Skala ma znaczenie. Jak rzeczy drobne przekładają się na duże?

Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? Łk 16,10-12

Czy ta reguła ma zastosowanie we wszystkich innych skalowaniach? Zobaczmy.

Skalowanie spożywcze

Lubię zupki chińskie. Na szczęście nie aż tak, by jadać je codziennie. Jedna, dwie na rok nie mają większego znaczenia. Tysiąc albo dwa tysiące już tak. Co zyskujemy jedząc je? Czas i pieniądz. Pozornie. O smaku nie piszę, bo to kwestie subiektywne. Znam takich, którzy (o zgrozo) wolą smak tego chińskiego badziewia od smaku zdrowego, niedzielnego rosołu mamy. Co tracimy? Wszystko. Bo przerzucając się na odżywianie torebkowe ostatecznie tracimy niewspółmiernie więcej czasu i pieniędzy na leczenie. Oczywiście kiedy po latach stosowania takiej diety bujamy się po lekarzach, nie wpadniemy na to, że współwinnym tego stanu rzeczy są chińskie zupki sprzed lat. Złe odżywianie jest jak bomba z opóźnionym zapłonem. Od ilu zupek na miesiąc zaczyna się problem? Nawet jedna zupka na rok jest problemem. Ale tak mikroskopijnych rozmiarów, że spokojnie można go olać. To trochę jak z teorią względności Alberta Einsteina. Upływ czasu jest uzależniony od prędkości poruszania się. Koleś jadący w Pendolino starzeje się wolniej niż ten, który siedzi na dworcowej ławce. W dużym skrócie. Ale przy takich prędkościach te różnice są tak minimalne, że nie mają żadnego wpływu na naszą rzeczywistość. Zabawa zaczyna się dopiero w okolicach prędkości światła. Więc tutaj w ramach szeroko rozumianego niepopadania w skrajności uznajmy, że zjedzenie jednej zupki chińskiej w roku jest dopuszczalne. To dopiero regularność stosowania pewnych działań daje największą siłę rażenia.

Skalowanie relacji

Koledzy muzycy, którzy spędzili połowę swojego zawodowego życia grając na statkach opowiadali mi często anegdotę o fazach relacji pomiędzy dwoma kolegami zalogowanymi w jednej kajucie.

  1. Koledzy poznają się. Spędzą ze sobą kilka miesięcy, więc poznać i polubić się jest warto. Jeden z nich to perkusista. Drugi gra na gitarze. Ten drugi ma swój instrument w kajucie. Gitara już tak ma, że można ją zabrać wszędzie. Perkusista na widok futerału uśmiech się: O, masz gitarę! Fajnie, będziesz mi grał. Uwielbiam gitarę. Nie ma sprawy – odpala gitarzysta. Jest super.
  2. Gitarzysta w końcu wyciąga instrument i gra. Zachwycony perkusista słucha z wypiekami na twarzy i komplementuje swojego współlokatora. Tak mija kilka kolejnych dni. Wciąż jest super.
  3. Perkusista już nie reaguje na grę kolegi. Tym bardziej, że gitarzysta trochę ćwiczy wykonując różne mozolne wprawki. Każdy robi swoje. Gitarzysta gra, a perkusista na przykład czyta książkę. Albo robi sobie kawę. Szału nie ma, ale wciąż jest ok.
  4. Kiedy gitarzysta sięga po instrument, perkusista niepostrzeżenie opuszcza kajutę. Że niby musi gdzieś wyjść, coś ważnego załatwić. W rzeczywistości do perkusisty dociera, że gra kolegi zaczyna mu przeszkadzać i go irytować. Sytuacja staje się niekomfortowa. Już nie jest ok.
  5. Perkusista w końcu postanawia szczerze z gitarzystą pogadać. Ten wysłuchuje, ale odpowiada: sorry, ale muszę gdzieś ćwiczyć, a kajuta to jedyne takie miejsce na statku. Perkusista przynosi sobie do kajuty werbel. Teraz ćwiczą już oboje. Sytuacja wymyka się spod kontroli.
  6. Gitarzysta pod nieobecność perkusisty wyrzuca werbel za burtę. Doprowadzony do furii właściciel werbla na oczach gitarzysty rozwala jego instrument. Rozpętuje się wojna. Oboje zostają dyscyplinarnie odesłani do domów. Resztę dogadują na sądowych salach.

Pandemia pokazała nam realia skalowania w relacjach. Oto z najbliższymi osobami, które kochamy i za które chętnie oddalibyśmy życie, musieliśmy spędzić kilka miesięcy przez 24 na dobę. Pewna żona z nutą ironii powiedziała, że mrugnięcie powiek jej męża po kilku miesiącach lock downu stało się hałasem nie do zniesienia. Stać nas na to, by na krótką chwilę być miłym nawet wobec kogoś za kim nie przepadamy. Ale jeśli chcemy z kimś spędzić całe życie, to taka strategia się nie sprawdzi. Tutaj trzeba miłości.

Skalowanie w sporcie

Tak jak w muzyce i każdej innej dziedzinie, gdzie trzeba ćwiczyć. Dziesięć pompek przez trzy dni niczego nie zmieni. Zakwasów tylko sobie można narobić. Pompowanie przez miesiąc już coś może poruszyć. Przez pół roku dać widzialne zmiany. I tak dalej. Często ludzie są zgorszeni tym, że muzyk zarabia za jeden koncert tyle, co pracownik fabryki przez miesiąc. Pomijam patologię zjawiska celebryckości w naszym świecie i to, że wielkie pieniądze najczęściej dostają ci najbardziej znani, a nie najbardziej zasłużeni. Ale gdyby muzyk wycenił swój czas, który musiał poświęcić na przygotowanie tego koncertu zgorszenie ulotniłoby się jak gaz z piwa. Skalowanie intensywności uprawiania sportu to osobny problem. Powiadają, że sport to zdrowie. Nie zawsze. Sport zawodowy, ekstremalny, wyczynowy to rujnowanie zdrowia. Tutaj od zdrowia ważniejszy jest sukces.

Skalowanie moralne

Wracamy do cytatu z początku: Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny. Zawsze kiedy widzę człowieka przechodzącego przez jezdnię na czerwonym świetle, bo akurat nie jedzie żadne auto, nie widać policji, a on nie nie potrafi cierpliwie zaczekać tych kilku sekund na zielone, mam jedną myśl: nie chciałbym, aby ktoś taki był moim księgowym. Może niesprawiedliwie sądzę, no ale tak mam. Wierzę bowiem bardzo w prawdziwość tej biblijnej zasady. Oskarżamy polityków o to, że ulegają korupcji, dokonują malwersacji finansowych czy wykorzystują luki w prawie dla prywatnych korzyści, zapominając o jednej rzeczy – oni są jednymi z nas. Zapytajmy siebie czy my, szarzy obywatele tego kraju, nie mamy sobie nic do zarzucenia w temacie przestrzegania prawa w jego najbardziej banalnych przejawach. Masz w samochodzie zestaw do rozmawiania przez telefon? A co z prywatnym jeżdżeniem na firmowym paliwie? Płacisz wszystkie podatki tak jak trzeba? A śrubkę z Castoramy zdarzyło ci się kiedyś wynieść w kieszeni? Pracowałeś dokładnie tyle ile zdeklarowałeś? Abonament telewizyjny płacisz? A maseczkę wszędzie tam gdzie trzeba zakładasz? Odnajdujesz się choćby w jednym z tych problemów? Ja tak. Politycy rodzą się w takim właśnie społeczeństwie. Społeczeństwie, które w drobnych sprawach wierne nie zawsze bywa. Więc nie dziwmy się, że politycy, którym zostają powierzone sprawy wielkie, też bywają niewierni. Sami ich tego nauczyliśmy.

Bóg widzi

Przed Nim nie da się niczego ukryć i go oszukać. Więc oszukujemy siebie, stosując relatywne skalowanie moralne. Grzech nazywamy drobnym niedociągnięciem. Tak drobnym, że w zasadzie kompletnie nieistotnym. Ignorujemy go, ale on nie ignoruje nas. Nie ma dla grzechu lepszego środowiska do wzrostu, niż zignorowanie go. I tak pęcznieje jak kleszcz wpity w ciało człowieka. Do tego wspomaga rodzenie się nowych. Po czasie mały problem staje się wielkim dramatem. Święci mają świadomość tego mechanizmu jak nikt. Oni widzą wyraźnie, z jakim niebezpieczeństwem wiąże się jeden, mały, niepozorny grzeszek. Jest jak mała szparka w potężnej tamie. Ostatecznie tama pęknie. Kwestia czasu. Małe jest nie tylko piękne. Jest też ważne.