekraczanie granic budzi moje uznanie. Być może Philippe nieświadomie zapoczątkował powstanie nowej dyscypliny - slackline. To sport powstały na początku lat 80tych. Polega na chodzeniu i wykonywaniu trików na rozpiętej między dwoma punktami taśmie o szerokości kilku centymetrów. Taśma może być na różnej wysokości. Od kilku centymetrów do kilkuset metrów. Wirtuozem tej dyscypliny jest Julian Mittermaier. Ustanowił niedawno nowy rekord. Na jednej z największych wodnych zapór łukowych na świecie - Mauvoisin w Szwajcarii rozpiął taśmę o szerokości 2,5 cm i długości 224 metrów na wysokości 200 metrów nad ziemią. I przeszedł po niej. Spacer trwał 40 minut. Szacun.

W ryja

Jakby wbrew panującej opinii o tym, że bokserzy to bezmózgowcy, powstało coś takiego jak boks szachowy. Czyli chess boxing. Serio. Początkowo połączenie partii szachów z boksem było zwykłym performensem, za którym stał holender Iepe Rubingh. Jednak ludzie zwariowali na punkcie tej idei. Zwłaszcza w  Niemczech, Wielkiej Brytanii, Indiach czy Rosji. To co pierwotnie uważano za sztukę, przerodziło się w pełnowymiarowy sport. Wygrywa się tutaj, albo na punkty, albo matując bądź nokautując rywala. Boks i wszystkie inne sporty walki z moralnego punktu widzenia budzą chyba największe kontrowersje. O boksie pisałem. O tym męskim. Bywa ekscytujący, fakt. Ale generalnie jestem na NIE. Wiem, że w piłce zdarzają się faule. Ale w piłce faul to rzecz zabroniona. Wypadek przy pracy. W boksie faul jest istotą. Jeśli szczytna idea sportowej rywalizacji ma legalizować zadawanie fizycznych obrażeń, to ja chrzanię taki sport. O damskim mordobiciu jeszcze nie pisałem. Teraz czuję, że muszę. Głośno było ostatnio o walce Joanny Jędrzejczyk. Walce w ramach tak zwanego kobiecego MMA (sic!). Przyjrzałem się temu trochę. Stiltowałem. Każdy kawałeczek mojego człowieczeństwa krzyczał NIE!!! Oglądałem fragmenty walki, zdjęcia, komentarze. Gdybym chciał użyć języka duchowego, powiedziałbym, że promotorem taj walki był wyjątkowo perwersyjny i wredny demon. Mówiąc językiem ludzkim - ktoś musi mieć nieźle narąbane we łbie, skoro zgadza się na takie coś. Zdjęcie polskiej zawodniczki po walce mówi wszystko. Wygląda jak fotka z policyjnych archiwów z podpisem: brutalne pobicie, wielogodzinne maltretowanie i zbiorowy gwałt. A tymczasem to zdjęcie sportowca po zawodach. Pani Joanno, szanuję Pani determinację, pracowitość, waleczność, ordery i medale itd, itd. Ale nie szanuję sportu, który Pani uprawia. Bo to nie jest sport, tylko prymitywne mordobicie, które ktoś bezczelnie sportem nazwał. Nie szanuję tego, co ten pseudo sport robi z Panią i innymi paniami, które dały się w to wkręcić. Klatka MMA to nie jest jedyne miejsce, gdzie można wykazać swoją determinację, pracowitość i waleczność. To nie jest miejsce dla człowieka. Zwłaszcza dla kobiety. Jeśli szukam miejsca, gdzie granica sportu została przekroczona, to tutaj mamy je na 100 procent. Proszę wybaczyć ten z lekka emocjonalny ton. Inaczej nie umiałem.


unsplash.com

Wyprawy krzyżowe i inkwizycja. Historia prawdziwa.

Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami i siedmioma górami żył sobie okrutny i zachłanny król Urban II. Pewnego razu rzekł do swoich poddanych:

Powiększmy nasze panowanie! Mamy wiele, ale możemy mieć jeszcze więcej. Niech nasze armie wyruszą by podbijać cudze ziemie. Przede wszystkim podbijajmy ludy bezbronnych Muzułków, bo w ich rękach jest najwięcej bogactw. Nie znajcie litości. Mordujcie, palcie, gwałćcie, burzcie i zagarniajcie. Wszystkim, którzy wezmą udział w podbojach obiecuję sowitą zapłatę i życie wieczne. Bo w imię boga to czynimy! Wszystkich, którzy będą przeciwko nam schwytamy, osądzimy i publicznie powiesimy. Urządzimy polowania na kobiety, które swoimi czarami będą chciały zaszkodzić naszym sprawiedliwym, bożym planom. Będziemy je publicznie palić na stosach. Ilość nie ma znaczenia. Nawet gdyby to miały być miliony. Drewna wystarczy.

Tak rozpoczął się trwający 200 lat, jeden z najbardziej mrocznych okresów Królestwa Katolicji.

To taki mój, legendo-podobnym językiem uczyniony skrót myślowy. Niedawno jeden z czytelników zapytał pod moim tekstem: kiedy ostatnio chrześcijanie wyrzynali muzułmanów? Krucjaty były oczywiście pierwszym pomysłem, który przyszedł mi do głowy. Ten okres w dziejach Kościoła, który przypada na lata 1096 - 1291 to jedna z największych kości niezgody w dzisiejszym świecie. Sporo jest takich, którzy ten okres widzą tak jak to opisuje moja pseudo-legenda. A jak było naprawdę?

Kto zaczął?

Muzułmanie. O rzeczywistych powodach zorganizowania w 1096 roku pierwszej krucjaty napiszę później. Teraz cofnijmy się o mniej więcej 400 lat do tyłu. Wtedy rodzi się Islam. Sam prorok Mahomet ogłasza pierwszy dżihad i zaczyna się jatka. Muzułmanie wyrzynają najpierw swoich ziomków, którym Islam za bardzo nie leży. Potem ruszają we wszystkie strony świata łupiąc i mordując wszystko co się da. Ekspansja Islamu była tak duża, że po czterech stuleciach powiększył on swoje panowanie niemal pięciokrotnie. Szariat zapanował także w sporej części Europy i w Ziemi Świętej. Z Jerozolimą włącznie. I wcale nie zamierzał na tym poprzestać. Oni chcieli zagarnąć wszystko. Tak już mają. Świat stanął wtedy przed poważnym dylematem - albo coś z tym zrobimy, albo będzie po nas.

Dlaczego?

Zasadniczo powody, dla których zorganizowano krucjaty są dwa. Po pierwsze należało powstrzymać agresywny napór Islamu, który zaczynał zagrażać całej Europie i reszcie świata. Grenlandia ewentualnie mogła czuć się wtedy bezpieczna. Reszta świata nie bardzo. Dlatego papież Urban II postanowił, że trzeba się bronić. W przypadku tych kolesi najlepszą obroną mógł być tylko atak. 27 listopada 1095 roku w Clermont Urban II zaapelował do biskupów i możnych Europy, by zacząć działać. Oto jego słowa: Jerozolima jest teraz w rękach wrogów Chrystusa. Oczekuje na wyzwolenie i nie można zwlekać z udzieleniem jej pomocy. Bóg powierzył wam, Frankom, największą chwałę rycerską wśród wszystkich narodów. Z tego powodu gorliwie podejmijcie tę wyprawę dla odkupienia waszych grzechów i bądźcie pewni nagrody nieprzemijającej chwały w Królestwie Niebieskim. I tutaj wyłania się drugi powód zorganizowania krucjat: odbicie tego, co było chrześcijańskie, a zostało zagrabione przez muzułmanów. Z Ziemią Świętą i Jerozolimą na czele.

Fakty i mity

Udział w krucjatach nie był przymusowy. Był dobrowolny, a ochotnik musiał mieć zgodę żony. Brzmi to śmiesznie, ale chodziło o zapobieganie podupadania gospodarstw. Papież nie obiecywał krzyżowcom raju. Bo takie mity też krążą. Obiecywał odpuszczenie kar doczesnych. A to nie to samo. Wymiar religijny wypraw krzyżowych był bardzo realny. Wielu uważa, że krzyż na sztandarach był jedynie przykrywką dla zwykłego barbarzyństwa i żądzy materialnych korzyści. Ale ci ludzie wtedy naprawdę mieli wiarę. Naprawdę narażali swoje życie w Imię Boga i kraju. A to, że dzisiaj dla młodego człowieka taka perspektywa i takie ideały są ciemnogrodem to już zupełnie inny temat. Inkwizycja nie była postrachem heretyków. Ona stawała w ich obronie.

W tamtych czasach potencjalni heretycy i czarownice masowo ginęli w wyniku sąsiedzkich donosów i lokalnych samosądów. Ot taka oddolna sprawiedliwość. Inkwizycja miała temu przeciwdziałać. Wbrew stereotypom, inkwizycja wcale nie była tak nieludzka dla swoich oskarżonych jak się sądzi. Przed każdym śledztwem ogłaszała okres łaski, kiedy można było się przyznać do winy, wyspowiadać i uniknąć kary. Rozwinęła sądownictwo z możliwością odwoływania się i posiadania obrońcy. Jako pierwsza zabroniła torturowania kobiet w ciąży, dzieci i starców. Wyroków wydała setki. Ale dotyczy to głównie kar kanonicznych. Niewiele różniących się od tych, które dostajemy dzisiaj w spowiedzi.

Polowanie na czarownice

Tego to nie wiedziałem. Protestanci też palili. I to ile. Źródła podają, że spośród 300 tysięcy spalonych na stosie czarownic, 200 tysięcy to ofiary inkwizycji protestanckiej, a 70 tysięcy spaliła inkwizycja anglikańska. Katolicy najwięcej spalili w Hiszpanii, bo 3 - 5 tysięcy. A mówi się, że KK ma na sumieniu pieczeń z milionów czarownic. Co wy na to? Ja to w ogóle jestem w szoku, że istniało coś takiego jak inkwizycja protestancka. Galileusz nigdy nie był torturowany i spalony na stosie. Prześladowanie Kopernika to też raczej fake news. Jego książka po prostu znalazła się na indeksie (znaleziono w niej jakieś błędy) i wisiała tam sobie przez lata. Ot całe prześladowanie. A ze śmiercią Joanny d’Arc Kościół jak się okazuje, też nie ma nic wspólnego. To był proces czysto polityczny, któremu przewodził jakiś dziwny biskup uwikłany w polityczne interesy. Nieposłuszny Stolicy Apostolskiej i Inkwizycji, działał na własną rękę. Ostatecznie Kościół pośmiertnie ją zrehabilitował.

Grzechy

Czy Kościół ma coś na sumieniu w związku z Inkwizycją? Oczywiście. Oto fragment listu Papieża Innocentego III do Bonifacego z Monferratu. Dotyczy złupienia Konstantynopola:

Nierozważnie pogwałciliście czystość waszych ślubów: zwracając swą broń nie przeciw Saracenom, lecz przeciw chrześcijanom, przyczyniliście się nie do odzyskania Jerozolimy, lecz do zdobycia ziemskiego bogactwa, [przedkładając je] ponad niebieskie […]. Ci “żołnierze Chrystusa”, którzy powinni zwrócić swe miecze przeciwko niewiernym, unurzali je w chrześcijańskiej krwi, nie szczędząc ni wiary, ni wieku, ni płci. […] Odarli ołtarze ze srebra, pogwałcili miejsca święte, zrabowali ikony, krzyże i relikwie. […] Łacinnicy dali przykład jedynie przewrotności i dzieł ciemności. Nic dziwnego, że Grecy zwą ich psami!

To było jedno z najbardziej udokumentowanych haniebnych zachowań katolików w czasach krucjat. Z pewnością było ich więcej. Katolik też człowiek. I jak z każdego człowieka i z niego potrafi wyjść zwierze. Ale uważam, że kontekst historyczny usprawiedliwia decyzję Kościoła o przeprowadzeniu krucjat. To był naturalny i konieczny odruch samoobrony. Potępiać KK za Inkwizycję to tak samo jak potępiać koalicję antyhitlerowską za to, że stawiła zbrojny opór Niemcom i ich sojusznikom. Nikt nie kwestionuje słuszności powstania takiej koalicji, mimo, że jej członkowie nie raz, nie dwa łamali reguły gry.


cathopic.com

Kiedy ksiądz powie DOŚĆ

Normalnie nie czytam takich wywiadów. Ten akurat przeczytałem. Nie wiem czemu. Może dla tego spojrzenia, które domagało się zaufania? Może dla kontrowersyjnego tytułu? Wywiad z profesorem Stanisławem Obirekiem. Byłym Jezuitą. Wyborcza ochrzciła go dyżurnym krytykiem Jana Pawła II. Dla swoich był tym, który kalał własne gniazdo. I szczerze mówiąc, swoi odetchnęli z ulgą, kiedy z tego gniazda wyfrunął. Dla jednych powiew świeżości w samym środku klerykalnego zaduchu. Dla innych zdrajca Kościoła Świętego. Ja uważam, że ani jedno, ani drugie. W wywiadzie czytam: polski katolicyzm nie ma nic wspólnego z religią. Kurcze, chciałbym, żeby miał rację. Bo chyba nie ma.

Wiara vs religia

Dla mnie to nie to samo. Wiara to łaska. Religijność to już nasze podrygi. Religijność naturalnie wynika z wiary. Nigdy na odwrót. Dlatego bardziej by mnie dotknęło, gdyby Obirek powiedział, że polski katolicyzm nie ma nic wspólnego z wiarą. I od razu zadałbym sobie pytanie o to, czy my, polscy katolicy jesteśmy bardziej religijni czy bardziej wierzący? Nie chciałbym być jakimś fatalistą, ale prawdopodobnie to pierwsze. Może się mylę. Oby.

Polski Kościół to skamielina, która musi umrzeć

Cytat z wywiadu. Bez dwóch zdań profesor Obirek jest bardzo inteligentny, oczytany i wygadany. I trudno nie przyznać, że jego wypowiedzi mają swoją logikę i trzymają się kupy. Powiem więcej - ma rację mówiąc, że Polski Kościół jest skamieliną. Cały Kościół był, jest i będzie skamieliną aż do końca świata. Skamieliną, w której działa żywe Słowo Boga. Tą skamieliną jest jego grzech i faryzeizm, którego nie pozbędzie się choćby nie wiem co. Nawet gdyby na jego czele zamiast konserwatywnego papieża stał najbardziej otwarty, tolerancyjny i wykształcony profesor świata. Ma rację Stanisław Obirek mówiąc, że Polski Kościół musi umrzeć. Codziennie musi umierać, by wydawać owoc. Umierał w czasach rzymskich, islamskich i komunistycznych prześladowań. Umiera dzisiaj, kiedy spada na niego upokarzający cios ujawniania pedofilskich afer. Umiera, kiedy odchodzą od niego kapłani i wierni.

Jan Paweł II złotym cielcem Polskiego Kościoła

Prawdopodobnie i tu ma rację profesor Obirek. Mówili o tym, tylko innym językiem, inni kumaci obserwatorzy. Zwracali uwagę, że na spotkania z Lolkiem przychodziły miliony. Ludzie machali, skandowali, płakali i razem z nim śpiewali Barkę. Ale jak Papież wracał do Watykanu, wszystko wracało do smutnej, pogańskiej rzeczywistości. W niemal każdym polskim domu wisiały kiczowate portrety JPII. Ale gdyby tak zagadać z tymi, którzy je wieszali o jego encykliki albo adhortacje, mogło by być różnie. Ma dar profesor Obirek do wymieniania litanii mankamentów świętego Jana Pawła II. Nie czarujmy się, nasz papież był grzesznikiem. Spowiadał się częściej niż ja. Raz w tygodniu. Wcale mnie to nie dziwi. Nie jestem na tyle naiwny, by oczekiwać od kogokolwiek perfekcji. Nawet od papieża. Skoro już pierwszy w dziejach takim nie był. Ja tam jestem nauczony bardziej przejmować się własnymi grzechami niż cudzymi. O wiele pożyteczniejsze. Jestem w małej wspólnocie, która uczy mnie takiej taktyki. Profesor Obirek chyba jest w innej, bo o swoich grzechach nie wspomniał ani troszku.

Jezus nie głosił Kościoła, nawet nie powołał go do życia

Tutaj akurat profesor mija się z prawdą. I on o tym dobrze wie, bo jest byłym księdzem, teologiem i mądrym kolesiem. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr, czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. Mt 16, 18. No chyba, że profesor nie traktuje Ewangelii poważnie. Do czego oczywiście ma prawo. Kościół uwikłany w polityczne konszachty, to też część jego słabości. Ulegał jej od kiedy istnieje. Z drugiej strony, Kościół, który nie chce mieć z polityką kompletnie nic wspólnego, to dziwny Kościół. Czy to źle, kiedy chrześcijanin pragnie, aby Ewangelia była moralną inspiracją życia nie tylko jego rodziny, ale całego państwa, w którym żyje?

Najbardziej w tym wywiadzie uderza mnie to ukryte pod powierzchnią przekonanie, że jego bohater wie lepiej jak kierować Kościołem niż Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek razem wzięci. Uderza mnie to niespełnione oczekiwanie, by to cały Kościół z Papieżem, biskupami, księżmi i dwoma miliardami wiernych dostosował się do wizji jednego profesora. Nie na odwrót. Uderza mnie ta pewność, że się ma rację. Jestem daleki od sądzenia profesora Obireka bardziej niż myślicie. Dla mnie on nie jest ani bohaterem, ani zdrajcą. Jest normalnym, słabym człowiekiem, którego coś przerosło. Konkretnie - dźwiganie grzeszności Kościoła, którego częścią się było. Bo właśnie to jest największym wyzwaniem dla jego członków. Nie godziny modlitw, obolałe kolana, posty i męczące pielgrzymki. Największym wyzwaniem jest nie zgorszyć się grzechem brata. Jeśli to wyzwanie cię przerasta, to odpadasz. Naprawdę nie sądzę. Jutro ja mogę odpaść. I ja jestem tylko słabym człowiekiem. Ale najcudowniejsze jest to, że Bóg i z takiej sytuacji może wyprowadzić dobro. Czego profesorowi z całego serca życzę.


youtube.com

Loveinteligencja

Syn pyta ojca: Tato, mogę Cię o coś zapytać?
Tata: No jasne, o co chodzi?
Syn: Tato, ile zarabiasz na godzinę?
Tata: To nie twoje sprawa. Dlaczego zadajesz mi takie pytania?
Syn: Ciekawy byłem. Powiedz mi proszę ile zarabiasz na godzinę?
Tata: Jak tak bardzo chcesz wiedzieć, to zarabiam 100 zł na godzinę.
Syn: Oj…. tato, pożyczyłbyś mi 50 zł?
Tata się wkurzył.
Tata: Zapytałeś, bo chciałeś żebym pożyczył ci pieniędzy na zakup jakieś głupiej zabawki, albo innej bezsensownej rzeczy do twojego pokoju. Pracuję ciężko cały dzień, a ty zachowujesz się tak niedojrzale.
Mały chłopczyk poszedł w ciszy do swojego pokoju i zamknął drzwi. Tata usiadł i zaczął rozmyślać - może naprawdę ma potrzebę kupić coś ważnego za te 50 zł? Nie pyta często o pieniądze… Mężczyzna poszedł do pokoju chłopca i otworzył drzwi.
Tata: Śpisz synku?
Syn: Nie tato, nie śpię
Tata: Tak sobie pomyślałem, że może byłem zbyt surowy dla ciebie. To był naprawdę ciężki dzień dla mnie i wyładowałem się na tobie. Oto 50 zł, o które mnie poprosiłeś.
Mały chłopiec usiadł i uśmiechnął się - dziękuję tato!
Po czym spod poduszki wyciągnął pomarszczone banknoty. Mężczyzna zobaczywszy, że chłopiec miał pieniądze znów zaczął się denerwować.
Tata: Dlaczego chcesz pieniądze skoro je masz?
Syn: Ponieważ nie miałem wystarczająco, ale teraz już mam. Tato, mam 100 zł! Mogę kupić jedną godzinę twojego czasu? Proszę przyjdź wcześniej jutro z pracy. Chciałbym zjeść z tobą kolację.

Tata oniemiał. Objął synka i błagał o przebaczenie.

To banalna scenka, którą pewnie większość z nas kojarzy. Choć dotyczy niebanalnych spraw. Patointeligencja Maty mówi mniej więcej o tym samym. Choć w zdecydowanie mniej banalny sposób.

Patointeligencja

O istnieniu Maty, młodego polskiego rapera, do niedawna nie miałem pojęcia. Ale już takie pojęcie mam. Tak to jest, że dzisiaj o istnieniu kogoś nie decyduje to, co ten ktoś robi. Dzisiaj liczy się ilość odsłon. Władzę ma ten, kto ma miliony odsłon.

Patointeligencja rozsadziła internet. Z każdą dobą kolejny milion. Setki tysięcy lajków. Epidemia udostępnień. Klip pokazały nawet Wiadomości TVP. Dla większości artystów marzenie ściętej głowy. Sorry. To się nazywa sukces. Ale to nie zasługa Maty. Myślę, że on sam był w szoku, widząc co się dzieje. Mata jest dobry, ale to dzisiaj nie jest żadna gwarancja bycia na topie. Takie rzeczy to  zwykle zrządzenie losu. Ja bym powiedział, że Bóg tak chciał. Wiem, że to kontrowersyjna teza. Patointeligencja to piosenka o dzieciakach. Ale nie dla nich.

Najpierw musiałem wgryźć się w tekst. A to wymagało ode mnie niezłej gimnastyki mózgu. Wiecie jak to jest w rapie. Nie dość, że szybko i gęsto, to jeszcze co trzecie słowo rodem ze slangu, którego nie kumam w równym stopniu co Chińskiego. Dotychczas takie słowa i takie obrazy dotyczyły głównie żuli z biednych dzielnic albo osadzonych w aresztach. Tutaj mamy nowość. Dzieci dobrze ustawionych rodziców, którzy zapewnili im dobrobyt, naukę w elitarnych szkołach, prywatne lekcje z fortepianu, hiszpańskiego, tenisa, wakacje w Egipcie, i ferie w Dolomitach. I te dzieci rzygają całym tym bananowym chłamem, które dostały. I to na swoich rodziców właśnie. To na co dotychczas spuszczona była zasłona milczenia tutaj wykrzyczane jest z porażającą szczerością, błyskotliwością i wulgarnością. Na wstydliwe tajemnice szanowanych szkół i tak zwanych porządnych domów pada bardzo jaskrawe światło. Król okazał się nagi. Patointeligencja wywołała falę oburzenia. A nawet tsunami. Nic dziwnego. Oto ktoś publicznie podważa autorytet kogoś, kogo autorytet wydawał się być niepodważalny. Oto okazuje się, że owocami całego tego współczesnego wychowywania jest pełzający konsumpcjonizm, moralna degrengolada, upadek autorytetów, uzależnienia, przygodny seks. A miało być tak pięknie. Dzieci wysyłają swoim rodzicom czytelny komunikat:

Bardziej niż waszych pieniędzy i całego tego highlife’u potrzebujemy waszego czasu i miłości!

A ponieważ czas to miłość, dzieci mają w sumie jeden zasadniczy deficyt. Miłość. Patointeligencja to kawałek kontrowersyjny i wulgarny. Ale prawdziwy. To przeraźliwe wołanie o miłość.

Dorosłe dzieci

Mata nie był pierwszy. Hymnem mojego pokolenia były Dorosłe dzieci zespołu Turbo. Ta sama diagnoza. Inny język. To była ich pierwsza płyta. Moim zdaniem najlepsza. Jedna z najważniejszych w polskim rocku. Choć trochę zapomniana i niedoceniona. Tekstu Patointeligencji świadomie nie cytowałem, bo cenzura mogłaby nie przepuścić. Ale tekst Dorosłych dzieci z przyjemnością. Po latach posłuchałem sobie kawałka. Wzruszyłem się. Wciąż aktualne.

Nauczyli nas regułek i dat. Nawbijali nam mądrości do łba.
Powtarzali, co nam wolno, co nie. Przekonali, co jest dobre, co złe.
Odmierzyli jedną miarą nasz dzień. Wyznaczyli czas na pracę i sen.

Nie zostało pominięte już nic. Tylko jakoś wciąż nie wiemy, jak żyć!
Dorosłe dzieci mają żal, za kiepski przepis na ten świat.
Dorosłe dzieci mają żal, że ktoś im tyle życia skradł.

Przykład pozytywny

Mam znajomego, który działa na styku biznesu i polityki. Katolik. Wiem, że to jeszcze nic nie znaczy, ale czytajcie dalej. Był kiedyś umówiony z bardzo poważnymi panami z bardzo poważnej firmy na finalną rozmowę dotyczącą jego nowej pracy. Mega atrakcyjnej pracy. Wymarzonej. Znajomy już zacierał ręce. I nagle, na kilka dni przed spotkaniem coś sobie uświadomił. Dokładnie tego samego dnia były urodziny jego syna, na których oczywiście obiecał synowi obecność. Co robi typowy ojciec, który musi zarobić na rodzinę? Przeprasza syna i z ważnych względów zawodowych zwalnia się z imprezy. W ramach zadość uczynienia kupuje dodatkowy prezent. I tak ojciec idzie na spotkanie, a syn ma poczucie, że jest dla ojca mniej ważny niż jego praca. I kolejną zabawkę na otarcie łez. A co zrobił mój znajomy? Zadzwonił do ważnych panów, przeprosił i odwołał spotkanie z uwagi na wcześniej zaplanowane urodziny syna. Po prostu. Po kilku dniach panowie zadzwonili z informacją, że chcą by u nich pracował. Argumentowali to tak: ktoś dla kogo rodzina jest ważniejsza od pracy to najbardziej godna zaufania osoba. Da się?

Zatrzymaj się i pomyśl, które osoby są najważniejsze w twoim życiu? Kto, gdyby ciebie nagle zabrakło, najbardziej to odczuje i najbardziej zapłacze? Na pewno nie twój szef ani kolega z siłowni. To ci, których często mijasz jak powietrze, których masz na wyciągnięcie ręki, o których nie musisz zabiegać i dzięki którym nie możesz zarobić ani grosza. To ci, których znaczenie odkrywasz często dopiero wtedy, kiedy ich tracisz. Kochaj wszystkich. Ale niektórych w pierwszej kolejności.


Photo by Yogendra Singh on Unsplash

Piękno, pieniądze, spełnienie, zdrowie... Czego jeszcze pragniemy?

Jedno jest pewne. Ktoś na koronawirusie zarobi miliony. Nie wiem, która z błąkających się po sieci teorii spiskowych jest bliższa prawdzie. Może żadna.

Jedni twierdzą, że z jakiegoś laboratorium przypadkowo wymknęła się nowa broń biologiczna. Inni, że to wcale nie przypadek, tylko świadome działanie biznesowe. Że ktoś wpuścił to świństwo w krwiobieg świata, by wywołać panikę. Szczepionka już dawno gotowa ma czekać na swoje wejście smoka. Kiedy zasięg globalnej epidemii będzie odpowiednio duży, ludzie za antidotum na śmiercionośnego wirusa dadzą każde pieniądze. Tak się dzisiaj robi interesy. Inni podejrzewają, że to zemsta Trumpa, a polski rząd w ramach kampanii wyborczej do ostatniej chwili trzymał w tajemnicy wiedzę o zarażonych w kraju nad Wisłą.

Bezpieczeństwo

Przypominam, że to tylko teorie spiskowe. Fakty są takie, że odwołuje się masowe imprezy, zamykane są szkoły, a na światowych rynkach panuje chaos. Chiny przeżywają kryzys, jakiego nie było tam od lat, a papież Franciszek po raz pierwszy odprawił Anioł Pański przez internet. Z aptek i hipermarketów hurtowo znikają towary. Chcemy być bezpieczni. I ja to rozumiem. Ja też chcę być bezpieczny. Staram się jeździć na dobrych oponach i w drzwiach montować porządne zamki. Profilaktyki zdrowotnej całkiem nie olewam, a jak nie muszę spacerować po niebezpiecznych dzielnicach mojego miasta, to nie spaceruję. Bezpieczeństwo to jedyna rzecz, której pragniemy?

Piękno

Pojęcie Kult ciała żyje już co najmniej 90 lat. W 1930 roku miał swoją premierę film Michała Waszyńskiego pod tym właśnie tytułem. Rzeźbiarz Czesław poszukuje do swojej nowej rzeźby pt Nowa Wenus odpowiedniej modelki. Wkrótce poznaje Hankę, którą uważa za model doskonały. I skłania ja do pozowania. Dzisiaj kult ciała oznacza już może coś innego, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Tytuł Nowej Wenus, względnie Nowego Apollo jest powszechnie pożądany. Łącznie z publicznym pozowaniem. Kulturę mamy raczej obrazkową. To znaczy, że głównym nośnikiem naszej tożsamości i wartości jest to, jak wyglądamy. Ciało i jego wygląd zawsze były ważne.

Ale dzisiaj mamy do czynienia z prawdziwą obsesją. Dyktatura parametrów czyni z życia wielu z nas piekło. Media przez 24/7 napromieniowują nas wizerunkami osób z ciałem doskonałym. To musi dawać efekty uboczne. To co robimy, już nie ma dzisiaj takiego znaczenia jak nasz wygląd. Jeżeli nasze lustrzane odbicie staje się dla nas głównym źródłem poczucia własnej wartości, to znaczy, że coś jest nie halo. Już nie chodzi tylko o anoreksję czy bulimię. Medycyna rozpoznaje kolejne choroby z tej litanii.   

  1. ortoreksja, obsesja na punkcie tzw. zdrowego odżywiania
  2. bigoreksja, obsesja na punkcie umięśnionego ciała
  3. tanoreksja, uzależnienie od opalenizny
  4. permareksja, przymus ciągłego bycia na diecie

Do tego dorzućmy zastrzyki z botoksu, naciąganie skóry, sztuczne włosy, zęby, paznokcie i photoshop. I sam nie wiem co jeszcze. Wszystko by wyglądać młodziej, piękniej, lepiej. I ostatecznie poczuć się totalnie oszukanym. Człowiek to ciało i dusza. Całość. To o właściwe proporcje tutaj chodzi. Pisał o tym dominikanin o. Paluch i papież Benedykt XVI. Cały Kościół mówi o tym od zawsze. Słuchamy i patrzymy nie tam gdzie trzeba. Szukamy szczęścia tam, gdzie go nie ma. Piękno i młodość to jedyna rzecz, której pragniemy?

Bogactwo

Chciwość. To z jej powodu upadały wielkie cywilizacje. To z jej powodu wybuchały wielkie wojny. To ona leży u źródeł większości naszych działań. Jezus Bogu przeciwstawia mamonę, a nie seks czy dobre zdrowie. Do robienia pieniędzy trzeba mieć dar. Niektórzy twierdzą, że ten dar często łączy się z koszernymi korzeniami. Trzeba znać reguły rządzące światem finansów.  Jedni potrafią robić pieniądze na skalę globalną. Inni na lokalną. Są i tacy, którzy w ogóle tego nie potrafią. I biedują.

Potępiona w Starym Testamencie zasada lichwy stała się dla bankierów patentem na największe biznesy wszech czasów. Nathan Rothschild w wyniku prostego blefu sprawił, że jego rodzina w ciągu jednego dnia stała się finansową potęgą. Ich majątek szacuje się na 50 miliardów dolarów. Problem rażącej dysproporcji pomiędzy tymi, którzy robią wielkie pieniądze, a resztą świata staje się coraz większy. Bogactwo często jest niesprawiedliwie skoncentrowane w rękach nielicznych, podczas gdy miliony ludzi umierają z głodu. W ciągu 10 lat od ostatniego kryzysu finansowego liczba miliarderów się podwoiła. W latach 2017 - 2018 co dwa dni przybywał na świecie jeden z nich.

Najbogatszy obecnie człowiek świata, Jeff Bezos, dysponuje taką fortuną, że 1 jej procent to równowartość budżetu Etiopii w dziedzinie opieki zdrowotnej. W Etiopii żyje ponad 100 milionów ludzi. Szacuje się, że 50 procent całego majątku świata jest w rękach około 1 procenta mieszkańców ziemi. Wpatrzeni w ten 1 procent jesteśmy jak w święty obrazek. A to tylko obrazek. Czy  bogactwo to jedyna rzecz, której pragniemy?

Spełnienie

Suma spełnionych ambicji? Zostawmy finansowe ambicje na boku. Można pragnąć osiągnąć mistrzostwo w swojej dziedzinie wcale nie dla pieniędzy. Ale po to, by pokazać światu, że się jest kozakiem. Zobaczyć podziw w oczach ludzi. Jakie to błogie uczucie. Wejść na szczyt. Wygrać mecz. Porwać tłum na koncercie. Pieniądz wcale nie musi być tutaj motywacją. Jesteśmy gotowi wiele zapłacić, by tego doświadczyć. Czy jeszcze można czegoś pragnąć?

Zdrowie

W zasadzie tutaj jest wszystko jasne. O zdrowiu mówi się dużo, ale robi się niewiele. Z jednej strony większość z nas żre syf z hipermarketów, nie uprawia sportu, siedzi godzinami przed laptopem i oddycha smogiem. Jest też druga kategoria. Tych dla których istnieje tylko zdrowa żywność, dla których siłownia to drugi dom (albo pierwszy) i którzy wybrali ekologiczne tereny poza miastem. Życzymy zdrowia sobie i innym. Dużo zdrowia to najczęściej zapodawana fraza w naszych życzeniach wszelakich. Jeszcze czegoś pragniemy?

Te wszystkie rzeczy, o których pisałem zazwyczaj łączą się w taką naszą wielką egzystencjalną kulę. Kulę, która bezwiednie toczy nas przez życie. Chcemy być bezpieczni, piękni, bogaci, spełnieni i zdrowi. Wiele się pomyliłem? A czy jest w tej naszej kuli jeszcze choć trochę miejsca na coś jeszcze? Na chcenie bycia dobrym? Tak po prostu, czy chce się nam być dobrymi ludźmi? Chodzi mi o takie dobro, kiedy dla drugiego człowieka rezygnujemy z części swojego bezpieczeństwa i komfortu, ryzykujemy nadwyrężenie swojej urody i zdrowia, utratę pieniędzy i własnej chwały? Czy chcemy być dzisiaj dobrymi w taki sposób jak dobry był Jezus? Czy to już raczej nieosiągalne frajerstwo?

Mój przyjaciel, który tej dobroci chyba za mało doświadczył, kilka lat temu odebrał sobie życie. Choć sam śpiewał: Bądź dobry tak jak chleb. Zanim będziemy bezpieczni, piękni, bogaci i spełnieni najpierw bądźmy dobrzy. Najpierw kochajmy. Bo jak będziemy kochać, to tak jakbyśmy to wszystko inne mieli z automatu.


cathopic.com

Pisać czy nie pisać? A może koronawirus to szansa?

Koledzy z redakcji mówią mi, żeby nie pisać o tym. Bo wszyscy o tym piszą. Bo o tym już niczego nowego nie da się napisać. Albo że nie ma sensu zwiększać paniki, która i tak już jest duża. Z założenia szerokim łukiem omijam portale informacyjne. Od kiedy to robię jestem zdrowszy. Ale dla koronawirusa zrobiłem wyjątek. Śledzę. Sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Jest coraz gorzej. Nie chcę udawać, że nic się nie dzieje, ale też nie chcę powtarzać tego wszystkiego, co piszą inni. Do szpagatu przystąp.

Jaja z modlitwy

Ludzie, którzy jakby wbrew rozwojowi współczesnej nauki i oświeceniu ludzkiego umysłu, stworzyli modlitwę o powstrzymanie tego paskudztwa. Bo wierzą, że poza szpitalami, lekami i najbardziej wyrafinowanymi procedurami jest jeszcze coś takiego jak opatrzność. Modlitwa i cała towarzysząca jej koncepcja już została obśmiana. Na jednym z "mondrych" portali. No bo przecież w XXI wieku miejsca na ciemnogród już za bardzo nie ma. Tyle razy się modlono i nic to nie dało. A ileż to razy człowiek próbował własnymi siłami coś zdziałać i też nic to nie dało. A jednak próbuje dalej. Dlaczego z modlitwą nie może być podobnie?

Antyklerykalni, a także klerykalni snują też hipotezę o tym, że wirus szerzy się w kościołach podczas mszy. Najbardziej podczas znaku pokoju i przyjmowania Komunii. Troskliwi proponują ukłon pokoju i Komunię udzielaną na rękę. Cejrowski grzmi: to świętokradztwo! Poza tym przyjmowanie na rękę z punktu widzenia higieny jest o wiele bardziej ryzykowne. Podobno. W Christ Church w Georgetown zarażony ksiądz miał podać komunię do ust i ściskać rękę około 500 parafianom. Ksiądz już w izolacji. I na razie nie odnotowano ani jednego chorego wiernego. Zaglądam na info - portal. Wszystkie imprezy masowe odwołane. Lekarze zalecają - zamiast uścisku, żółwik.

List z Bergamo

Jeden z lekarzy pracujących w szpitalu Humanitas Gavazzeni w Bergamo zaczął sypać. Napisał list, w którym stwierdza, że milczenie dalekie jest od odpowiedzialności. Pisze wprost: Włochy są w stanie wojny z małym, niewidzialnym gnojkiem. Do jego szpitala dziennie trafia około 20 rannych pacjentów. Sale są przepełnione, łóżek zaczyna brakować i już teraz trzeba dokonywać wyboru, komu dać namiot tlenowy, a komu nie. Od tego wyboru często zależy czyjeś życie. Lekarza trzepie na widok ludzi, którzy marudzą z powodu braku możliwości wyjścia na siłownię albo do dyskoteki.

Najwięcej szkody robią ci, którzy nie rozumieją powagi sytuacji. To nie jest nowy rodzaj grypy. To coś znaczenie gorszego. Cztery najbardziej przeklęte słowa ostatnich dni: obustronne, śródmiąższowe zapalenie płuc. Pielęgniarki płaczą, bo nie są w stanie wszystkim pomóc. Lekarze są przemęczeni. Życie towarzyskie dla nich nie istnieje. Nawet nie wracają do swoich domów. Nie chcą zarazić swoich bliskich. Rzut okiem na najnowsze info: już 40 zarażonych koronawirusem, który paraliżuje polski sport.

Powtórka z rozrywki

Nie przeżywamy niczego nowego. Zarazy, wojny, kataklizmy, kryzysy są stare jak świat. Naprawdę, bywało gorzej. Choć jak rozwinie się aktualna sytuacja, nie wiadomo. Najczęściej słyszę zdanie, że wszystko zdechnie śmiercią naturalną. Że dojdzie do światowej amnezji koronawirusa. Ja tam nie wiem. Profesor James Robb, wybitny specjalista od koronawirusów doradził bliskim jak się w tej sytuacji zachowywać. Podobno ten mail wyciekł do sieci i teraz każdy może go przeczytać.

Przede wszystkim myjemy ręce. Jak najczęściej. Mydłem i ciepłą wodą. Dokładnie. Przez minimum 10 sekund. Ostrożnie z uściskami dłoni. Jak naciskać guzik w miejscu publicznym, to tylko zewnętrzną częścią dłoni. Okazuje się, że maski na twarz to nieporozumienie. Jedynie od czego się nadają, to do tego by bezwiednie nie dotykać palcami naszych ust. Podobno robimy to około 90 razy dziennie. Jak kichamy albo kaszlemy to w chusteczkę albo w zagięcie łokcia. Jak ktoś kicha albo kaszle, to jak najdalej od niego. No i dbajmy o odporność naszego organizmu. Ruch, sen, odpowiednia dieta. Cóż można więcej zrobić? No jak to co, można się pomodlić.

Pierwsza deska ratunku

We Włoszech sytuacja jest na tyle poważna, że tamtejszy Episkopat odwołał do 3 kwietnia wszystkie msze na terenie całego kraju. W Palestynie zamyka się szkoły, kościoły i meczety. Nawet w Lourdes zamknięto wszystkie baseny, w których zanurzali się chorzy z nadzieją na uzdrowienie. W obawie,  by nie wynurzyli się jeszcze bardziej chorzy. Jak w tej sytuacji ma zachować się chrześcijanin? To świetna okazja, by doświadczyć swojej zależności i bezsilności. Przez lata można żyć w poczuciu, że jest się panem swojego życia. Aż tutaj przychodzi jedno doświadczenie, które burzy całą tą wieżę Babel.

Może to jest właśnie to? Może ta epidemia choć troszkę pomoże nam się do siebie zbliżyć? W polskiej polityce dzieją się cuda. Obóz rządzący i opozycja zdają się mówić jednym głosem, a rzecznik Biedronia chwali polski rząd za działania na rzecz walki z zarazą. No nie cuda? Może już gdzieś tam chrześcijanie i muzułmanie wspólnie się modlą. Albo przynajmniej nie wyżynają się. Nawet jeśli zrobią to na chwilę, to już będzie coś. Vanessa jest córką pierwszej ofiary koronawirusa we Włoszech. Po jego śmierci zwróciła się do świata z takim emocjonalnym wyznaniem:  Adriano Trevisan to nie była pierwsza ofiara koronowirusa we Włoszech. To był mój kochany tata, mąż mojej mamy, dziadek dla swoich wnucząt! Może koronawirus jest nam potrzebny do tego, by uświadomić sobie wartość naszych bliskich?

To ja może tą modlitwę, z której inni sobie robią jaja zacytuję. No bo jak uznamy, że modlitwa nie ma sensu, to cała reszta tym bardziej nie ma sensu.

Ojcze nasz, pełni ufności prosimy Ciebie,
aby koronawirus z Wuhan nie siał więcej zniszczeń
i aby udało się jak najszybciej opanować epidemię.

Prosimy, abyś przywrócił zdrowie zakażonym
i pokój miejscom, do których koronawirus już dotarł.

Przyjmij tych, którzy zmarli na skutek tej choroby,
pociesz ich rodziny.

Wspieraj i chroń personel medyczny zwalczający wirus,
inspiruj i błogosław tym, którzy starają się opanować sytuację.

Panie Jezu, lekarzu naszych dusz i ciał.
czujemy się bezradni
w tej sytuacji ogólnoświatowego zagrożenia,
ale ufamy Tobie,
udziel nam pokoju i zdrowia.

Matko Boża, chroń nas i opiekuj się nami,
prowadź nas w miłości do Twojego Syna, Jezusa.

Amen


Photo by 🇨🇭 Claudio Schwarz | @purzlbaum on Unsplash

Epidemie w historii świata. Dżuma, ospa, cholera...

Epidemia ateńska

W połowie V wieku przed Chrystusem tam gdzie dzisiaj jest Grecja, ścierały się ze sobą dwie światowe potęgi. Ateny i Sparta. Ateny zostały wtedy zaatakowane przez tych drugich. Historia nazwała ten konflikt II wojną peloponeską. Mogło by się wydawać, że w tym starciu rozwinięte gospodarczo i militarnie Ateny nie miały się czego obawiać. Sztuka oblężnicza była wtedy bardzo prymitywna. Jednak solidne mury miasta, które miały być gwarantem bezpieczeństwa, okazały się śmiertelną pułapką.

W porcie Pireus, ateńskim oknie na świat, wybuchła zaraza jakiegoś paskudztwa. Historycy są raczej zgodni. To był dur brzuszny. Wirus w ciągu czterech lat posłał na tamten świat jedną trzecią mieszkańców Aten i co czwartego ateńskiego żołnierza. Nawet legendarny Perykles poległ w starciu z wirusem. Ateny przegrały i w konsekwencji upadła jedność całej Hellady. To chyba pierwsza udokumentowana epidemia w dziejach świata. Niestety nie ostatnia.

Dżuma Justyniana

Barbarzyńcy natarli na imperium rzymskie. Wraz z tym porządek starożytnego świata legł w gruzach. Wtedy na ludzkość spada kolejny cios. Wybucha pandemia dżumy, która poza Bizancjum obejmuje większość cywilizowanego świata. Źródło miała prawdopodobnie w Etiopii lub Egipcie. Do Bizancjum dotarła wraz z transportami zboża. Skala tragedii była taka, że brakowało miejsc do pochówku. Szacuje się, że w samych Konstyntanopolu dziennie umierało 5 tysięcy ludzi. Cesarz Bizancjum musiał powstrzymać swoje militarne podboje Europy. Ktoś to próbował policzyć. Wyszło mu, że epidemia uśmierciła ponad 100 milionów ludzi, w tym około 60 procent europejczyków. To były zaledwie dwa lata. 541 i 542.

Czarna śmierć

Zaczęło się w 1346 roku. To była masakra. W połowie XIV wieku, najprawdopodobniej w Chinach (sic!) wybuchła epidemia dżumy. Wędrujący Jedwabnym Szlakiem kupcy szybko sprzedali ją Europie. Mongołowie mieli używać zarażonych zwłok jako broni biologicznej. Podobno jedynym europejskim państwem gdzie ten syf nie dotarł, była… Polska. Poza Europą dostało się również Azji, Bliskiemu Wschodowi i części Afryki. Szacunki dotyczące żniwa czarnej śmierci są rozbieżne, ale ich górna granica dobija do 200 milionów. Połowa populacji Europy zniknęła z tego świata. Kontynent przez półtora wieku nie umiał podnieść się z kolan.

Epidemia ospy prawdziwej

To był XVIII wiek. Paradoksalnie ten wirus ułatwił Europejczykom podbój Ameryki. Koce i chustki używane przez osoby nim zarażone były podrzucane Indianom atakującym kolonizatorów. Kilka wieków później wirus ospy wszedł do arsenału broni biologicznej. Związek Radziecki miał posiadać w swoich magazynach około 20 ton tego ustrojstwa. Obecnie próbki wirusa ospy są przechowywane w dwóch miejscach na świecie: w Instytucie Preparatów Wirusowych w Moskwie oraz w Centrum Kontroli Chorób w Atlancie. Ostatecznie epidemia ospy uśmierciła w Europie około 60 milionów ludzi.

Cholera

W XIX wieku dostarczyła światu sześć swoich odsłon. Nazywana chorobą biedy i brudu. Spekulowano, że jej źródłem jest tak zwane morowe powietrze. To nieprawda. Jak pisałem, to choroba braku higieny i kontaktu z miejskimi nieczystościami. No i oczywiście z osobami zarażonymi. Człowiekiem, który odkrył bakterią przecinkowca cholery był niemiecki naukowiec Robert Koch. Żniwo tej epidemii to w samej Europie kilkadziesiąt milionów ludzi.

Hiszpanka

Jak się okazuje, niesłusznie tak nazywana. To się działo niespełna 100 lat temu. Największa pandemia w dziejach świata. Jedna z mutacji wirusa grypy H1N1 zainfekowała 30 proc. mieszkańców naszej planety. Nie wiem skąd ta nazwa, ale ta zaraza wcale nie przyszła z Hiszpanii, tylko z Ameryki. Konkretnie od żołnierzy z obozu szkoleniowego w Camp Feston. Pewnie nie rozprzestrzeniła by się tak bardzo, gdyby nie ówczesne środki transportu. Skąd my to znamy. To był tylko jeden rok, a szacuje się, że w skali globu zabiła nawet do 100 milionów ludzi.

HIV

Najbardziej znany wirus świata. Wyizolowany przez zespół Luca Montagniera z Instytutu Pasteura w 1983 roku. Jednak wykazano, że zarażał ludzi już od 1900 roku. Na człowieka przeszedł z szympansów na terenie południowo-wschodniego Kamerunu. Żniwo - około 30 milionów ludzi.

Koronawirus

W sumie to dla tego maleństwa piszę ten tekst. Muszę przyznać, że początkowo go zignorowałem. Teraz widzę, że jednak małe może być groźne. Jeśli ktoś myślał, że litania światowych epidemii już się skończyła, chyba będzie musiał zmienić zdanie. W ciągu zaledwie kilku dni koronawirus z Wuhan stał się postrachem świata. Na przestrzeni tygodniowego obiegu informacji zakażeniu uległo 2000 osób. Zmarło ponad 50. To był grudzień 2019. A jak jest teraz?

Nieciekawie. Na całym świecie choruje już ponad 110 tysięcy osób (na dzień 9.03.2020). W sumie to maleństwo dotarło już do ponad 90 krajów. Sytuacja jest dynamiczna, więc w chwili kiedy drogi Czytelniku czytasz ten tekst dane mogą już być z lekka nieaktualne. Zmarło w sumie ponad 4 tysiące osób, z czego ponad 3000 w Chinach. Wyzdrowiało ponad 60 tysięcy chorych. Nie wiedziałem, że z tego się wychodzi. To tylko dowód na to, że media karmią nas głównie złymi newsami.

Wirus podbija świat. Globalne rynki nerwowo reagują na sytuację. Indeksy giełdowe w zasadzie na całym świecie idą w dół. Imprezy masowe stoją pod znakiem zapytania. Nawet takie jak Euro 2020 i Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Jak wiemy w Polsce już też mamy zachorowania, podejmuje się środki prewencyjne, jak odwoływanie wydarzeń, zamykanie szkół, a mówi się nawet o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. WHO zapowiadała tajemniczy Wirus x, który zdziesiątkuje ludzkość. Niektórzy twierdzą, że Wirusem x jest właśnie Koronawirus.

Znaki

Na jednej z tak zwanych religijnych stron ktoś wypatrzył fragment tak zwanego objawienia, opublikowanego we wrześniu 2019 roku (czyli na trzy miesiące przed wybuchem epidemii): Módlcie się, módlcie się, módlcie się o pokój i za to, co was czeka. Módlcie się za Chiny, ponieważ stamtąd nadejdą nowe choroby, wszystkie gotowe wpływać na powietrze od nieznanych bakterii. Serio. Z dużą ostrożnością podchodzę do takich rewelacji, ale skąd ktoś to wiedział? Modlitwy nigdy za dużo. Mam wrażenie, że najpierw szukamy maseczek i żeli przeciwbakteryjnych, stosujemy wszelką możliwą profilaktykę, a modlitwa to tak na koniec, żeby przyklepać naszą ludzką zapobiegliwość. Pytałem w aptece o te maseczki i żel, jeszcze przed oficjalnym potwierdzeniem zachorowania w Polsce. Zapomnij.

O podstawowych środkach profilaktyki poczytajcie sobie w sieci. Macie tego od groma. Ja cytując za Alateią, podaję Wam profilaktyczny środek duchowy na to dziadostwo:

Ojcze nasz, pełni ufności prosimy Ciebie, aby koronawirus z Wuhan nie siał więcej zniszczeń i aby udało się jak najszybciej opanować epidemię. Prosimy, abyś przywrócił zdrowie zakażonym i pokój miejscom, do których koronawirus już dotarł. Przyjmij tych, którzy zmarli na skutek tej choroby, pociesz ich rodziny. Wspieraj i chroń personel medyczny zwalczający wirus, inspiruj i błogosław tym, którzy starają się opanować sytuację. Panie Jezu, lekarzu naszych dusz i ciał. czujemy się bezradni w tej sytuacji ogólnoświatowego zagrożenia, ale ufamy Tobie, udziel nam pokoju i zdrowia. Matko Boża, chroń nas i opiekuj się nami, prowadź nas w miłości do Twojego Syna, Jezusa. Amen


Photo by Kelly Sikkema on Unsplash

Jałmużna. Detox materializmu i brama do nieba

Za bajtla z uporem maniaka przekręcałem ten wyraz mówiąc jam-łużna. Ubzdurałem sobie, że to od zwrotu jam dłużny. Czyli, że niby dawanie jamłużny miało być spłacaniem jakiegoś tam długu wobec kogoś tam. Na przykład wobec Boga, który tyle nam dał za totalną darmochę, że przynajmniej minimalny odruch wdzięczności z naszej strony się należy.

W końcu kiedyś ktoś mnie uświadomił, że to nie tak. Że to nie jam-łużna tylko jał-mużna. A teraz kiedy daję nura w temat, widzę, że ta intuicja o długu wcale nie była tak całkowicie chybiona. 

Skąd to się wzięło

Słowo jałmużna pochodzi od czeskiego almużna. Czeskie almużna pochodzi od niemieckiego almosen. Z kolei almosenjest zniekształceniem wcześniejszego słowa eleemosyna. To zniekształcenie wynika najprawdopodobniej ze skojarzenia z łacińskim alimonia, co znaczy żywienie. No i po nitce dochodzimy do kłębka. Eleemosyna pochodzi od greckiego eleemosyne, co oznacza litość po prostu. To by się kleiło. Czyż nie jest jałmużna żywieniem z litości? Litość nie brzmi tutaj za dobrze. Lepsza była by miłość. Żywienie z miłości. Obdarowywanie z miłości. Jałmużna jest w istocie miłością wprowadzoną w czyn.

Jakaś mądra teologicznie głowa tak zdefiniowała miłosierdzie - to miłość w praktyce. Kościół uznaje jałmużnę za jeden z fundamentalnych uczynków miłosierdzia. A kto był pierwszym i kto będzie ostatnim obdarowującym z miłości? Oczywiście. Bóg. On nas obdarował istnieniem z miłości. On nas z miłości obdaruje mieszkaniem w swoim niebie. Niczego w zamian nie chcąc. Bo wie, że niczego nie jesteśmy mu w stanie dać. Wobec Niego zawsze będziemy jak bezradny żebrak z obrazu Janosa Thorna Kobieta dająca jałmużnę. Dlatego jałmużna jest tak ważna. To naśladowanie Boga. Niczego ważniejszego nie mamy w życiu do roboty.

Brama do nieba

I Stary i Nowy Testament mówi o wadze jałmużny. 

Woda gasi płonący ogień, a jałmużna gładzi grzechy. Syr 3, 30

Jałmużna uwalnia od śmierci i oczyszcza z każdego grzechu. Ci, którzy dają jałmużnę, nasyceni będą życiem. Tb 12, 8-9.

Kto by miał majętność tego świata, a widziałby brata swego w potrzebie i zamknął przed nim serce swoje – jakże może w nim przebywać miłość Boża? 1 J 3, 17

Radosnego dawcę miłuje Bóg. 2 Kor 6, 10.

Ale są w Nowym Testamencie dwa fragmenty, które świetnie określają to, jaka powinna być porządna jałmużna. Tutaj można się zdziwić, bo szczera retrospekcja odziera nas ze złudzeń. 

Gdy ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni. Łk 6, 55

Posłuchajcie! rzekł Jezus - Ta biedna wdowa dała więcej niż wszyscy bogacze razem wzięci!  Oni bowiem wrzucili tylko część tego, co mieli w nadmiarze, ona zaś oddała wszystko, co miała na życie. Łk 4, 25

No to mamy problem.

W świetle Ewangelii takie dawanie, które widzi świat i takie, które nie nadwyręża za bardzo naszego budżetu to jeszcze nie jałmużna. To jej imitacja. Wiem, twarde słowa. Na przykład legendarna akcja Live Aid. Dwa równoległe koncerty rockowe zorganizowane 13 lipca 1985 roku przez Boba Geldofa. Cel szczytny: zebranie funduszy dla głodujących w Etiopii. Dwa stadiony po niespełna 100 tysięcy ludzi każdy. Przed telewizorami 1,5 miliarda ludzi (sic!) Zebrano znacznie więcej niż się spodziewano. Bo aż 150 milionów funtów. Trochę ludzi się najadło. Była to jałmużna czy nie? Z jednej strony realna, doraźna pomoc. Z drugiej ludzka chwała, dobra zabawa i pewnie kasa też. Nawet jeśli artyści grali za darmo, to akcja była tak spektakularnym wydarzeniem, że finalnie ten darmowy job musiał im się opłacić.

Albo bogaty sportowiec, który funduje jakiejś szkole pracownię komputerową. Super, dzieciaki mają się gdzie uczyć. Ale przy okazji sportowiec kupuje za odprysk swojej fortuny szacun ludzi. Jest jałmużna czy nie? A ja, kiedy gram tak zwaną charytatywkę na zbożny cel i ogrzewam się w cieple ludzkiej wdzięczności, daję jałmużnę czy nie? Niełatwy temat. Powiem tak. Jak masz szansę dać tak, by nikt nie widział, to daj. Ale jak nie da się inaczej, to chrzań to i daj, bo to zawsze może pomóc drugiemu człowiekowi. Z przelewami bankowymi tak jest. Raczej muszą być podpisane imieniem i nazwiskiem. Z tym ile dajesz, to inny problem. W jałmużnie nie tylko chodzi o to, by ktoś poczuł, że dostaje. Być może ważniejsze jest to, by poczuć, że się oddaje. 

Detox materializmu

Tak też można rozumieć jałmużnę. Jako szansę dla siebie. Na złapanie choćby odrobiny wolności od naszej materialnej niewoli. Wezwanie, które usłyszał od Jezusa bogaty młodzieniec jest po ludzku niewykonalne. Ale wciąż aktualne. I na pewno skuteczne. Potwierdzają to skromne przykłady z mojego życia i świadectwa innych, którzy zaryzykowali. Zaryzykowali ten szalony krok pójścia za Jezusowym wezwaniem, by sprzedać wszystko co się ma i rozdać ubogim. Owoce są zwykle podobne: poczucie wolności. Nie tylko o uzależnienie od jedzenia i picia chodzi. Też od markowych ciuchów, dobrych aut, stylowego wnętrza, wypasionych wakacji i całego tego drobnomieszczańskiego chłamu. 

Nie tylko kasa

Pieniądz to nie jedyna rzecz, którą możemy z miłości obdarować naszego brata. Post i modlitwa to też forma jałmużny. Święty Cezary z Arles powiada: 

Wiecie bowiem doskonale, że są dwa rodzaje jałmużny: pierwszy – dać głodnemu kęs chleba, drugi zaś posłużyć niewiedzącemu wiedzą. Jeżeli obfitujesz w coś, czym mógłbyś okazać pomoc ciału, Bogu niech będą dzięki! Jeżeli nie masz czym ciała nakarmić, wzmocnij duszę słowem Bożym. 

A święty Augustyn jest autorem takiej z kolei litani: Nie tylko ten, kto daje łaknącemu pokarm, pragnącemu napój, nagiemu odzienie, podróżnemu gościnę, jeńcowi wykupienie, słabemu wspomożenie, smutnemu pocieszenie, błądzącemu drogę, wątpiącemu radę i potrzebującemu, co jest mu konieczne, lecz także kto daje przebaczenie grzeszącemu – jałmużnę daje, ponieważ miłosierdzie wyświadcza. 

To ostatnie zwraca moją uwagę szczególnie. Dać jałmużnę to też przebaczyć. Myślę, że to najważniejsza, najtrudniejsza i najbardziej duchowa zarazem forma jałmużny. Proponuję wpisać ją na listę naszych wielkopostnych postanowień. Ok, dajmy stówkę na biednych, odwiedźmy jakąś babcię w domu starców i niech przez godzinę do nas gada o czymś, co nas kompletnie nie interesuje. Zróbmy to dla niej z miłości. Ale zajrzyjmy też w głąb siebie i zobaczmy, co najtrudniej nam komuś ofiarować. Bo może się okazać, że to nie pieniądze, ani nawet czas. Może się okazać, że tym co nam najtrudniej ofiarować jest właśnie przebaczenie. Paradoks jest taki, wybaczając komuś robimy przede wszystkim prezent sobie. 

Wracam do początkowej myśli. Jałmużna to naśladowanie Boga. Naśladowanie w bezinteresownym miłosierdziu. Apogeum takiej bezinteresownej jałmużny to Zbawiciel przybity do krzyża. Oddał wszystko co miał. Gdyby się dało, to pewnie zrobiłby to w samotności. Bez świadków. No, ale Boży plan założył w tym przypadku, że akurat ta jałmużna ma być nagłaśniana jak tylko się da. Aż do skończenia świata.