AC/DC. Duchowe zagrożenie, czy po prostu świetny zespół?

Na początku był George Young. Założył The Easybeats i nagrał z nimi światowy hit Friday In My Mind. Ze smakiem przyglądali się temu bracia Georga – Malcolm i Angus. Też marzyli o sukcesie. Ale ten, który osiągnęli przerósł ich najśmielsze oczekiwania.

Jest AC/DC i jest reszta rockowych kapel. Australijska formacja braci Young to rock’and’rollowy fenomen wszech-czasów. Laser, który najdoskonalej skupia energię riffowego grania. Swoją muzykę świadomie odarli z wszelkich zbędnych dodatków i ornamentów. Czysty i skuteczny do bólu rock’and’roll. Od początku swojej kariery grają tak samo. Ale fanom to nie przeszkadza. Dlaczego? Bo grają … piekielnie dobrze.

Poznajmy bliżej AC/DC, rozszyfrujmy ich nazwę i dowiedzmy się, dlaczego nie kupiłbym swoim dziecim na gwiazdkę płyty Highway To Hell.

Początki

Bracia Young przyszli na świat w szkockim Glasgow. Ale tuż po urodzeniu ich rodzina emigruje do Australii. Konkretnie do Sydney. Tutaj zakładają zespół i grają pierwszy w swojej karierze koncert. To był sylwester 1973 roku. Klub Chequers w Sydney. Malcolm i Angus od samego początku stanowili fundament kapeli. Na tym pierwszym koncercie poza nimi nie było w składzie żadnego innego muzyka znanego z późniejszego okresu działalności. Byli to Larry Van Knedt, Colin Burgess i wokalista Dave Evans.  Kluczowa decyzja została podjęta rok później, kiedy chłopaki przenieśli się do Melbourne. Za perkusją siada już dobrze kojarzony przez fanów Phil Rudd, a na basuje Mark Evans. Ale najważniejsza była zmiana za mikrofonem. Dave’a Evansa zastępuje Ronald Belford Scott. Dla świata po prostu Bon Scott. Z nim na froncie AC/DC nabiera coraz większej prędkości.

Pierwsze płyty, charyzma i szkolny mundurek

W życiu każdego zespołu, który poważnie myśli o karierze przychodzi chwila, kiedy trzeba nagrać płytę. W 1974 i 1975 roku AC/DC nagrywają kolejno High Voltage i TNT. Te dwa albumy ukazują się jedynie w Australii i Nowej Zelandii. Rok później utwory z obu płyt zebrano na jednej i pod nazwą High Voltage wjeżdżają na teren USA i Wielkiej Brytanii. Już wtedy na albumach AC/DC można było zobaczyć logo legendarnej wytwórni Atlantic Records. Starszy brat Malcolma i Angusa, George, czuwał. To on odpowiadał za brzmienie tych krążków. Koncerty AC/DC były i są do dzisiaj ich największą promocją. Do tej pory takiej szopki na rockowych scenach nie odpalał nikt. Ok, był Hendrix ze swoją szamańską mistyką i rozwalaniem gitar. U AC/DC było coś innego. To nawet nie o charyzmatycznego Bona Scotta tutaj chodzi. Główną rolę tego spektaklu grał Angus Young. Maskotka zespołu. Nadworny błazen. To jak wyglądał i jak się zachowywał na scenie nie ma w dziejach rocka precedensu. Ubrany był w szkolny mundurek z tornistrem. Ten image miała mu wymyślić siostra – w chwili zakładania zespołu Angus miał zaledwie 15 lat. Inna teoria głosi, że szkolny mundurek w połączeniu z dekadenckim szaleństwem Angusa miał być znakiem buntu wobec szkoły, z której ponoć za uprawienie rock’and’rolla z hukiem wyleciał. W każdym razie Angus Young stworzył chyba najbardziej charakterystyczny wizerunek w dziejach gatunku. W 1976 zespół wydaje kolejną płytę Dirty Deeds Done Dirt Cheap i przeprowadza się do Wielkiej Brytanii. Fala, na której płynie AC/DC wznosi się coraz wyżej.

Wznosząca fala

Basista grupy, Mark Evans, ma dosyć tego szalonego życia i w 1977 roku odchodzi. Na jego miejsce wskakuje Cliff Williams. Tego to już fani oczywiście kojarzą. Skład zespołu krystalizuje się: Malcolm i Angus Young – gitary, Phil Rudd – perkusja, Cliff Williams – bass i Bon Scott – wokal. W tym, legendarnym zestawie, zespół zmierza po swoje największe trofea. Choć (jak pokazało życie) nie do końca. W takim teamie AC/DC nagrywa kolejne trzy albumy: Let There Be Rock, Powerage i koncertowy If You Want Blood You’ve Got It. Po to, by nagrać kolejny. Ten, po którym ich życie i życie rock’and’rollowego świata zmieniło się na zawsze. W lipcu 1979 roku chłopaki wchodzą do studia i pod okiem producenta Roberta Johna „Mutt” Lange’a nagrywają najbardziej przełomowy album w swojej karierze. Highway To Hell. Przynajmniej dla Bona Scotta była to płyta prorocza. Niestety. Tym albumem zespół na dobre zainstalował się na rockowych salonach świata. To dzięki tej płycie nazwa AC/DC jest kojarzona przez każdego rockfana na globie. Ja sam usłyszałem o nich po raz pierwszy dzięki niej właśnie. Sukces miał swoje ciemne strony. Okazało się, że Highway To Hell był ostatnim albumem nagranym przez zespół w tym składzie.

Cień

Od zespołu odchodzi Bon Scott. Zresztą nie tylko od zespołu. Odchodzi z tego świata. 19 lutego 1980 roku znaleziono go martwego w samochodzie na parkingu w Londynie. Tego dnia w klubie Music Machine razem z kumplem trochę za dużo wypił. Delikatnie mówiąc. Ledwo stojący na nogach Bon został przez kumpla odprowadzony do samochodu. I właśnie w tym samochodzie znaleziono go kilka godzin później martwego. Kings Hospital podał przyczynę zgonu – uduszenie własnymi wymiocinami. To był cios. Chłopaki myśleli nawet o zawieszeniu działalności. Jednak po miesiącu otrząsneli się trochę i zaczęli szukać nowego wokalisty. Wybór padł na Briana Johnsona. Jak się okazało, strzelili w dychę. Już z Johnsonem AC/DC nagrywa album Back in Black. Z czarną okładką. W hołdzie tragicznie zmarłemu Bonowi. Mogło by się wydawać, że po Highway To Hell i śmierci takiego lidera zespół jest skazany na tendencje spadkową. A jednak. Jeżeli Highway To Hell poruszyło system, to Back in Black go zmiażdżył. Ta płyta podbiła świat. Nie tylko rocka. We wszelkich rankingach, zestawianiach i plebiscytach na rockową płytę wszech-czasów zawsze jest przynajmniej w pierwszej dziesiątce. Jeśli nie trójce. Back in Black jest drugim w całej historii muzyki najlepiej sprzedającym się albumem. Spółka braci Youngów ustępuje tutaj jedynie Thillerowi Michaela Jacksona, co, umówmy się, nie jest powodem do wstydu. AC/DC czarnym albumem zdeklasowali Presleya, Beatlesów, Rolling Stonesów i całą resztę muzycznego panteonu. Każda kolejna płyta potwierdza już tylko niezagrożoną na nim pozycję. I każda wciąż nieźle się sprzedaje.  Zespół ma brzmienie i styl, który jest niepodrabialny i rozpoznawalny od pierwszej nuty. Czwórka z Australii jednym pstryknięciem zapełnia stadion w dowolnym miejscu na ziemi. Jeżeli istnieje coś takiego jak czysta energia rock’and’rolla to na imię jej AC/DC.

Zapach siarki

Oczy otwarły mi się dawno, dawno temu po obejrzeniu dokumentu o duchowych zagrożeniach w muzyce rozrywkowej. Jednym z pierwszych zespołów wziętych tam na tapetę był … AC/DC. Leci Hells Bells. Pierwszy z kultowego Back in Black. Wysłuchałem tego w życiu setki razy. Ale nigdy nie wiedziałem, o czym śpiewają. Teraz się dowiedziałem, bo film dawał polskie napisy. Szczena opadła:

Jestem dudniącym grzmotem, ulewnym deszczem, nadchodzę niczym huragan. Moje błyskawice rozświetlają niebo, jesteś jeszcze młody, ale i tak umrzesz! Nie wezmę żadnych jeńców, nikogo nie oszczędzę, nikt nie podejmie walki. Mam swój dzwon, zabiorę cię do piekła, dorwę cię, Szatan cię dorwie! (…) Piekielne dzwony, Szatan idzie po ciebie, piekielne dzwony zabiorą cię na dno, walka nie ma sensu.

Druga strona medalu

Nie żebym się czepiał na siłę, ale dla kogoś kto sumiennie uczęszczał na religię, był w pierwszej Komunii Świętej, do dzisiaj z uporem maniaka chodzi do Kościoła i Biblię wciąż stara się traktować serio, taka poezja trochę zgrzyta. Zacząłem się rozglądać po podwórku AC/DC z wiekszą uwagą. Dostrzegłem rzeczy, których do tej pory nie dostrzegałem. Albo nie chciałem dostrzec. W numerze Hell ain’t a bad place to be Bon śpiewał, że piekło wcale nie jest złym miejscem, by w nim być. Mnie akurat na lekcjach religii uczono czegoś zupełnie innego. Albo Let there be rock. Parafrazując biblijne słowa z Księgi Rodzaju chłopaki na teledysku odpalają pseudo kościelną szopkę. Bon przebrany za księdza robi sobie jaja z kazania, a Angus w stroju ministranta podryguje z dyndającą nad głową czarną (???) aureolą. Wszystko w budynku jakiegoś kościoła. Nie wiem jaki proboszcz się na to zgodził, bo nasz na pewno by ich przegonił : – ) Idziemy dalej. Uwaga! Teraz fragment tylko dla dorosłych. Koncertowy show Angusa zawiera pewien jeden, kontrowersyjny element. Jest nim jego striptis (sic!) Jak był młodszy, wypinał się do publiki (wybaczcie) gołym tyłkiem. Fuj. Nie żartuję. Z wiekiem spoważniał i zaczął wypinać się w majtkach z flagą państwa, w którym akurat koncertowali. Ja rozumiem, że jest coś takiego jak artystyczna swoboda wypowiedzi. Ale jest też coś takiego jak zgorszenie i przekroczenie granic dobrego smaku. Nawet w rock and rollu.

Highway to hell

Tytuł Highway to hell  przetłumaczyłem sobie już jako dzieciak. Reszty tekstu już nie. A szkoda, bo grubo tam jest: Łatwe życie, wolna miłość, pozwólcie mi być biorąc wszystko bez wysiłku, idąc na dno. Czas zabawy, moi przyjaciele też tam będą. Żadnych znaków stop ani limitów prędkości. Nikt mnie nie zatrzyma. Hej Szatanie, spłaciłem swoje długi grając w zespole rockowym. Hej mamuśka, popatrz na mnie. Jestem na mojej drodze do Ziemi Obiecanej. Jestem na autostradzie do piekła. Nie zatrzymuj mnie. A potem przyjrzałem się uważnie okładce. Angus zrobiony na diabełka z jasełek, a Bon na piersi z pentagramem. Wiem, wiem, dla niektórych to symbol szczęścia. Dla mnie akurat nie. Jedną z ostatnich tras koncertowych AC/DC otwierał numer Rock And Roll Train. Ultrawidowisko. Na dobry początek produkcja koncertu zaserwowała wyuzdaną animację z Angusem – diabełkiem i dwiema półnagimi laskami. Potem na scenę wbija z impetem potężna, czarna lokomotywa. Robię stop klatkę. Przyglądam się uważnie. Lokomotywa ma rejestrację. Trzy cyfry. 666. Hmmm, trochę za dużo tego. Oficjalnie nazwą zespołu jest skrót: Alternative Current/Direct Current, czyli prąd zmienny/prąd stały. W dokumentalnym filmie, o którym wspomniałem wyżej, podano nieoficjalne, spiskowe odszyfrowanie tego skrótu. Będzie ostro: Anti Christ/Death Christ. Ja tego nie wymyśliłem. Wrzucam w formie ciekawostki. Tak czy siak, z całym szacunkiem dla klasy bandu, jako katol płyty AC/DC swojemu dziecku bym nie kupił. Amen.

Epilog

AC/DC to już dziadkowie. Po śmierci Bona Scotta zespół musiał się zmierzyć z drugą dotkliwą stratą. W 2017 roku umiera Malcolm Young. Jeden z filarów grupy zawsze stojący w cieniu swojego szalonego brata. Ale podobno to on był mózgiem całej drużyny. Jego pogrzeb odbył się w katedrze św. Marii w Sydney. Zaskoczeni? Podczas liturgii nie grano numerów AC/DC, nikt nie robił sobie jaj z sacrum. Chór pobożnie zaśpiewał Amazing Grace i Pan jest moim pasterzem. W ostatniej drodze na cmentarz towarzyszył Malcolmowi  ubrany w czarny garnitur i spokojny jak nigdy Angus trzymający w ręku gitarę brata. I grały szkockie dudy. Jakby nie było Szkocja to ojczyzna Malcolma. Ten pogrzeb wpuszcza w całą tą historię trochę światła i nadziei. Uświadamia, że w życiu każdego człowieka, bez względu na to jakie by ono nie było, przychodzi moment oświecenia. Odkrycia, że ta rzeczywistość jednak przemija i że w tamtej, Ktoś na nas czeka. I tego, że są rzeczy ważniejsze niż najlepsza nawet muzyka świata. Ufajmy, że Malcolm zdążył to odkryć.

AC/DC wydał właśnie swoją najnowszą płytę – Power Up. Jeszcze nie słuchałem, ale jak znam życie, znów będzie to stare, dobre AC/DC. Bo też niczego innego się od nich nie oczekuje.