Szukasz źródła swoich problemów? Wróć do dzieciństwa!

Każde dorosłe spojrzenie wstecz odsyła nas do pierwszych lat życia. Do tego czasu, kiedy kształtowały się fundamenty naszej osobowości. Nasza emocjonalność, wrażliwość i mechanizmy, które odpowiadają za to jacy jesteśmy.

Prosząc psychologa albo duchowego ojca o pomoc w naszym zmaganiu się z samym sobą, zwykle musimy cofnąć się w czasie i zobaczyć, co w naszym dzieciństwie zostało schrzanione, a co sprawia, że dzisiaj cierpimy my i ci, którzy z nami żyją. Musimy dotrzeć do korzeni. Po latach spotkać się ze swoimi rodzicami, dziadkami, opiekunami, personelem domu dziecka, środowiskiem i być może po raz ostatni spojrzeć im w oczy. Po to by powiedzieć dwa słowa – wiem i wybaczam.

Zobaczmy jakie są najczęstsze błędy wychowawcze i czy da się je naprawić.

Miłość warunkowa

List z błędami wychowawczymi jest bardzo wiele. Zwykle pokrywają się ze sobą. Błąd miłości warunkowej być może jest tym najbardziej brzemiennym w skutkach. Po pierwsze wiąże się z oczekiwaniem od dziecka tego, by we wszystkim było najlepsze. Tutaj często przekraczana jest subtelna granica pomiędzy motywowaniem do działania, a wyraźnym oczekiwaniem satysfakcjonujących owoców tego działania. W efekcie popełniany jest kardynalny błąd. Zamiast oceniać wysiłek i zaangażowanie dziecka, ocenia się jego efekty. I tak zaszczepia mu się zabójczego wirusa pod nazwą: znaczę tyle, co moje osiągnięcia. Jeżeli takie dziecko nie spełni oczekiwań otoczenia, ma poczucie, że nie zasłużyło na miłość. Więc kiedy dostaje kolejną szansę, spina się jeszcze bardziej by jednak na nią zasłużyć. Przecież każdy chce być kochanym. Tak w naszych domach hoduje się miliony ludzi uzależnionych od społecznej aprobaty. To ci, którzy w dorosłym życiu obsesyjnie dążą do zawodowej kariery i wielkich osiągnięć. Po to, by zapracować na poczucie własnej wartości. Świetnym papierkiem lakmusowym tego problemu jest na przykład nasz poczciwy FB. Na niektórych profilach ludzie kreują się na kogoś, kto w zasadzie jest stworzony by go podziwiać. Często za tymi doskonałymi wizerunkami stoi zwykła, neurotyczna potrzeba docenienia. Wychowawczy błąd miłości warunkowej daje jeszcze jeden fatalny efekt – sprawia, że na Boga patrzymy jak na Kogoś, Kto kocha nas za coś. Czyli za bycie dobrym i unikającym grzechów. I tak pokutuje z powodzeniem jeden z najbardziej kłamliwych chrześcijańskich mitów o tym, że do nieba idzie się za bezgrzeszność. Co za bzdura.

Dzieci i ryby głosu nie mają

Dzieci nienawidzą, gdy traktuje się je jak dzieci. Czyli? Czyli jak kogoś, kto nie jest partnerem do poważnej dyskusji. Jak kogoś, kto nie ma nic do powiedzenia. Jak kogoś, kogo potrzeby i problemy są ignorowane. Jak kogoś, na kogo się wrzeszczy i nie daj Boże, kogo się bije. Jak kogoś, kogo za wszystko ciągle się strofuje i kogoś, komu na nic się nie pozwala. Oczywiście dzieci są dziećmi i to dorośli ustalają reguły gry. Wszystko rozbija się o to, w jaki sposób realizujemy te zasady. Tutaj potrzeba dyplomacji i mądrości. Tutaj potrzeba miłości i delikatności. Rodzice, którzy bezmózgowo i siłowo okazują dzieciom swoją dominację mogą zapomnieć o dobrych owocach takiego pseudo-wychowania. Zamiast szacunku dostaną lęk i niechęć. Relacja budowana na czymś takim to kicha. Skoro my dorośli oczekujemy od Boga by traktował nas poważnie, by rozumiał nasze potrzeby (nawet te, które dla Niego są śmieszne) i był wyrozumiały dla naszych ułomności, to tak samo mają prawo oczekiwać tego dzieci od swoich rodziców. Jeśli mama z tatą liczą na szacunek swoich dzieci, to najpierw sami muszą im go dać. Proste.

Czas to miłość

Syn pyta tatę: tato, ile zarabiasz na godzinę? Ojciec odbija poirytowany: co cię to interesuje? Nie twoja sprawa. Ale jak chcesz wiedzieć, to powiem ci: godzina mojego czasu kosztuje 200 zł. Chłopak ze smutkiem spuścił głowę i zapytał: tato, a pożyczyłbyś mi 50 zł? Tata wkurzył się jeszcze bardziej: po co ci? Pewnie na te twoje pierdoły. I uciął dyskusję. Ale wieczorem ruszyło go sumienie. Pomyślał, że może naprawdę syn potrzebuje tych pięciu dych. Wszedł do jego sypialni i usiadł na brzegu łóżka. Masz, to 50 zł o które prosiłeś. Chłopak momentalnie się podniósł, spod poduszki wyciągnął 150 zł, dodał do nich otrzymane przed chwilą 50 i wręczając całą kwotę ojcu wypalił: tatusiu, chciałem kupić godzinę twojego czasu. Po policzku taty popłynęła łza.

Psychologowie są zgodni: czas i emocjonalne zaangażowanie w sprawy dzieci to największy deficyt współczesnego wychowania. Rodzice dzieci płodzą, rodzą, łożą na utrzymanie, zapewniają elitarną edukację i rozwijanie zainteresowań. Ale skąpią im jednego: wypełnionego sercem czasu. Cywilizacja przewartościowała nasz system wartości. Kiedyś najważniejsza była rodzina, pielęgnowanie relacji i wspólnie spędzany czas. Dzisiaj na prowadzenie wysunęła się praca i kariera.

Porównywanie

To też jeden z częściej popełnianych błędów wychowawczych. Chcąc zmotywować dzieci do efektywniejszej pracy porównujemy je z lepiej wypadającymi kolegami, koleżankami, rodzeństwem. W efekcie zamiast motywacji wpędzamy dzieci w kompleksy, brak wiary w siebie i zniechęcamy do działania. Porównywanie zawsze uważałem za diabelski pomysł. Każdy z nas jest inny, każdy inaczej obdarowany, do czego innego powołany. Porównywanie nie bierze tego pod uwagę. Jego efektem jest albo poczucie wyższości albo kompleksy. Nauczyciele w szkołach też mają tutaj swoje na sumieniu. Cały system edukacji funkcjonuje w taki sposób, że jak uczeń zrobi coś dobrze, to traktuje się to jako normę. Ale jak zawali, to wyciąga się odczuwalne konsekwencje. Pamiętacie jeszcze wasze dyktanda i sprawdziany? Nauczyciele zwracali uwagę jedynie na błędy. Dlatego kartki z tymi naszymi wypocinami były stygmatyzowane czerwonym długopisem. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, by trudniejsze, bardziej wymagające, ale poprawnie napisane fragmenty kartkówek zaznaczać na zielono, w ramach docenienia? Porównywanie do lepszych uczniów, faworyzowanie nauczycielskich pupilków i szumne wyróżnienia na szkolnych akademiach to też kiepski pomysł moim zdaniem. W dobrym wychowaniu chodzi o to, by koncentrować się bardziej na mocnych stronach dziecka i (co bardzo ważne) nie stwarzać w nim napięcia związanego z wytykaniem tych słabszych. Bo to napięcie może w przyszłości przekreślić szansę na jakikolwiek sukces.

Strachy na lachy

Jak grozi się konsekwencjami, to gdy przyjdzie co do czego, trzeba je wyciągnąć. Spokojna, wolna od burzliwych emocji konsekwencja jest zawsze skuteczniejszym środkiem wychowawczym niż doraźna, groźna mina, wrzask czy tym bardziej kara cielesna. Złość i emocjonalne wzburzenie nie są dobrymi doradcami. Konsekwencje złych zachowań dzieci powinny wynikać z szanowanych przez wszystkich zasad i z troski o ich dobro. Z racjonalnych reguł postępowania. Ta konsekwencja, czyli zgodność między tym co rodzice mówią a tym co robią jest dla dziecka fundamentem jego powstającego świata. I bardzo ważna rzecz: rodzice zawsze powinni stanowić jeden front. Gdy wzajemnie podważają w obecności dziecka swój autorytet, uderzają przede wszystkim w nie. Bo skoro mama albo tata mogą nie mieć racji to znaczy, że każdy może nie mieć racji. Czyli, że wybiera się nie to co jest konieczne, ale to co co jest wygodne.

Nie ma ideałów

Na koniec napiszę, że nie ma idealnych rodziców ani wychowawców. I nie będzie. Tym bardziej dzieci. Pamiętajmy, że nasi rodzice byli w stanie nam dać tylko to, co sami mieli. Co sami dostali od swoich rodziców. Nie możemy czuć do nich urazy, żalu czy nienawiści. Choć wiele ludzkich historii mogłoby usprawiedliwić takie emocje. Warto cofnąć się do przeszłości i pod fachowym okiem przyjrzeć się jej. Wtedy łatwiej będzie nam zrozumieć, dlaczego dzisiaj jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Są rzeczy, które da się naprawić. Są takie, z którymi będziemy się bujać już do końca życia. Ważne, by je zrozumieć. I błogosławić Bogu za nie. Jakiekolwiek by nie było.