Co to jest rodzina? Jakie są zagrożenia dla rodziny dzisiaj?

O rodzinę toczą się dzisiaj wyjątkowo zacięte boje. Nie dziwi. Tak jest z każdą rzeczą, które ma istotny wpływ na kształt społeczeństwa. 

Socjologowie, z Auguste Comte na czele, uknuli najprostszą definicję rodziny: najważniejsza, podstawowa komórka społeczna, na której opiera się całe społeczeństwo. Kropka. Skoro rzeczywiście tak jest (a jest), to można zrozumieć to globalne przy rodzinie majstrowanie. I niekoniecznie na to majstrowanie się zgadzać.

Klasyka

Etymologicznie słowo rodzina ma słowiańskie, a nawet pra-słowiańskie korzenie i pochodzi od wyrazu rod, co znaczy rodzenie lub to co się urodziło. Ma około 600 lat. Zwał jak zwał. Rodzina to nie jest coś, co człowiek sobie wymyślił. Jak na przykład fanklub Metalliki albo klub seniora. Rodzina jest najbardziej naturalną i podstawową wylęgarnią relacji międzyludzkich. Czymś w czym człowiek funkcjonuje już od pierwszej milisekundy poczęcia. Rodzina dla narodzonego jest tym, czym łono matki dla poczętego. Jedno i drugie jest fundamentalną strategią natury na kontynuację życia. Wierzący powiedziałby, że to Boży zamysł. Klasyczny model rodziny definiuje ją jako żonę/matkę, męża/ojca i ich wspólne dzieci. Mężowi/ojcu przysługuje autorytet głowy rodziny. Żonie/matce autorytet gospodyni ogniska domowego. A dzieci orbitują na około rodziców jak naturalne satelity. Taki tradycyjny podział ról jest zakorzeniony w historii i mentalności poprzednich pokoleń. A także w Biblii. Socjologiem nie jestem, ale myślę, że to podział najbardziej naturalny i oczywisty. Nawet w świecie zwierząt funkcjonuje z wielkim powodzeniem. Trudno mi wyobrazić sobie lwa, który opiekuje się młodymi, podczas gdy lwica ugania się za gazelami. Wiem, upraszczam sprawę i wkładam kij w mrowisko. Świat się zmienia i oczywiście są różne modele rodziny. Nawet wśród zwierząt. A patriarchat, jak wszystko inne, może być przykrywką dla najgorszych patologii.

Bomba nuklearna

Świat od drugiej połowy XX wieku przyspieszył niebywale. Rewolucja naukowo – przemysłowa zmieniła oblicze tej ziemi. W tym rodziny. I to w kilka lat zaledwie. Anglicy w ferworze tych przemian uknuli pojęcie nuklear family. Czyli rodzina nuklearna. Cóż to takiego? Jest to model rodziny będący najbardziej znamiennym owocem tych przemian – 1+1+1. Ojciec – matka – jedno dziecko (w porywach do dwóch). Dlaczego tak? Zminimalizowanie ilości członków rodziny wpływa na wzrost jej mobilności. Tutaj zawodowo spełniają się oboje rodzice, a mała ilość dzieci nie przeszkadza im w tym spełnianiu się tak, jak by to miało miejsce w przypadku większej ilości dzieci. Plusy są takie, że mama i tata robią karierę i są szczęśliwi (oficjalnie) i jest sporo kasy. A to znaczy, że rodzina nuklearna może sobie pozwolić na piękny, duży dom, dwie/trzy markowe fury i wypasione wakacje za granicą. A dziecko w samym centrum tego highlife’u oczywiście jest szczęśliwe (oficjalnie). Nawet niesformatowani przez Ewangelię obserwatorzy dostrzegają, że rodzina nuklearna ma swoje minusy. Niekoniecznie takie, które widać od razu. W dalszej perspektywie to naprawdę działa jak bomba nuklearna, bo dopada nas zjawisko starzenia się społeczeństwa. Czyli jego umierania po prostu. A miało być tak pięknie.

Funkcje

Możemy wyodrębnić trzy podstawowe funkcje rodziny: prokreacyjną, wychowawczą i ekonomiczną. Prokreacyjna – wiadomo – rodzice muszą się kochać i z tego kochania spłodzić i urodzić dziecko. Uściślijmy: kochają się mężczyzna z kobietą, kobieta zachodzi w ciążę i ona też rodzi dziecko. Jak się okazuje, to wcale nie jest takie oczywiste. Ktoś podobno kiedyś ufundował nagrodę miliona dolarów dla faceta, który urodzi. Wygląda na to, ta ta nagroda powinna trafić do Thomasa Beattie – pierwszego w dziejach chłopa, który zaszedł w ciążę i urodził. Tylko jest jedno ale –  to chłop transseksualny, czyli była baba. Rozczarowani? A jak para nie może, bądź nie chce własnoręcznie zabrać się za kontynuację rodu (tak mają na przykład pary gejowskie albo hetero, gdzie ona boi się wyzwań ciąży) z pomocą przychodzi surogatka. Czyli kobieta, która rodzi dziecko i oddaje je temu, kto jej za nie zapłacił. Job is job. Można i tak. O sztucznej macicy na razie nie będę pisał, bo to póki co SF. Ale człowiek kombinuje i jak znam życie, wykombinuje. Jest jeszcze coś takiego jak adopcja. Są pary, którym natura uniemożliwiła posiadanie potomstwa. Są dzieci, którym los odebrał rodziców. Adopcja pomaga jednym i drugim. I adopcja akurat jest naprawdę spoko. Funkcja ekonomiczna rodziny – też niby wiadomo. Rodzice muszą zapewnić dzieciakowi byt – dach nad głową, jedzenie, ubranie, szkołę itd.

Wychowanie

Wychowawcza funkcja rodziny to najbardziej delikatny temat. Odpowiedzialność jaką za wychowanie swoich dzieci biorą na siebie rodzice jest totalna. Dziecko jest jak delikatna, elastyczna i nieuformowana materia. Od tego jak tą materię będą formować rodzice zależy reszta jego życia. To co odcisną na niej swoimi dorosłymi paluchami będzie znamieniem nie do zatarcia. Będzie albo błogosławieństwem, albo przekleństwem. Poczucie bycia kochanym, wartościowym, emocjonalność i cały system wartości – to są rzeczy, które od swoich rodziców dostają (bądź nie) ich dzieci. To dlatego rodzina jest tak ważna. W niej życie powstaje, jest podtrzymywane i jest formowane. Prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoim systemem wartości w dzisiejszym świecie nikt nie kwestionuje (oficjalnie). Prawem i obowiązkiem chrześcijańskich rodziców jest wobec tego, poza tym wszystkim o czym pisałem wyżej, przekazanie wiary. Jeżeli założymy, że dzisiejszy świat walczy z chrześcijaństwem (fizycznie, ideologicznie, jawnie, ukrycie) to łatwiej zrozumiemy skąd biorą się te obawy o demontaż rodziny.

Kwas

Nie chcę tutaj się rozpisywać o współczesnych konstelacjach rodzinnych. Generalnie mamy do czynienia z prawdziwym przewrotem kopernikańskim w temacie. Trudno to wszystko ogarnąć i nadążyć nad wciąż nowopowstającymi nowymi pomysłami. Ta rewolucja nie tylko stawia pytanie o to, jaka rodzina powinna być, ale i o to, czy w ogóle powinna być. Żeby nie być gołosłownym, po raz kolejny przytoczę znamienne słowa Mashy Gessen, rosyjskiej aktywistki LGBT: Nie chodzi o prawo homoseksualistów do zawarcia małżeństwa, ale o to, że instytucja małżeństwa powinna przestać istnieć. Walka o małżeństwa dla homoseksualistów zazwyczaj wiąże się z ukrywaniem tego, co mamy  zamiar zrobić z małżeństwami, kiedy ten cel osiągniemy. Mówienie, że instytucja małżeństwa wówczas nie ulegnie  zmianie, jest kłamstwem. Sądzę że instytucja małżeństwa nie powinna istnieć. Trudno o jakikolwiek komentarz. Nie chcę się rozpisywać o patologiach i zaburzeniach jakie mają miejsce w tak zwanych normalnych rodzinach. Nie ten moment. Nasze życie zawsze będzie zanurzone w tym dualizmie: jest dobro – jest i zło, jest piękno – jest i brzydota, jest szczęście – jest i cierpienie, jest dzień – jest i noc. Chciałbym tym tekstem wpuścić trochę światła i nadziei, bo, oględnie mówiąc, rodzina ma się dzisiaj nie najlepiej.

Światło

Zacznę od osobistego wyznania. Uważam, że rodzina taka, jaką dla rodu ludzkiego zaplanował Bóg, przetrwa najcięższe próby. Bo jest piękna. Bo jest święta. Bo jest niezbędna. Bo jest prawdziwa. Nie zdoła jej zniszczyć tsunami rozwodów, tęczowa ofensywa, kariera rodziców i długa lista najgorszych w świecie patologii. Może sprowadzona do parteru będzie umierać w męczarniach. Ale przetrwa. Jak wszystko za czym stoi Bóg. Rodzina, w której mama i tata w miłości powołują do życia swoje dzieci, by potem ich tej miłości uczyć. Możesz swoje dziecko (o ile masz) wychować do robienia pieniędzy i ustawienia się w świecie. Albo przepisać mu w spadku wielki majątek. Możesz kupować mu wszystkie zabawki, których tylko zapragnie. Ale jeżeli rodzina nie stanie się dla niego laboratorium miłości, to nie będzie to rodzina tylko wychowalnia. Gdyby zapytać dzisiaj dzieciaków, czego najbardziej im brakuje, nie usłyszelibyśmy, że pieniędzy, dobrej edukacji czy trendy gadżetów. Usłyszelibyśmy, że brakuje im miłości. Zainteresowania i czasu poświęconego im przez rodziców. W naszej kulturze, nawet tej prymitywnej spod znaku pop, funkcjonuje taki stereotyp: w rodzinach ubogich jest więcej miejsca na tak zwane wartości fundamentalne. W tych bogatych na odwrót. Kto widział Charlie i fabryka czekolady wie o czym piszę. A może to nie jest żaden stereotyp, tylko prawda? Może dobrobyt dzisiejszych czasów niepostrzeżenie skradł nam to co najcenniejsze?