Jesteś za aborcją? Walczysz o prawa kobiet? Musisz to przeczytać! Tylko dla katolików…

Jeśli jesteś katolikiem, chrześcijaninem, który zabiega o prawa kobiet i szuka dla nich sprawiedliwości, tekst jest dla ciebie! Wydarzenia ostatnich dni polaryzują społeczeństwo na osi aborcji. Jednocześnie jako wyznawcy Chrystusa chcielibyśmy i powinniśmy mówić jednym głosem. Dlaczego zatem toczymy ze sobą wojnę? W spokojnych czasach widywaliśmy się na niedzielnej Mszy świętej, a teraz stajemy po dwóch stronach barykady, przepychając się w mediach społecznościowych? Co się stało?

Agitacja w mediach społecznościowych to jeszcze małe piwo. Część z nas wrzuca na tam relacje i zdjęcia z uczestnictwa w protestach przewalających się przez Polskę w ostatnich dniach. Wydarzenia te organizują lewicujący aktywiści, których ten artykuł nie przekona do zmiany myślenia. Inspiruje ich biblijny „lew ryczący” (1 P 5, 8), który dąży do zniszczenia człowieka. Dyskusja jest bezcelowa. Ciężko na rzucanie butelkami, agresję, rozmontowywanie liturgii czy niszczenie kościołów odpowiadać spokojną, merytoryczną argumentacją i oczekiwać sukcesu.

Nie będziemy się powtarzać. Pisaliśmy o tym tutaj >>

A jednak w takiej formie protestu bierzemy udział i my, katolicy – bracia i siostry w wierze. Nasze dołączanie się do tych skandalicznych inicjatyw budzi wielki żal w sercu Kościoła. Metody i forma takiego protestu nie przystoi chrześcijaninowi. Co się zatem stało, że dołączamy się do tych inicjatyw? Nie zakładam złej woli. Wręcz przeciwnie. Żeby włączyć się w coś takiego jako katolik, wydaje się, że trzeba być bardzo przypartym do muru. Trzeba nie widzieć innych opcji. Współczuję. Naprawdę.

Przejdźmy do sedna. O co nam naprawdę chodzi?

Katolikowi nie trzeba wyjaśniać, że dziecko „zaczyna się” od poczęcia. Katolikowi nie trzeba tłumaczyć, że morderstwo jest nie tylko grzechem, ale i czynem niemoralnym także w świeckim rozumowaniu. Chrześcijaninowi nie trzeba przytaczać po raz kolejny fragmentu Ewangelii, w którym Jezus mówi o przyjmowaniu najmniejszych. Dlaczego zatem szukamy wyłomu w tym wszystkim i jakiegoś błędu w kodzie chrześcijaństwa, żeby wytrychem włamać się do środka i go przemeblować?

Problemem jest indywidualizm w myśleniu. Sam w sobie nie jest zły, bo warto myśleć samodzielnie, analizować itd. Ale kiedy nie odwołujemy się ostatecznie do obiektywnego dobra, zasady czy autorytetu, to możemy się pogubić. Oczywiście, że każdy z nas będzie szukać szczęścia. Mamy do niego prawo. Bóg chce go dla nas. I dlatego, kiedy przychodzi cierpienie, to potrzebujemy przytulenia, pocieszenia i rozwiązania naszego problemu. Oczekując wsparcia Boga i powołując się na Jego miłość do nas, chcemy usunąć ból z naszego życia. A bólu dookoła jest bardzo dużo: problemy z tożsamością seksualną, poturbowane poczucie własnej wartości, zniewolenia, samotność, choroby… Popatrz, w jak wielu z tych problemów szukamy furtki ewakuacyjnej! Jakże pragniemy już nie odczuwać bólu! A jednak jest on wpisany w nasze ludzkie życie. Potwierdził to najlepiej Jezus, umierając dla nas na krzyżu.

Sumienie i przykazania

Dużo teraz słyszymy argumentacji katolików w obronie aborcji eugenicznej, że nie można wkładać na człowieka ciężaru i wymagać heroizmu. Życie jest heroizmem samo w sobie. Nie wyeliminujemy całkowicie konfrontacji z nim i sytuacji trudnych. Współczesny, wygodny świat chce nam kłamliwie wcisnąć ściemę o tym, że możemy usunąć zło i ból, jeśli przyjmiemy wszystko to, na co mamy ochotę, co jest przyjemne i osłodzi nam nieco codzienność. Że tym przygładzimy nasze cierpienie i frustrację. Tak się nie stanie. Bez względu jakie prawo wprowadzimy lub nie. Przykro mi, że tak kawa na ławę, ale takie właśnie jest życie. Stało nam się zbyt wygodnie i zapomnieliśmy o tym, jak może nam dać w kość. Dlatego odrzucamy wszystko, co może mieć jakieś znamiona trudu. Życie ułatwia nam technologia, coraz więcej konsumujemy, bo mamy to na wyciągnięcie ręki itd. Aż tu nagle ktoś nam mówi, że nasze dziecko będzie cierpieć. Odpowiadamy, że nie możemy na to patrzeć, bo pęknie nam serce. Ale remedium na to nie może być zabicie tego małego człowieka!

W tej całej aferze nie chodzi o argumenty. Można się z nimi zapoznać, wyrobić sobie opinię itd. Chodzi o nasze sumienia. Jak bardzo są one wypaczone naszym stylem życia i czy odnosimy się do obiektywnych wskazówek? Są nimi niewątpliwie przykazania – np. V nie zabijaj. Nie ma tu „nie zabijaj, chyba że…”, albo „nie zabijaj, no dobra, możesz, ale musisz spełnić taki a taki warunek”. Czy ufamy Kościołowi i jego nauczaniu? Najczęściej z tym mamy problem. Stawiamy znak równości między księdzem pedofilem a dorobkiem nauki katolickiej mówiąc, że skoro takie „autorytety” tworzą zasady, to nie będziemy ich przestrzegać. Ale to nie Kościół zasady tworzy, tylko Bóg. Kościół jedynie tłumaczy pewne rzeczy na współczesny język i pomaga je wyjaśnić. Służą temu encykliki, listy pasterskie, czy w końcu Katechizm Kościoła Katolickiego.

Nie chcę cię przekonywać

Naprawdę, nie dam rady cię przekonać. Nie mam takiej mocy, możliwości. Nie spotkamy się na kilkugodzinnej kawie, w atmosferze przyjacielskiej dyskusji, która może dać nowe światło. Spokojnie, nie zakładam, że wypunktuję ci 100 argumentów za ochroną życia, które położą cię na łopatki i oświecą. Nie patrzę w ten sposób. Jedyne światło, jakie może ci pomóc, to sam Bóg. To On leży u fundamentów twojej wiary katolickiej, bez względu na to, w jakim momencie życia się teraz znajdujesz, co cię boli i otacza. Sam(a) musisz zapytać siebie, co leży na samym dnie twojej motywacji w tej walce. Czy to rzeczywiście troska o życie ludzkie (matki, żeby miała wybór, a dziecka, żeby nie cierpiało), czy może jednak pewna forma egoizmu i życiowego wygodnictwa? Może świat tak ci dowalił i czujesz taką frustrację, że właśnie wyszło powietrze z wentyla bezpieczeństwa. Nie oceniam cię.

Co zrobiłby Jezus? Często słyszymy, że by nikogo nie potępił. Jasna sprawa. Kobiecie cudzołożnej też powiedział „I ja ciebie nie potępiam” (J 8, 10), ale dodał też „idź i nie grzesz więcej”. Bóg nie zaprzeczy nigdy sam sobie. Jeśli mówi nam, że czegoś robić nie wolno, to nie rzuca słów na wiatr. Nie dlatego, że jest milicjantem z giwerą, ale dlatego, że wie, co zabije nas duchowo i na wieczność. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Chrystus w imię miłości człowieka i wolności poszedł jeden z niedawnych protestów czy pomalował sprayem kościół, żeby upomnieć człowieka. Byłby za to pierwszym, który powywracałby stołki kościelnym hierarchom czy zniekształcającym Jego słowa katolikom, którzy daleko są od Ewangelii. Tak jak zrobił to z bankierami w świątyni czy gdy upominał faryzeuszy i uczonych w piśmie. To jednak nie jest ta sama sytuacja!

To już serio koniec…

W dzisiejszej Ewangelii (Łk 13,10-17) Jezus uzdrawia kobietę cierpiącą na niemoc. Wówczas ona wstaje i wyprostowuje się. To jest uzdrowienie, które Chrystus chce dać każdej kobiecie – wyprostować się, odzyskać swoją godność, by mogła spojrzeć sobie w oczy stojąc przed lustrem. Nie osiągnie tego jako zabójczyni swojego dziecka, a jedynie, kiedy przyjmie je jako matka – choćby na 5 minut jego krótkiego życia poza jej łonem. Jestem o tym przekonany.

Warto też wziąć pod uwagę, że gdy dziś, jako chrześcijanin, dołączasz do metod przeciwników życia, opowiadasz się jednocześnie za całością ideologii, którą oni reprezentują. Pamiętaj, że dziś walczysz o prawo kobiety do zabicia nienarodzonego dziecka, a w przyszłości być może będziesz walczyć o swoje własne prawo do życia. Być może w twojej starości przyjdzie ktoś inny, silniejszy od ciebie zakrzyczy cię wykazując, że twoje życie nie ma już wartości. Że tylko cierpisz w swojej życiowej stagnacji. „Zaproponuje ci” eutanazję, a ty nie będziesz mieć nic do powiedzenia w tej sprawie. Pomyśl o tym.