Unsplasch.com

Biblijny kwadrans - Drugi Lamek - między wielkością a upokorzeniem

Przeczytaj Rdz 5, 28-31

Jednego Lameka już poznaliśmy. Teraz spotykamy kolejnego - ojca Noego. Możemy nawet przeczytać słowa, które wypowiedział, gdy urodził mu się syn. Przy okazji warto zauważyć, że nie każdy z bohaterów, nad którymi się zatrzymywaliśmy, miał to szczęście, że jego słowa zostały zapisane w Biblii dla potomnych. Słowa Lameka, ojca Noego, zostały jednak utrwalone. „Ten niechaj nam będzie pociechą w naszej pracy i trudzie rąk naszych na ziemi, którą Pan przeklął” (w. 29).

Te słowa zdradzają wewnętrzny stan Lameka, ale też wszystkich ludzi, którzy z pokolenia na pokolenie coraz bardziej odczuwali trud pracy na ziemi. Ojciec Noego, gdy zobaczył swojego pierworodnego syna, to wyraził nadzieję, że kolejny żyjący człowiek będzie wsparciem pośród tych trudów; że stanie się pociechą pośród wszystkich przeciwności. Z drugiej jednak strony można dostrzec w tych słowach coraz większy problem w relacji do Boga. Lamek mówi, że to Pan przeklął ziemię, a przecież dobrze wiemy, że ziemia jest przeklęta z powodu grzechu Adama (zob. Rdz 3, 17). Człowiek sam ściągnął przekleństwo na ziemię, a Lamek zarzuca to Panu Bogu.

Lamek wygląda więc na człowieka bardzo rozdartego. Nie znajdziemy bezpośredniego znaczenia imienia „Lamek”. Jedno z prawdopodobnych znaczeń tego imienia to: „silny, młody mężczyzna”, ale ma swoje korzenie bardziej w języku arabskim.

Hebrajski wyraz można rozbić na części pierwsze, z których uzyskamy dwa wyrazy ל (le) oraz מכך (makak) lub מוך (muk). To pierwsze słówko opisuje fizyczny lub mentalny ruch w jakimś kierunku a dwa pozostałe to czasowniki: pierwszy oznacza „zejść, sprowadzić, upokorzyć”, a drugi oznacza obniżenie w sensie społeczno-ekonomicznym. Znaczenie tego słowa obraca się wokół uniżania, upokarzania, sprowadzenia do niższej rangi. To powoduje, że ma zupełnie odmienne znaczenie od tego pierwszego, arabskiego.

Próba wytłumaczenia znaczenia imienia Lamek pokazuje już więc rozdarcie w samym znaczeniu słowa. Z jednej strony silny, młody, a z drugiej upokorzony, sprowadzony do niższej warstwy społecznej człowiek.

Lamek jest więc człowiekiem, którego tożsamość jest bardzo rozdarta. Taka jest jednak prawda o każdym z nas. Też nosimy w sobie takie rozdarcie. Chcemy widzieć w sobie siłę i młodość w szerokim tego słowa znaczeniu. Jednocześnie jednak doświadczamy częściej lub rzadziej upokorzenia, uniżenia. Chcemy mieć wysokie poczucie wartości, a mamy bardzo niskie. Pragnienia bywają dalekie od rzeczywistości. W tym rozdarciu można oczywiście wyjść na prostą, znaleźć złoty środek, ale można też popełnić wiele błędów. Słowa Lameka sugerują, że popełnił błąd. Winę za ten stan przerzucił na Boga. Zapomniał, że przekleństwo zostało sprowadzone na ziemię z winy człowieka, a nie z zachcianki Pana Boga. Źle ocenił swoją sytuację. Czy tak było faktycznie, tego nie wiemy. Szukał jednak pociechy w swoim synu, Noem. Szukał pociechy w człowieku w miejsce Boga. Okazało się oczywiście, że życie Noego było przełomowe i zaowocowało tym, że ludzkość przetrwała na ziemi. Czy jednak zdanie, które wypowiedział przy narodzinach Noego było dobre czy złe - to pytanie pozostawiam otwartym. Chciałbym raczej, żebyśmy skupili się na tym, że my też przeżywamy rozdarcie i potrzeba nam tutaj niezwykłej czujności nad sobą, żeby w tym stanie nie odejść od Boga. Skoro bowiem chce być kimś, a czuję się nikim, to łatwo obwinić Boga. Bardzo wielu ludzi tak czyni, zamiast zobaczyć, że to często nasze błędne wybory lub błędne wybory innych ludzi sprowadzają na nas poniżenie i upokorzenie. Wielu ludzi też zapomina, że oprócz upokorzenia ciągle pozostaje w człowieku niezmienna i nienaruszalna wartość, którą Bóg włożył u początku naszego życia. „W nim bowiem żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Żyjemy dlatego, że Bóg tego chce, a to czego Bóg chce jest „bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Masz w sobie siłę, wielkość, młodość. Żadne cierpienie nie jest w stanie wymazać z twojego życia tej prawdy o tobie. Możesz to odkryć tylko w bliskiej relacji z Bogiem, który cię stworzył z miłości. To nie anuluje cierpień, upokorzeń, ale zmieni twoją perspektywę ich przeżywania. Nie wiemy więcej o życiu Lameka, o jego podejściu do życia. Mamy tylko to jedno zdanie. Wiemy jednak, jak nasze życie wygląda i jakie jest nasze podejście do życia. Niech będzie pełne ufności względem Jezusa, który „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2, 6-7).


unsplash.com

Biblijny kwadrans – Noe – pocieszyciel Boga

Przeczytaj: Rdz 6, 8

Dochodzimy do ostatniego potomka genealogii potomków Adama - Noego. Przyszło mu żyć w niełatwych czasach. Wszyscy wokół niego byli coraz gorsi. Doszło nawet do tego, że sam Bóg zdecydował o zniszczeniu całego stworzenia - zarówno ludzi, jak i zwierząt. Ten żal Boga powstrzymuje jednak życie Noego, co autor księgi Rodzaju podaje w słowach: „Noego Pan darzył życzliwością”.

Na początku warto uporać się z pewnym problemem. Czy to możliwe, żeby Bóg się pomylił? Przecież żałuje, że stworzył człowieka. Widzi zło, które się coraz bardziej rozprzestrzenia i postanawia to wszystko zakończyć, zniszczyć, zgładzić. To zdanie mówiące o żałującym Bogu to oczywiście antropomorfizm, czyli ludzka próba opisania Pana Boga i tego, co On przeżywa. Wiemy dobrze, że człowiek nie jest w stanie do końca opisać zachowań Pana Boga. Poza tym, gdy czytamy dalej, co robi Pan Bóg, to zobaczymy, że tak naprawdę szybko zmienia decyzję. Na początku chce zgładzić wszystko, ale gdy widzi Noego, to zmienia zdanie. Postanawia jednak ostatecznie zachować zwierzęta, a nawet ludzi, a w zasadzie 8 osób. W tym gronie znajduje się oczywiście sam Noe.

Nie możemy więc zatrzymać się tylko na jednym zdaniu i oderwać je od całości. Chociaż autor pisze o żalu Pana Boga, to nie dlatego, żeby pokazać, że Bóg jest omylny, ale żeby pokazać, że Bóg przeżywa to, co się dzieje na świecie. Tak naprawdę możemy w tym zobaczyć, jak bardzo Bóg się wczuwa w życie człowieka. Szuka rozwiązania dla tej dramatyczne sytuacji w świecie. I chociaż w swoich poszukiwaniach doszedł w pewnym momencie do wniosku, że trzeba wszystko zniszczyć, to jednak życie Noego spowodowało zmianę tej decyzji. Życie człowieka sprawiło, że Bóg zmienił zdanie. Jedno ze znaczeń imienia Noe to „pocieszenie”. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że życie Noego było pocieszeniem dla Boga, który widział w świecie samo zło. Ta pociecha była na tyle znacząca, że stworzenie, które miało całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi, ocalało.

Jaki z tego wniosek płynie dla nas? Każdy z nas może stać się pocieszycielem Boga. Twoje życie może wpływać na Jego decyzje. Twoja modlitwa nabiera w tym momencie wielkiego znaczenia, a jeszcze bardziej Twoja codzienność. Popatrz też jaką wielką masz wartość! Bóg naprawdę liczy się z Twoim zdaniem, Twoimi modlitwami, Twoim sposobem życia. Noe pokazuje nam wszystkim to, jak Bóg potrafi i chce być bliski człowiekowi do tego stopnia, że dla niego zmieni decyzje o zagładzie świata. Trzeba jednak przy tej okazji też zadać sobie pytanie: „czy i mnie Bóg darzyłby życzliwością? Czy faktycznie pocieszam Boga?” Zapraszam Ciebie do tego, żebyś na osobistej modlitwie popatrzył na swoje życie, czy niesie ono więcej pociechy czy zmartwień.

W tym miejscu chce Cię jednak ostrzec, żebyś nie utkwił w przekonaniu, że zła, zmartwień i powodów do smutku jest więcej w Twoim życiu i że wszystko wygląda beznadziejnie. Sytuacja z Noem uczy nas, żebyśmy na swoje życie patrzeli tak jak Pan Bóg na nie patrzy. On dostrzega dobroć Noego pośród tłumu złych ludzi. Znalazł 8 osób wartych uratowania i zmiany decyzji o zagładzie świata. Kiedy wiec będziesz patrzeć na swoje życie i sprawdzać czy jesteś pocieszycielem Boga, to wiedz, że nawet jeśli znajdziesz tylko jedną taką rzecz, to Bóg też ją dostrzega. Widzi oczywiście sporo niedociągnięć, upadków i ludzkich wad. Ale w tym gąszczu słabości i zła dostrzega w Tobie dobro i powód, dla którego pozostaje Tobie życzliwy. Ty też staraj się to dostrzec w sobie, aby dla siebie samego stawać się życzliwym. Gdyby w nas samych ostała się tylko jedna dobra cecha - dla niej właśnie warto dalej nad sobą pracować. Zła może być więcej, ale nie pozwólmy sobie na to, żeby na nim tylko się skupić. Dostrzeżmy dobro, choćby jedno - tak jak Bóg dostrzegł Noego - i zainwestujmy w jego rozwój. Szukajmy sposobu na obronę tego, co w nas szlachetne i pielęgnujmy to, co sprawia, że stajemy się Noem - pocieszycielem Boga.


unsplash.com

Biblijny kwadrans – Metuszelach - dziadek idealny

Przeczytaj: Rdz 5, 25-27

Im dalej idziemy w genealogii, tym bardziej zbliżamy się do potopu. To tworzy pewne napięcie. Gdyby się tak wczuć bardziej, to można odczuć zbliżającą się zagładę. Zanim jednak do niej dojdziemy chcemy zatrzymać się na kolejnym potomku Adama, a dokładniej przy dziadku Noego. Już na pierwszy rzut oka Metuszelach to „dziadek idealny”. Długo żył (najstarsza opisana postać biblijna) i przeżył nawet swojego syna. Według tradycji żydowskiej (haggady) był wielkim uczonym, a do tego sprawiedliwym i pobożnym, który każdą swoją wypowiedź kończył modlitwą do Boga. Ze względu na jego zasługi potop nie nadchodził i został nawet wstrzymany na 7 dni po jego śmierci, aby jego rodzina mogła przeżyć żałobę.

Imię Metuszelach inaczej wymawia się po polsku Metuzalem. Znaczenie imienia nie do końca pozostaje jasne. Najczęściej tłumaczy się jako „mąż włóczni” lub „mąż strzały”, ale odnalazłem też inne tłumaczenie, które wiąże się z opisaną przeze mnie wyżej tradycją żydowską. To ostatnie tłumaczenie brzmi: „jego śmierć przyniesie”.

Na stronie Wikipedii przeczytamy, że długowieczność Metuzalema stała się przysłowiowa. Stąd można czyjeś długie życie określić w słowach: matuzalowy/matuzalemowy wiek, matuzalowe/matuzalemowe lata.

Znalazłem też wzmiankę o Metuzalemie w żydowskich legendach biblijnych. W jednej z nich podane jest, że Metuzalem wraz ze swoim wnukiem Noem wzywali wszystkich ludzi do nawrócenia. Wobec oporu ich słuchaczy autor legendy wkłada w usta Metuzalema takie słowa: „Czyńcie pokutę, wiedzcie bowiem, że Pan sprowadzi na was potop i rozkaże wodzie spłukać wasze ciała; i nie tylko to, gdyż los wasz stanie się przekleństwem także dla tych, co przyjdą po was”.

Tyle odnalazłem w różnych źródłach o tym bohaterze biblijnym. Co możemy z tym zrobić? W samej Biblii nie mamy zapisanych żadnych słów Metuszelacha. Korzystając jednak z tych dodatkowych źródeł możemy dojść do pewnych interesujących wniosków. Po pierwsze warto żyć tak, żeby na starość być „dziadkiem idealnym” lub „babcią idealną”. Mówię to też o sobie. Chciałbym długo żyć i chciałbym przekazać dużo dobrego następnym pokoleniom. Tak się złożyło w moim życiu, że obydwaj dziadkowie zmarli przed moim narodzeniem. Znam ich jedynie z opowieści i noszę w sobie taką tęsknotę wnuczka, który chciałby siąść i posłuchać opowieści dziadka. Pan Bóg mi to trochę zrekompensował, kiedy trafiłem do swojej pierwszej wspólnoty zakonnej w Katowicach. Najstarszy ojciec ze wspólnoty nazwał mnie tam kiedyś prawnuczkiem. Wtedy ja zacząłem go nazywać pradziadkiem. Czasem podczas rozmowy mogłem posłuchać opowieści sprzed wojny czy też różne inne ciekawostki z jego historii. Chciałbym też takie coś dać, jeśli dożyję takiego wieku.

Po drugie - starość może być udana. Niektórzy mówią, że Panu Bogu starość się nie udała. Tymczasem Metuzalem swoją długowieczność potrafił dobrze spożytkować. Razem z Noem wzywał do nawrócenia. Współpracował z wnukiem dla dobra innych ludzi. Był w tym nieustępliwy. Stąd może dlatego imię jego tłumaczy się mąż włóczni czy też strzały. Kojarzy się to z walką. Metuzalem walczył o życie innych. Można by powiedzieć, że wywalczył zatrzymanie kataklizmu aż do swojej śmierci.

Po trzecie warto pomyśleć nad tym, co chciałbym, żeby przyniosła moja śmierć. Słuchacze Metuzalema nie chcieli słuchać jego mądrości, więc jego śmierć przyniosła im potop. Niektórzy właśnie dlatego tłumaczą jego imię: „jego śmierć przyniesie” i traktują je jako proroctwo. Gdyby posłuchali Metuzalema jego śmierć przyniosłaby im ocalenie. A co przyniesie moja śmierć? Warto się nad tym zastanowić. Śmierć przyniesie na pewno tyle, ile przynosi nasze życie. Jeśli nasze życie będzie dobre, to śmierć może przynieść nawet jeszcze więcej. Można chociażby przypomnieć sobie śmierć Jana Pawła II. Świat stanął w miejscu. Nie da się do końca sprawdzić, jak zmieniło się życie poszczególnych ludzi. Jestem jednak przekonany, że jego śmierć wielu przemieniła. Przyznam się szczerze, że chciałbym, aby i moja śmierć przyniosła coś dla innych. Niełatwo się myśli o śmierci i czasem się boję o tym myśleć. Pociesza mnie jednak wiara w to, że śmierć Jezusa przyniosła nam życie wieczne. Śmierć nie jest już końcem wszystkiego, ale przejściem z jednego życia w drugie. Chciałbym więc tak żyć, żeby moja śmierć przekonała innych o tym, że czeka nas życie wieczne.


unsplash.com

Biblijny kwadrans – Mistrz przyjaźni - Henoch

Przeczytaj: Rdz 5, 21-24; Syr 44,16; Hbr 11,5

Idąc dalej w genealogi Setytów dochodzimy do postaci wyjątkowej, jaką jest Henoch. Jest wyjątkowy pod względem tego, że jest pierwszą opisaną w Biblii osobą, która nie umarła, ale została wzięta do nieba. I chociaż nie wiemy o nim z Pisma Świętego zbyt wiele, to jednak warto przy nim na chwilę się zatrzymać. Jego imię tłumaczy się z hebrajskiego: „poświęcenie”, „rozpoczynający, początkowy”.

Autor księgi Rodzaju aż dwukrotnie wspomina, że Henoch żył w przyjaźni z Bogiem (w. 22 i 24). Za pierwszym razem dodaje nawet, że żył w przyjaźni z Bogiem 300 lat. Taka przyjaźń - to jest dopiero osiągnięcie! Warto na początku pomyśleć o tym, jak wygląda moja przyjaźń z Bogiem. Czy w ogóle nazwał bym to przyjaźnią? Przyjacielem nie staje się od razu. Na nią się ciężko pracuje. Przyjaźń trudno też utrzymać. 300 lat jest zatem nie lada osiągnięciem. Wiadomo, że niekoniecznie musi to oznaczać taki długi okres czasu. Jest to dla mnie osobiście bardziej podobne do powiedzenia, które usłyszałem w filmie Avengers: Endgame. Tony Stark, czyli Iron Man usłyszał od swojej córki, a potem też sam wypowiedział takie słowa do niej przed swoją śmiercią: „Kocham cię 3000 razy!”. Od razu czujemy, o co chodzi. O moc, o siłę, o intensywność.

Przyjaźń może być taka silna i właśnie taka była między Henochem i Bogiem. Podany jest tylko jeden szczegół tej przyjaźni Henocha z Bogiem. Zaczęła się po urodzeniu się jego pierwszego syna Metuszelacha. O nim będzie w następnym rozważaniu. Narodziny pierwszego dziecka zapoczątkowały silną, długoletnią przyjaźń. Henoch docenił otrzymany dar i to spowodowało, że wszedł w głębszą relację ze Stwórcą. To jest bardzo ważna wskazówka dla nas. Warto spojrzeć na swoje życie i zobaczyć wszystkie otrzymane od Boga dary. Może to będzie dar nowego życia; może dar małżeństwa, kapłaństwa, życia zakonnego; może dar przebaczenia grzechów - gdy uważnie się przyjrzymy, to każdy z nas znajdzie jakiś konkretny powód, by wejść w przyjaźń z Bogiem. Warto bowiem wiedzieć, dlaczego przyjaźnię się z Bogiem.

Trochę szkoda, że z kart Biblii nie możemy poznać więcej szczegółów tej przyjaźni, ale to też jest nieprzypadkowe. Każda przyjaźń jest w jakiejś części owiana nutą tajemnicy. Można o niej próbować opowiedzieć, ale ostatecznie nie da się wyjaśnić, skąd i jak przyjaźń się rozwinęła i dlaczego jest taka mocna, i dlaczego między tymi dwoma konkretnymi osobami. Sam osobiście doświadczam czegoś takiego. Mam przyjaciela, którego się w ogóle nie spodziewałem. Jesteśmy z dwóch różnych światów, które nagle się spotkały. Połączyły nas co prawda jakieś wspólne doświadczenia, ale ciągle pozostaje dla mnie zagadką, jak ta przyjaźń się tak mocno rozwinęła. A jednak jest i cieszę się z niej, i jestem za nią wdzięczny.

Imię Henocha daje nam też ważną wskazówkę, jak pogłębiać przyjaźń. Pierwsze znaczenie jego imienia to: „poświęcenie”. Nie ma przyjaźni bez poświęcenia. W przyjaźni nie ma miejsca na skąpstwo. Kto nie potrafi się poświęcić, nie zyska przyjaciela. Poświęcenie jest miarą przyjaźni. Stąd warto spojrzeć na nasze przyjaźnie i ocenić je pod kątem poświęcenia. Warto zacząć od siebie, zanim pomyślimy od innych. W końcu nie tylko mamy przyjaciół, ale sami też nimi jesteśmy dla innych. Jak więc wygląda moje poświęcenie? Czy potrafię je konkretnie wskazać w tych relacjach, które uważam za przyjacielskie?

W rozważaniu o Henochu dochodzimy w końcu do Jezusa. Henoch pojawia się w genealogii zapisanej w Ewangelii według św. Łukasza (zob. Łk 3,37). Można więc powiedzieć, że tak po ludzku budowanie przyjaźni Jezus ma po Henochu. Przecież w końcu swoich uczniów podprowadzał właśnie do przyjaźni. Budował z nimi coraz to głębszą więź i nagle zaskoczył ich mówiąc: „już nie nazywam was sługami, ale nazwałem was przyjaciółmi” (J 15,15). Jezus pokazuje w ten sposób, że Bóg ma w sobie takie pragnienie, aby się z nami przyjaźnić; aby przyjaźnić się ze mną. Osobiście twierdzę, że Jezus bez namysłu podpisałby się pod zdaniem Iron Mana: „Kocham cię 3000 razy!” i że też chce z nami 300-letniej przyjaźni jak z Henochem. Życie Henocha jest dla nas zaproszeniem do przyjaźni! Może warto ją rozpocząć, zapoczątkować w swoim życiu? Imię Henoch znaczy przecież: „rozpoczynający, początkowy”.


unsplash.com

Biblijny kwadrans – Jared

Przeczytaj: Rdz 5

Małymi kroczkami idziemy do przodu, ale co chwile robimy przystanek. Może to być nieco uciążliwe, ale jest potrzebne i to rozważanie wyraźnie mi to pokazało. Tym razem zatrzymujemy się przy Jeredzie. Jego imię z hebrajskiego można dosłownie przetłumaczyć jako: „władca”, „zstępujący”, „pochodzący z nieba”. Nie przypomina wam to czegoś? Z pewnością nasze myśli pobiegną od razu w kierunku Jezusa - władcy, który zstąpił z nieba do nas na ziemię. Takie imię jednak otrzymał człowiek z krwi i kości, który żył na długo przed ziemskimi narodzinami Jezusa. Jaki z imienia Jereda możemy wyciągnąć pożytek dla naszego życia? Jego imię uczy nas 3 podstawowych rzeczy.

Po pierwsze - jesteś władcą! Człowiek jest koroną stworzenia. Koronę nosi władca. Kiedy słyszymy o Jeredzie, to możemy sobie przypomnieć tę fundamentalną prawdę na temat naszego życia. Mam tożsamość władcy. Uczyniony na obraz i podobieństwo Boże odziedziczyłem władzę nad całym stworzeniem. Otrzymałem tak wielką godność. Prawdziwego władcę jednak poznaje się po tym, jak włada. Prawdziwym władcą nie jest się z automatu, ale na to się zapracowuje swoim życiem. Każdy rodzic z pewnością by się ze mną zgodził, że ojcem czy matką nie jest się od razu, ale dopiero wychowanie, codzienność z dzieckiem pokazuje, czy staje się ojcem lub matką. Na to się pracuje. Tak samo patrzę na swoje kapłaństwo i życie zakonne. Nie dostałem instrukcji obsługi tej godności. Oczywiście byłem do tego przygotowywany, ale zapewniam - nie wystarczyło, bo nie mogło wystarczyć. Tak naprawdę ciągle trwa mój proces stawania się zakonnikiem i księdzem. Podobnie ma się sprawa z naszą tożsamością władcy stworzenia. Dlatego, żeby ten proces szedł w dobrą i zdrową stronę, imię Jered znaczy również „zstępujący”.

„Zejdź na ziemię” - może słyszeliśmy to niejeden raz. Masz wyjątkową tożsamość, unikatową, ale - jak to w Spidermanie mawiał wujek Pitera Parkera - „wielki dar wiąże się z wielką odpowiedzialnością”. Dlatego warto zstępować z pozycji władcy do pozycji sługi. Tak też zrobił Jezus - Pan i Władca wszechświata - kiedy przewiązał się prześcieradłem, uklęknął i umył uczniom nogi. Jezus pokazuje jak być prawdziwym Jeredem, to znaczy władcą zstępującym z tronu po to, by służyć innym. Kurczowe trzymanie się tożsamości władcy i odwoływanie się do niej przy każdej możliwej sytuacji prowadzi do tego, że kurczowo trzymamy się tronu i nie chcemy z niego schodzić. To nas raczej oddali od ludzi niż do nich przybliży. Napoleon Bonaparte powiedział takie słowa: „Aleksander, Juliusz Cezar, Karol Wielki i ja zbudowaliśmy mocarstwa. Na czym jednak oparliśmy to, co stworzyliśmy? Na władzy. Jezus Chrystus swoje królestwo zbudował jedynie na miłości; a teraz, w obecnych czasach, miliony ludzi gotowe są oddać za Niego życie”.

Ostatnie znaczenie imienia Jered to „pochodzący z nieba”. Potomkowie Adama - Setyci - a wśród nich Jered znajdowali się poza rajskim ogrodem. Mogło się wydawać, że coraz bardziej się od niego oddalają, ale tak naprawdę każde następne pokolenie, które przychodziło na świat, zbliżało całą ludzkość do momentu narodzin Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. On nadał nam wszystkim nowy kierunek. Nie musimy więcej oddalać się od raju, ale możemy teraz do niego coraz bardziej się zbliżać. Jezus przypomniał nam, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. Warto więc żyć tak, żebyśmy dali dobre świadectwo swojego pochodzenia. Warto żyć tak, żeby pokazać innym, że idziemy w kierunku nieba.

Być Jeredem swoich czasów to być i władcą i sługą w jednym. To siedzieć na tronie, ale umieć z niego zejść, gdy tylko tego potrzeba. To wiedzieć skąd pochodzę i dokąd zmierzam. Jako dzieci Boga jesteśmy dziedzicami Jego królestwa. Porozmawiaj więc dzisiaj z Panem Bogiem o tym, jakim jesteś Jeredem. Porozmawiaj o tym, na czym opierasz swój autorytet, jak wygląda twoja służba innym i czy wiesz, dokąd w ogóle w życiu zmierzasz. Na początku napisałem, że stawiamy małe kroczki. Robimy to, żeby niczego nie przeoczyć, a zwłaszcza takich fundamentów, które skrywa imię Jereda.


unsplash.com

Biblijny kwadrans – zrobić różnicę, jak Mahalaleel

Przeczytaj Rdz 5

Kolejny potomek Adama nosi imię Mahalaleel. Z języka hebrajskiego oznacza to „chwała Boża”. Czym w ogóle jest chwała Boża? Można by tu mnożyć fachowe wykłady teologiczne. Pisanie o niej może spowodować, że ten obraz biblijny stanie bardzo abstrakcyjny. Jak więc ją opisać? Z teorii warto wiedzieć przede wszystkim, że w Biblii chwała Boża jest jednym z największych pozytywnych obrazów i najbardziej wiodących. Pojawia się ok. 300 odnośników mówiących o chwale Bożej. To, co jednak nam przybliży, czym chwała Boża jest w naszym życiu, to fakt, w jaki sposób działa ona na człowieka. Kto doświadczył chwały Bożej, ten przeżył to, że Bóg jest Bogiem, a człowiek jest człowiekiem. Chwała Boża to doświadczenie jakby gigant stanął obok krasnoludka. Widać różnicę. Pamiętam, jak kiedyś w galerii handlowej w Katowicach zobaczyłem znanego polskiego siatkarza. Był o wiele większy ode mnie. Nie dało się na to nie zwrócić uwagi. Zobaczyłem różnicę. Kto dostrzega ją między sobą, a Bogiem, ten wie po części, czym jest chwała Boża. Ale to nie wystarczy. Wobec chwały Bożej, trzeba podjąć decyzję: czy ją przyjmę, czy odrzucę? Słownik biblijny podpowiada, że chwała Boża wzbudza jednocześnie szacunek i przerażenie, ale zawsze zachęca do zbliżenia się. Pytanie tylko, czy się zbliżę? Uczucia, które się przeżywa nie zawsze ku temu sprzyjają. W przerażeniu raczej się ucieka, szacunek też może spowodować, że złapiemy dystans, bo to w jakiś sposób oddziałuje na nasze poczucie wartości. Różne są nasze wrażliwości, dlatego doświadczenie chwały Bożej jest wydarzeniem bardzo przełomowym. W nim okazuje się, czy będziemy bliżej czy dalej od Boga. Słowo Boże jest pełne przykładów, gdzie ludzie doświadczali czegoś takiego i to ich do Boga zbliżało (np. Mojżesz).

Św. Ireneusz z Lyonu (II / III w.) w kontekście chwały Bożej powiedział piękne zdanie: „Chwałą Boga żyjący człowiek”. To zdanie pozwala nam zrozumieć jeszcze bardziej w praktyce, co powoduje chwała Boża w życiu człowieka. Skoro żyjący człowiek jest chwałą Boga, to ona sprawia, że taki człowiek robi różnicę w świecie. Dla porównania - jeśli patrzysz na jakiś zespół piłkarski, to czasem dostrzegasz, że jeden z graczy robi wyraźną różnicę w grze całego zespołu. Gdy go zabraknie, to wtedy zespół gra słabiej. Czasem chodzi o jakieś specjalne zdolności techniczne, ale czasem sama osobowość może wpływać na morale całej drużyny, np. w przypadku trenera. Jeśli chcesz zobaczyć, czy ogarnia Cię i czy jest w Tobie chwała Boża, to popatrz na swoje życie, czy widzisz w nim jakieś różnice. Na przykład, że wraz z pójściem drogą chrześcijaństwa zmieniło się Twoje podejście do modlitwy. Przestała być klepaniem formułek, a stała się relacją. Jeśli widzisz, że modlitwa czyni różnicę w Twoim życiu, to ogarnia Cię chwała Boża. Popatrz, jak wygląda Twoje przebaczenie. Jeśli widzisz różnicę w odpuszczaniu innym ich przewinień, robisz to z większą łatwością albo szybciej niż wcześniej, to znaczy, że ogarnia Cię chwała Boża. Popatrz na swoje postępowanie, podejście do innych ludzi. Jeśli widzisz różnicę; jeśli widzisz, że zmienia się to na lepsze i inni widzą, że zachowujesz się i postępujesz inaczej, to znaczy, że ogarnia Cię chwała Boża. Podobnie będzie w każdej innej dziedzinie życia - jeśli widzisz w niej różnicę na lepsze, to ogarnia Cię chwała Boża. Mówiąc inaczej - stajesz się Mahalaleelem; człowiekiem, którego imię znaczy „chwała Boża”; którego tożsamością jest chodzenie w chwale Bożej.

Każdy z nas może stać się Mahalaleelem. Każdy z nas może zrobić różnicę i doświadczać tej różnicy. Pomyśl dzisiaj o swoim doświadczeniu chwały Bożej. Jeśli masz to już za sobą, uwielbiaj Boga. Jeśli nie, to proś o to, abyś potrafił przyjąć chwałę Boga z szacunkiem i drżeniem, i poczuł różnicę.


unsplash.com

Biblijny kwadrans - Kenanie, Kenanie! Posiadanie czy lamentowanie?

Przeczytaj: Rdz 5

Najbliższe rozważania mogą okazać się dla mnie szczególnie niełatwe. Kto jednak powiedział, że będzie łatwo, kiedy się na to decydowałem? Zdecydowanie kwadrans nie wystarcza, żeby wystarczająco zrozumieć, co kryje w sobie słowo Boże w najmniejszym szczególe. A do takich szczegółów należą imiona z genealogii poprzedzającej narodziny Noego. Przy Enoszu, pierwszym potomku Seta był jeszcze jakiś punkt zaczepienia, do którego można było się odnieść. Imię jego potomka, Kenana, nie ma już żadnego odniesienia. Dotarcie do etymologii trochę kosztowało… ale co nieco udało się odnaleźć w temacie. Cały czas przypominamy sobie, że imię w Biblii ma niezwykłe znaczenie. Nie jest przypadkowo nadawane ani dlatego, bo ładnie brzmi. Imię Kenan mi się kojarzy z konaniem, więc dla mnie nawet ładnie nie brzmi, ale to tylko moje odczucia. Jego znaczenie jest jednak zupełnie inne.

Imię Kenan z hebrajskiego może oznaczać „posiadać, mieć, opętać, rozporządzać, być właścicielem czegoś” lub „opłakiwać, lamentować, smucić się po czymś”. Tłumaczenie nie jest do końca jednoznaczne, a kiedy by im się tak przyjrzeć trochę dłużej, to zdają się zaprzeczać sobie. Co prawda jednoznacznego tłumaczenia nie znajdziemy, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma.

Gdybyś został właścicielem czegoś ważnego, np. jakiejś firmy, to chyba byś się cieszył, prawda? I słusznie! Posiadanie czegoś, rozporządzanie czymś jest oczywiście związane z większą odpowiedzialnością, ale dla wielu stanowi to radość życia. Coś osiągnęli, dopięli się na jakiś szczyt, osiągnęli marzenie. W posiadaniu jednak kryje się pewna pułapka. Może to powodować coraz większe napięcie. Napięcie spowodowane lękiem. „A co, jeśli to nagle stracę?”. Wtedy byłoby opłakiwanie, lament, smutek. Czy to oznacza, że mam nie chcieć posiadać, osiągać czegoś? Nie! Tym bardziej jednak jeszcze potrzebujesz Pana Boga. Ojciec Kenana, Enosz, zaczął wzywać Pana. O Kenanie czytamy w jednej z żydowskich legend: „Został królem wszystkich ludzi i rządził nimi roztropnie, ale miał też władzę nad duchami, diabłami i demonami. I wiedział Kenan w mądrości swojej, że Pan zamierza wytępić ludzi za ich grzechy i że u kresu dni nastąpi wielki potop; zapisał więc wszystko, co ma się wydarzyć na kamiennych tablicach pismem hebrajskim, i umieścił tablicę pośród swych skarbów. Kenan panował nad całą ziemią i próbował nakłonić ludzi, aby powrócili do Pana”. To co prawda tylko legenda i nie trzeba do niej przywiązywać uwagi. Ciekawe jest jednak, że jej autor podaje fakt, że swoje przemyślenia i mądrość spisaną na kamiennych tablicach, Kenan umieścił POŚRÓD SWYCH SKARBÓW. Dlaczego?

Gdybym miał tak zrobić, to tylko i wyłącznie dlatego, żeby posiadanie majątku i władzy nie zapanowało nade mną. Kamienne tablice pośród złota na pewno się wyróżniały. Przykuwały uwagę, przypominały o czymś ważnym. Posiadanie nie jest złe, ale ciągle pozostaje ryzykowne. Jeśli przestaniemy na to zwracać uwagę, to niespodziewanie przyjdzie smutek, żałoba i lament, i przygniecie nas to. Jeśli w posiadaniu rzeczy zapomnisz, że jesteś w posiadaniu Boga, czyli w najlepszych rękach, to nie poradzisz sobie ze stratą. Nikomu jej nie życzę, ale nikogo przed nią też nie uchronię, nawet siebie. Dziś mam, jutro mogę nie mieć. Dziś ktoś przy mnie jest, jutro może go nie być. Dziś coś osiągnąłem, jutro mogę to stracić. I gdyby nie to, że Bóg jest ponad tym wszystkim, pogrążyłbym się w rozpaczy.

Imię „Kenan” przypomina więc nam wszystkim, że posiadanie czegoś za życia, osiągnięcie sukcesu, rozporządzanie czymś ważnym - nie jest czymś złym. Może jednak spowodować lament i żałobę, kiedy to stracimy. W Pierwszym Liście św. Pawła do Koryntian jest napisane: „Wszystko bowiem jest wasze: czy to Paweł, czy Apollos, czy Kefas; czy to świat, czy życie, czy śmierć, czy to rzeczy teraźniejsze, czy przyszłe; wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus - Boga” (1 Kor 3,22-23). Jeśli zachowamy ten porządek, to znaczy jeśli oddamy się w posiadanie Chrystusa, to znacznie łatwiej będzie znieść smutek ewentualnej straty. Kenan trafił do jeszcze jednego rodowodu - rodowodu Jezusa (zob. Łk 3, 23-38). Jezus utożsamia się z nim. Będzie więc pamiętał o nas, posiadaczach różnych rzeczy, stanowisk i osiągnięć.


unsplash.com

Biblijny kwadrans - SłabENOSZ

Przeczytaj: Rdz 4, 26

Lipny, mały, wątły, zmizerowany, niewytrzymały, nieodporny, nędzny, chorowity, chałowy, niewielki, podły, denny, mimozowaty, lichy, delikatny, cherlawy, mizerny, mierny, tandetny, pośledni, marny, kiepski, słabowity, wycieńczony, nijaki, anemiczny, niedobry, dziadowski, wymizerowany, nikły… to słowa bliskoznaczne do wyrazu „słaby”.

Pierwszy potomek Seta miał na imię Enosz. Kiedy autor Księgi Rodzaju odnotowuje jego narodziny, to dodaje: „Wtedy zaczęto wzywać imienia Pana”. Bardzo ciekawe jest to, że wzywanie Pana zaczęło się od momentu narodzin Enosza. Może wyjaśnienie kryje się właśnie w znaczeniu jego imienia, które oznacza dosłownie: „słaby, śmiertelny człowiek”?

Nazwał Cię ktoś kiedyś słabeuszem? To może bardzo boleć, może kogoś wykluczyć, odebrać wartość. Zapewne dlatego od Enosza zaczęto przyzywać imienia Pana. Od tej pory zaczęło się też bowiem coraz to większe zmaganie człowieka z narastającą słabością. Skoro człowiek tak osłabł, to jego nadzieja pozostała jedynie w Bogu, który nie przestał być mocny. Doskonale to widać w jednym z psalmów dawidowych: „Miłuję Cię, Panie, Mocy moja, Panie, ostojo moja i twierdzo, mój wybawicielu, Boże mój, skało moja, na którą się chronię, tarczo moja, mocy zbawienia mego i moja obrono!” (Ps 18, 2-3).

Każdy nosi w sobie jakąś słabość. Nie jesteśmy doskonali i bez skazy. Pamiętam, jak kiedyś usłyszałem dramatyczną historię o chłopaku, który przez wszystkie lata w domu słyszał od rodziców: „możesz być kim zechcesz”. Pewnie nie mieli nic złego na myśli, ale przez przypadek wpoili dziecku, że stać go na wszystko; że do wszystkiego się nadaje. No i jak dorósł i poszedł na studia, to okazało się, że w tej działce, którą wybrał, akurat kompletnie sobie nie radzi. Jego świat się zawalił, bo przez całe życie był przekonany, że wystarczy chcieć kimś być, a reszta idzie z górki. Nie był przygotowany na zmierzenie się ze swoją słabością.

Imię Enosza stawia przed nami spore wyzwanie. Imię w Biblii pokazuje tożsamość człowieka. Enosz żył ze świadomością słabości. Nie wiemy do końca, czy w tej sytuacji szukał oparcia w Bogu, ponieważ Biblia w zasadzie nic o tym nie mówi. Legendy i apokryfy biblijne wypowiadają się niezbyt pochlebnie. Na przykład w apokryficznej księdze Henocha jest napisane, że Enosz był głową czcicieli bałwanów. W żydowskiej legendzie - przy okazji rozważania na temat Seta - dowiedzieliśmy się, że Enosz bawił się w Pana Boga, próbując utworzyć z prochu człowieka. Nie ma więc zbyt optymistycznego obrazu, ale jakikolwiek byłby prawdziwy, to jedno jest pewne. Bóg o słabym, śmiertelnym człowieku ciągle pamięta. Król Dawid, pisząc Psalm 8, napisał: „Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz…” (Ps 8,5). Użył w nim tego samego hebrajskiego słowa, którego rdzeń określa imię „Enosz”. Nawet jeśli słabość to nasza tożsamość, Bóg o nas pamięta! Skoro pamięta, to też nigdy nie zapomni. Pozostaje tylko nauczyć się przyjmować swoją słabość.

Jednym z większych odkryć w życiu człowieka jest zaakceptowanie tego, że jest słaby; że może czegoś nie umieć. To bardzo uwalniające doświadczenie. Mogę czegoś nie umieć i da się z tym żyć. Kto odkrył coś takiego, doskonale zrozumie, o co mi chodzi. Spada wtedy ogromny ciężar z serca, łapiemy dystans do wielu niemiłosiernych wymagań świata i ludzi, przestajemy się ciągle porównywać z innymi, nie katujemy się niepotrzebnymi zajęciami. Mogę być słaby i nie ma w tym nic złego, i to nie ma wpływu na moją wartość. W odkryciu takiej prawdy o swoim życiu, w odkryciu w sobie Enosza pomaga właśnie wzywanie Pana. To dzięki Niemu zobaczymy, że moc w słabości się doskonali (2 Kor 12,9). To Jego bezwarunkowa miłość sprawia, że patrzymy na siebie w prawdzie. To Jego miłosierdzie przekonuje nas o tym, że słabość nie przekreśla przyjaźni z Nim. „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13) - pisał św. Paweł.

Mam dla Ciebie, drogi czytelniku, małe zadanie. Wróć do tych wszystkich synonimów, które wypisałem na początku i przeczytaj je kilka razy. Podczas czytania spróbuj skupić się na tym, co serce będzie Ci podpowiadać na temat Twoich słabości. Spróbuj je wypisać na kartce, a potem na modlitwie porozmawiać o nich z Panem Bogiem. Zadbaj przy tym, żeby to nie było dobijanie siebie słabościami, ale pełna miłości rozmowa z przyjacielem, który nie odrzuca, ale przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy.


NINIWA

Kwadrans biblijny - kilka zapadniętych kLAMEK

Przeczytaj: Rdz 4, 17-24

Po bratobójstwie Kaina Księga Rodzaju przez chwilę zatrzymuje się przy potomkach Kaina. Swoją drogą to bardzo ciekawe, że cokolwiek wspomina się w Biblii o potomstwie tego, który dopuścił się tak okrutnej zbrodni. Jednak w perspektywie tego, co Bóg powiedział do Kaina staje się to zrozumiałe. Nawet pokolenie, które wywodzi się od grzesznika ma swoją kontynuację i szansę daną od Boga na lepsze życie. Historia tego potomstwa, tzw. Kainitów jednak do optymistycznych nie należy. Dostali szansę, ale z niej nie skorzystali. Ich stan moralny pogarszał się z pokolenia na pokolenie aż osiągnął swój szczyt (czy raczej dno) po narodzinach Lameka. Dramat potomka Kaina polega najbardziej na tym, że miłosierdzie okazane przez Boga przemienia w groźbę względem innych ludzi. Widać to bardzo wyraźnie w słowach, które wypowiada do swoich żon: „Słuchajcie, co wam powiem, żony Lameka. Nastawcie ucha na moje słowa: Gotów jestem zabić człowieka dorosłego, jeśli on mnie zrani, i dziecko - jeśli mi zrobi siniec! Jeżeli Kain miał być pomszczony siedmiokrotnie, to Lamek siedemdziesiąt siedem razy!” (w. 23-24). Jest pewien apokryf, który opowiada, że te słowa Lamek miał wypowiedzieć po sytuacji, gdy został oszukany przez swojego syna. Wtedy opatrznie najpierw zabił Kaina, a potem - już świadomie - swoje własne dziecko - Tubal-Kaina. Dodatkowo według żydowskiego midraszu, Lamek miał pojąć jedną żonę wyłącznie dla rozkoszy, zaś drugą dla spłodzenia potomstwa. Te dwa dodatkowe wątki, mimo że nie mają żadnego potwierdzenia w Biblii, tak czy tak pokazują wielki upadek moralny tego człowieka.

Kiedy spotykam się z tym niełatwym wątkiem z Księgi Rodzaju to po głowie chodzi mi tylko jedno zdanie: klamka zapadła. A w zasadzie zapadło kilka kLAMEK. Po pierwsze pomyślałem sobie: tu nie ma szans na miłosierdzie. Lamek jest totalnie zamknięty, nieczuły, a do tego agresywny i bezwzględny. Po drugie - szansę tracą jego dzieci. Jeśli faktycznie zabił własnego syna, TubalKaina, to odebrał mu szanse na miłosierdzie, nawet jeśli oszukał on własnego tatę. Po trzecie - szansę na miłosierdzie traci każdy inny człowiek, który się z nim zetknął. Myślę, że każdy zgodzi się ze mną, jak silny wpływ mogą mieć najbliżsi na nasze wybory czy też światopogląd. Zapadło kilka klamek i w pierwszej reakcji odniosłem wrażenie, że tu nie ma już żadnych szans. Po co Biblia serwuje nam taką beznadzieję? Przy tej historii właśnie to pytanie bardzo mnie dręczy. Nasuwa mi się kilka odpowiedzi.

  1. Człowiek może naprawdę upaść tak nisko. Ta historia ma mnie uprzedzić, żeby aż tak nie gorszyć się podobnymi historiami, z którymi się stykam, a zetknąłem się już z niejedną trudną historią. Słyszałem o kilku Lamekach, którzy wyrządzili straszną krzywdę z błahego powodu swoim bliskim.
  2. Ja mogę upaść tak nisko. Chodzą mi po głowie słowa, które przeczytałem w internecie: „stać nas na wszystko”. To zdanie ma swój pozytywny, ale też negatywny wydźwięk. W przypadku tej historii trzeba zmierzyć się ze stwierdzeniem: „stać mnie na wszystko. Nawet na taki upadek moralny, jak upadek Lameka”. Dlatego ta historia jest nam opowiedziana jako przestroga.
  3. . Zawsze jest szansa na miłosierdzie. To, że słowo Boże nic o tym nie wspomina nie oznacza, że tak było do końca. Biblia nie kończy się w tym miejscu i podaje inne historię, gdzie człowiek nisko upadł, ale powstał do nowego życia. Takich historii jest o wiele więcej niż ta jedna bez happy endu. Klamka zapadnie dopiero, gdy umrę, a nie za mojego życia. Pojawił się kiedyś taki błąd w Kościele, który został nazwany predestynacją negatywną. To znaczy, że niektórzy ludzie z góry zostali przeznaczeni na wieczne potępienie. Jest on całkowicie sprzeczny z tym, co czytamy w listach św. Pawła, np. w 1 Liście do Tesaloniczan: „Ponieważ nie przeznaczył nas Bóg, abyśmy zasłużyli na gniew, ale na osiągnięcie zbawienia przez Pana naszego Jezusa Chrystusa” (1 Tes 5,9). Bóg zatem mówi: „drzwi są otwarte, ale klamka zapadnie - na sądzie ostatecznym”.

Klamka teraz jeszcze nie zapadła - przynajmniej w Twoim i moim przypadku! Tylko czy przejdziemy przez drzwi?


unsplash.com

Kwadrans biblijny - Ogień

Religijne wykorzystanie ognia

Postanowiłem podjąć ten temat, ale od razu zauważyłem, że to nie będzie takie proste. Pisać o ogniu to jak rozniecać ogień – trzeba być ostrożnym, bo może się niepostrzeżenie rozprzestrzenić. Może pomóc, ale niekontrolowany może szkodzić. Nie jest łatwo pisać o ogniu, bo zamiast dać światło, może poparzyć. Stąd też nie jest możliwe napisać jednego wyczerpującego rozważania. Będzie ich kilka, ale każde poszczególne (mam przynajmniej takie nieodparte wrażenie) będzie zaledwie iskierką tego, co można by o ogniu na podstawie Biblii powiedzieć. Liczę jednak na ogień Ducha Świętego, na ten sam ognisty język, który był nad Apostołami w Dniu Pięćdziesiątnicy, abym mógł w zrozumiałym języku przedstawić, jak patrzeć na temat ognia w Piśmie Świętym.

Pierwszym moim odkryciem na temat ognia jest to, że pierwszorzędnie powinien kojarzyć się z Bogiem, a mam wrażenie, że jest zupełnie inaczej. Zapytałem nawet kiedyś pewną osobę: „powiem tobie o jednej rzeczy, a ty spontanicznie powiedz, czy kojarzy się tobie dobrze czy źle. Zastrzegam, że najważniejsza jest twoja pierwsza reakcja – ta najbardziej spontaniczna”. Kiedy powiedziałem mu o ogniu – to reakcja była: „piekło”. Nie wiem czy twoja byłaby podobna… ciężko to sprawdzić. Możesz spróbować sobie przypomnieć ten moment, gdy czytałeś tytuł tego rozważania. Myśli spontaniczne, nasze nagłe reakcje dużo o nas mówią. Są subtelne, a przekazują ważne treści – to tak na marginesie.

Wracając jednak do ognia – powinien on naturalnie kojarzyć się z Bogiem. Dlaczego więc jest wielokrotnie zupełnie inaczej? Przypomniałem sobie wtedy słowa świętego Pawła, który napisał, że diabeł pokazuje się często jako anioł światłości. Co to znaczy? Że małpuje to co święte po to, żeby nas okłamać. Tak samo zmałpował ten symbol, który odnosi nas do Boga. Tak samo zmałpował ten żywioł, który niesie ze sobą wiele Bożych i świętych odniesień i znaczeń.

Od zawsze żywioł ognia był kojarzony z Bogiem. Nie tak jednak, jak pojmowała to filozofia grecka czy religie wschodu, nawet utożsamiając z żywiołem ognia bóstwo. Żywioł ten ma boskie pochodzenie, ponieważ Bóg jest stwórcą tego świata, ale nie jest bogiem. Ogień znalazł więc również religijne zastosowanie, które przetrwało do dzisiaj w chrześcijaństwie, ale tylko w kilku aspektach.

W judaizmie, z którego wyrasta chrześcijaństwo, ogień miał szerokie, religijne zastosowanie. Stanowiło po pierwsze narzędzie rytualnego oczyszczenia. W Księdze Liczb czytamy wskazanie od Pana Boga: „złoto, srebro, miedź, żelazo, cynę, ołów i w ogóle wszystko, czego ogień nie zniszczy, przeprowadzicie przez ogień, aby stało się czyste; ale tylko woda oczyszczenia (służy do usuwania nieczystości spowodowanej dotknięciem zwłok) usunie nieczystość. Czego zaś nie można kłaść do ognia, przeprowadzicie przez wodę” (Lb 31, 22-23). Ogień i woda – choć są wykluczającymi się żywiołami, tutaj mają podobne zastosowanie. Oba mają za zadanie oczyszczać. Ogień miał oczyszczać to, czego nie był w stanie spalić. Pewnie dlatego w chrzcie, choć zewnętrznie oczyszcza nas woda, spełniają się słowa Jana Chrzciciela: „On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem” (Mt 3, 11). Ogień spala ciało z wielką łatwością, ale nie jest w stanie spalić niewidzialnej duszy. Dlatego nasza dusza oczyszczona zostaje tajemniczym i niewidzialnym ogniem samego Boga. Żydzi nie mogli mieć żadnego kontaktu z tym, co zanieczyszczone. Dlatego, kiedy w ogniu oczyścili to, co wymagało oczyszczenia, mogli mieć z tym bliski kontakt. W przytoczonym fragmencie z Księgi Liczb chodziło o łup zdobyty na wojnie. Bogu chodzi o coś więcej – o nasze dusze zdobyte w walce z grzechem pierworodnym i sprawcą tego grzechu - szatanem. Dlatego oczyszcza nas tajemniczym ogniem we chrzcie, aby móc mieć z nami bliski i intymny kontakt; aby móc nas dotykać jako oczyszczone dzieci Boże – zewnętrznie przez wodę, a wewnętrznie przez Boży, niewidzialny ogień.

Żydzi – jak czytamy wielokrotnie w Piśmie Świętym – składali ofiary. Od samego początku używali do tego ognia. Ofiary były spalane na ołtarzu. Niektóre z nich nosiły nawet szczególną nazwę – „ofiary całopalne”. Składane były głównie ze zwierząt, które były spalane na ołtarzu, ale nie tylko. Tak czytamy na przykład w Księdze Kapłańskiej na temat ofiary pokarmowej: „potem przyniesie ją do kapłanów, synów Aarona. Kapłan weźmie pełną garść najczystszej mąki razem z oliwą i z całym kadzidłem i zamieni w dym na ołtarzu jako pamiątką, jako ofiarę spalaną, woń miłą Panu” (Kpł 2, 2). Ogień nie stanowi tutaj tylko zwyczajnego narzędzia. Był on bardzo symboliczny. Oznaczał między innymi Boże pragnienie zniszczenia grzechu. Wiele bowiem spośród wszystkich ofiar było składanych właśnie w tym celu – aby uprosić odpuszczenie grzechów. Ważne również było to, co ogień powodował – unosiła się przy ofierze „woń miła Panu”. To zapewne nasza ludzka próba oddania tego, że Pan Bóg reaguje na to, co mu ofiarujemy. Reaguje jak kobieta, która otrzymała pachnące kwiaty; jak piekarz wyciągający świeżo upieczony i pachnący chleb; jak solenizant cieszący się pięknie pachnącymi perfumami otrzymanymi w prezencie od przyjaciela. Bóg reaguje na woń ofiar, którą składał Mu Naród Wybrany. Choć były niedoskonałe, to były przez Niego przyjmowane… do czasu. Przyszedł bowiem moment, kiedy sam postanowił udoskonalić te wszystkie ofiary. Nie było nic takiego na ziemi, co mogłoby Boga ostatecznie zadowolić, dlatego ofiarował samego siebie w Jezusie Chrystusie. To On jest jedyną, najdoskonalszą ofiarą, która wydaje piękną woń. Bardzo głęboką interpretację podaje nam w tym względzie autor Listu do Hebrajczyków a zwłaszcza w 10. rozdziale. Nie bez powodu mówimy, że ktoś spala się dla innych, to znaczy poświęca się, oddaje do pełnej dyspozycji całego siebie. Jezus spalił się na krzyżu. Pozwolił na to, by pochłonął go ogień pokonujący w nas panowanie grzechu i śmierci.

Oprócz odpuszczania grzechów ogień spalający ofiarę miał również wymiar oczyszczający. Mistyczną wizją, o której czytamy u proroka Izajasza, dostrzegamy go bardzo klarownie: „Wówczas przyleciał do mnie jeden z serafinów, trzymając w ręce węgiel, który szczypcami wziął z ołtarza. Dotknął nim ust moich i rzekł: «Oto dotknęło to twoich warg, twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech»” (Iz 6, 6-7). Mamy tutaj oczywiście odniesienie do tego, o czym napisałem wyżej. Jednak reakcja anioła wynikła z tego, że Izajasz powiedział o sobie: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach (…)” (Iz 6, 5). Anioł oczyszcza jego wargi węglem, który niósł w szczypcach z ołtarza. Skoro w szczypcach to musiał być rozżarzony. Skoro był rozżarzony, to właśnie przez ogień. Anioł uczynił to po to, aby przekazywał słowa Boże i dlatego potem na Izajasz odpowiada na prośbę Pana Boga, który potrzebuje posłać do grzesznego ludu jakiegoś proroka.

Powróćmy jeszcze na chwilę do owej przyjemnej woni, którą ofiara miała powodować Bożą przychylność. Nie o zapach tutaj tylko chodzi. Podczas spalania unosił się również w efekcie dym. Jego ruch ku górze – to symbol modlitw, które ludzie zanosili do nieba, gdzie przebywał Pan Bóg. Tak jak napisał w swojej mistycznej wizji święty Jan Apostoł: „I wzniósł się dym kadzideł z modlitwami świętych - z ręki anioła przed Boga” (Ap 8, 4). Dym z kadzidła wydobywał się z powodu ognia, który spalał węgle i ten dym wznosił się. Dochodzi tam, gdzie my jeszcze dojść nie możemy. Tego symbolu używamy do dzisiaj w naszych kościołach. Za każdym razem, gdy używane jest kadzidło, to wyczuwalny jest zapach i widoczny dym. Co prawda nieraz dym powoduje zawroty głowy, kaszel i inne nieprzyjemności. Pozostaje jednak bardzo wymownym symbolem naszej modlitwy. Symbolem, który oddziałuje na nasze zmysły. Dlatego jest on bardzo istotny i pomocny w przeżywaniu każdej liturgii i wspólnej modlitwy. Dlatego okadzany jest Najświętszy Sakrament, ołtarz, Ewangeliarz, krzyż, kapłan i cały lud. To symbol modlitwy i adoracyjnej czci, jaką pragniemy wyrazić Bogu widzialny i biblijny sposób.

Izraelici otrzymali jeszcze od Boga bardzo ważne wskazanie dotyczące ognia, którym spalano ofiary. Nie był to ogień taki, jak każdy. Ten ogień płonący na ołtarzu był święty. Dlatego też Bóg nakazał: „Ogień nieustanny będzie płonął na ołtarzu – nigdy nie wygaśnie!” (Kpł 6, 2-6). O ten ogień mieli troszczyć się kapłani. Mieli zadbać, aby nigdy nie wygasł. Dlaczego? Ten ogień stanowił dla Narodu Wybranego inny, bardzo ważny znak – Bożej obecności w Izraelu. O tę obecność trzeba dbać, aby nie wygasła! Zewnętrznym wyrazem tej troski była opieka nad świętym ogniem płonącym na ołtarzu ofiarniczym. Z pewnością dlatego współcześnie w kościołach katolickich znajdujemy tzw. wieczną lampkę. Zanim rozwinęła się technika elektryczna, przy tabernakulach stawiano świece albo lampki oliwne. Trzeba było również dbać o to, aby nie zgasły, ponieważ dawały sygnał wszystkim przebywającym w świątyni – pośród nas jest Bóg, to jest święta przestrzeń!

Jest jedna misyjna historia oblacka, która opisuję pracę misjonarską wśród Eskimosów na północy Kanady. Jeden z misjonarzy napisał prośbę do papieża, aby zwolnił ich z obowiązku wiecznej lampki przy Najświętszym Sakramencie. Prawo kościelne bardzo pilnowało tego obowiązku. Papież jednak zezwolił na to, ponieważ w liście misjonarz napisał z wielką wrażliwością, że bez Jezusa w Najświętszym Sakramencie oni po prostu nie dadzą rady wytrzymać na misjach. Z symbolem ognia czy bez niego – to Jezus w Najświętszym Sakramencie był dla nich najważniejszy i Jego chcieli mieć przy sobie.

Ten ogień to faktycznie symbol, ale bardzo wymowny. Stąd też warto na niego zwracać szczególną uwagę, aby uświadamiać sobie Bożą obecność. Ważniejsze jest jednak coś innego! Ważniejsze jest to, aby ogień Bożej obecności płonął na ołtarzu naszego życia. Nieważne czy jesteśmy blisko wiecznej lampki, płonącej przy tabernakulum, czy też nie. Ważne jest czy we mnie jest ogień Bożej obecności; czy nie jest przygaszony przez złe nawyki, zaniedbania i grzechy; czy czasem już zaczyna się ledwo tlić, aby w efekcie niebawem zgasnąć. O ten ogień trzeba nam troszczyć się ze szczególną wrażliwością, bo bez tego nie wytrwamy w wierze, nadziei i miłości.

Jak wspomniałem na początku ogień powinien nam się kojarzyć z Bogiem. Tymczasem ten piękny i wymowny symbol, wykorzystywany w religijności od dawna, został przez szatana zmałpowany. Ujawniło się to już pośród Izraelitów w tzw. kulcie bożka Molocha. Nazwa tego bożka pochodzi z języka hebrajskiego i oznacza król. To nim wielokrotnie Izraelici zastępowali jedynego Boga, który wyprowadził ich z ziemi egipskiej. Nawet królowie izraelscy, którzy mieli czuwać nad wiarą Narodu Wybranego, składali ofiary Molochowi (np. król Achaz czy też Manasses – 2 Krl 16, 3; 2 Krl 21, 6). Ten kult miał ohydną formę wyrazu. Otóż składano w ofierze własne dzieci. Były dwa prawdopodobne sposoby ofiary: pierwszy - rozgrzewano posąg przedstawiający Molocha (najprawdopodobniej postać byka zmieszana z człowiekiem) do czerwoności i na dłoniach kładziono noworodki lub małe dzieci, aby na nich spłonęły. Drugi – był specjalny ołtarz, na którym płonął ogień i kładziono na ten ołtarz dzieci w ofierze. Samo wyobrażenie budzi wstręt i niedowierzanie, ale człowiek był do tego zdolny i tak podaje Pismo Święte w przytoczonych wyżej fragmentach dotyczących Achaza lub Manassesa. Opisuje się tę ofiarę dość eufemistycznie podając sformułowanie „przejście przez ogień”. Rzeczywistość była jednak bardziej brutalna. Dlatego też prawo Izraela surowo tego zabraniało: „Nie będziesz dawał swego dziecka, aby było przeprowadzone przez ogień dla Molocha, nie będziesz w ten sposób bezcześcił imienia Boga swojego. Ja jestem Pan!” (Kpł 18, 21; Pwt 18, 10). Karą za kult Molocha była śmierć przez ukamienowanie (Kpł 20, 2). Jeremiasz przekazuje słowa od Pana Boga, że nigdy nie nakazał takiego kultu ani nawet Mu na myśl nie przyszło, aby Izraelici wrzucali do ofiarnego ognia własne dzieci (zob. Jr 7, 31). Dlatego też jeden z królów Izraelskich, Jozjasz przerwał w końcu ten haniebny ciąg i zniszczył miejsce, gdzie takie ofiary były składane (2 Krl 23, 10).

Opowiedziałem jednemu ze współbraci o tym, co napisałem powyżej. Stwierdził wtedy, że czasem widzi subtelne przedłużenie kultu Molocha pośród ludzi, nawet wierzących. Trudno się nie zgodzić z tym, co powiedział. Może nie spalamy naszych własnych dzieci w ogniu. Za to dużo rodziców ofiaruje swoje dzieci na ołtarzach sukcesu. Planują przyszłość za swoje dzieci, nie dają im nawet czasem minimum wolności. Podciągają to wszystko pod miłość rodzicielską, która jednak okazuje się ścianą ognia, która jest nie do przejścia. Potrafią to pragnienie rozpalić do takiej czerwoności, że dziecko wybiera opcję rodzicielską i to staje się często powodem wielu życiowych nieszczęść. Obejmuje to naukę, studia, kierunek specjalizacji, pracę, nawet związki małżeńskie czy też ilość dzieci w następnym pokoleniu. Tacy rodzice nie zauważają nawet, jak ich dziecko staje się coraz bardziej poparzone pseudo-miłością. Pan Bóg obchodzi się ze swoimi dziećmi zupełnie inaczej. Ma dla nas zaplanowaną najlepszą przyszłość, ale nie realizuje jej za nas. Daje nam wolność, bezpieczeństwo i prawdziwą czułość. W miłości Boga nie ma krzty chęci zniewolenia czy też jakiejkolwiek formy presji. Warto spojrzeć szeroko na ten problem, aby nie dać okazji szatanowi do mieszania w relacjach do naszych najbliższych. Natomiast warto też naśladować Boga, który ciągle nas kocha i daje kolejną szansę. On jeden ma moc rozpalić w nas na nowo swój ogień! Co więcej – On tego bardzo mocno pragnie! Napisał przecież prorok Izajasz o Słudze Sprawiedliwym (w którym widzimy Mesjasza – Jezusa), że nie dogasi nikłego płomyka (zob. Iz 42, 3). Skoro nie dogasi, to znaczy, że będzie ochraniał, rozpali na nowo, zatroszczy się o niego.

Jak łatwo się zorientować, płomień tego rozważania jest dość szeroki i niełatwo go opanować. Dlatego też, póki co, niech tyle wystarczy w tej części. Religijne wykorzystanie ognia było bardzo szerokie. Takie pozostaje do dzisiaj zarówno w wymiarze zewnętrznym – liturgicznym, ale też religijnym wymiarze wewnętrznym – naszej osobistej relacji z Bogiem. Niech ogień płonie i na zewnątrz i w środku wielkim, pięknym płomieniem!