Dlaczego? Najbardziej rozwojowe pytanie.

Pytanie dlaczego? jest jednym z tych najczęściej stawianych przez człowieka. Na każdym etapie życia. Wymiennie z czemu? lub po co? Myślę, że można je uznać za najważniejsze pytanie świata.

Dla lingwisty to zaimek o dwóch znaczeniach. Występuje jako zaimek pytajny używany w zdaniach, w których pytający pyta o przyczynę lub cel jakiejś czynności, na przykład: dlaczego mi to zrobiłeś? lub jako zaimek względny używany w zdaniach podrzędnych określających przyczynę lub cel czynności. Na przykład: nie powiedziałeś, dlaczego mi to robisz.

A ja zauważam dwa inne znaczenia tego pytania. Oto one.

Dlaczego MNIE to spotkało?

U części populacji to pytanie ma zabarwienie użalająco – biadolące. Tutaj akcent jest położony na słowo MNIE. To ci, którzy uważają, że los potraktował ich niesprawiedliwie i że nic nie da się z tym zrobić. To ci, którzy zatrzymują się na tym głębokim poczuciu niesprawiedliwości i nie chcą lub nie potrafią pójść dalej. Generalnie pytanie dlaczego mnie to spotkało? staje się główną mantrą ich życia. Na tym pytaniu to ich życie jest dzień po dniu budowane. To tak zwane ofiary losu. Ultra toksyczna mentalność.

Ofiary losu za swoje kiepskie położenie obwiniają wszystko i wszystkich, tylko nie siebie. To rodzice nie dali mi dobrego startu, bo nie byli wystarczająco bogaci i ustawieni. To zawistni koledzy w szkole tłumili ich potencjał, a wredni nauczyciele po prostu klasycznie się uwzięli. Nie wygrywali szkolnych konkursów i olimpiad, bo komisje nie były obiektywne i wszystko było ustawione. Nie mają dobrej pracy bo są zbyt przyzwoici na udział w bezpardonowym wyścigu szczurów. Nie zrobili kariery zawodowej, bo kapryśny los nie zechciał się do nich uśmiechnąć. Albo – w ich żyłach nie płynie koszerna krew. Nie mają szczęśliwej rodziny, bo nikt nie potrafi ich zrozumieć. Nie są piękni ani zdrowi, bo widocznie Bogu nie zależy na ich szczęściu. Organicznie i ukrycie nienawidzą tych, którym się udało. I albo nie są tego świadomi, albo uważają, że mają do tego prawo. W obu przypadkach sytuacja skutkuje życiem w strasznym napięciu i niepogodzeniu.

Ofiary losu roszczą sobie prawo do uprzywilejowanego traktowania. Przede wszystkim oczekują współczucia i zrozumienia. W żadnym wypadku sugerowania, że być może chociaż część winy za zaistniały stan leży po ich stronie. Taką sugestię, nawet uczynioną z miłości, traktują jak oskarżenie. Żyć w ten sposób to tak jakby narobić na środku dywanu i mieć do wszystkich pretensje, że śmierdzi. Wybaczcie porównanie, ale wyjątkowo celne moim zdaniem. Takie życie to prawdziwa gehenna. Najsmutniejsze jest to, że większość z nas nosi w sobie okruchy takiej mentalności. Ja w każdym razie na pewno. Bierna postawa ofiary jest często naszą ucieczką. Kapitulacją. Zrzuceniem z siebie niewygodnego ciężaru odpowiedzialności. Jaskrawym przejawem wyhodowanego w dzieciństwie braku instynktu wojownika.

DLACZEGO mnie to spotkało?

To samo pytanie może mieć skrajnie odmienne zabarwienie. Analityczno – rozwojowe bym powiedział. Tutaj akcent jest położony na słowie DLACZEGO. Są tacy, którzy pytając dlaczego mnie to spotkało? wcale nie uprawiają taniej użalanki. Oni po prostu próbują szukać przyczyn porażki i coś z tym zrobić. To ci, którzy nieustannie drążą i nie godzą się z tym jak jest. O ile oczywiście jest źle. Bo jak jest dobrze, to nie ma co drążyć. To ci, dla których tatuowany slogan Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą nie jest tylko tatuowanym sloganem. Jest wciąż aktualizowaną, złotą regułą codzienności. Ci, dla których porażki nie są końcem świata, ale błogosławionym ciężarem umożliwiającym przyrost życiowej masy mięśniowej. To ci, o których można powiedzieć – kowale swojego losu. Nie koncentrują się zazdrośnie na innych, ale niestrudzenie szukają przyczyn swoich porażek by choć odrobinę zbliżyć się do czegoś, co moglibyśmy nazwać życiowym sukcesem. Kowale swojego losu jak już mają pretensje, to zwykle do siebie. Krytykę przyjmują z kamienną twarzą i starają się siłę jej uderzenia wykorzystać dla swojej korzyści. Robią wszystko, by nie siedzieć na rezerwowej ławce swojego życia, tylko grać i strzelać gole. To życiowi wojownicy.

Jing – jang?

Z którą z tych dwóch postaw bardziej się utożsamiasz? Powyżej napisałem dwie, bardzo czarno-białe charakterystyki. A, jak wiemy, rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała. W wymiarze norm moralnych oczywiście jest. Cnota jest biała, grzech czarny. Ale człowiek, który w jakiś niepojęty dla mnie sposób jest konglomeratem jednego i drugiego, nigdy nie będzie do końca biały, ani czarny. Nie piję tutaj bynajmniej do filozofii Jing-Jang. Najbardziej hardcorowe wyjaśnienie jej znaczenia (i najbardziej kojarzone) serwują nam newageowcy: Bóg i Lucyfer uzupełniają się, gdyż siły przeciwne są działaniem tej samej osobowości boskiej. Jakby ktoś nie wiedział co to jest herezja, to już wie. Ale są i takie wyjaśnienia tej filozofii, które lekko zalatują chrześcijaństwem. Chodzi o zwykły i oczywisty dualizm rzeczywistości. O to, że jest mężczyzna i kobieta, dzień i noc, śmiech i łzy. Wystarczy zacytować Koheleta i wszystko jest jasne:

Jest czas rodzenia i czas umierania, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas szukania i czas tracenia, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju. Koh3,2-8

Myślę, że dokładnie tak samo jest z pytaniem Dlaczego? Czasem pytamy dlaczego MNIE to spotkało? a czasem DLACZEGO mnie to spotkało? Czasem czujemy się źle potraktowani przez los, a czasem mamy energię, by ten los brać w swoje ręce. Widziałem nie raz Ronaldo wojownika, który triumfuje na boisku, ale i widziałem go jak płakał bezradnie schodząc z murawy pokonany. Wojownik ma prawo do pełnych żalu łez. Ale wojownik na tych łzach się nie zatrzymuje. Po otarciu ostatniej z nich zakasuje rękawy i walczy dalej. Aż do skutku.