Co jest w życiu najważniejsze?

Często stawiane pytanie. Różne odpowiedzi. Różne punkty widzenia. Sam pisałem o tym nie raz. Zdrówka, bo to najważniejsze! Założę się, że dziesiątki, może setki razy słyszałeś tą magiczną frazę, kiedy ktoś za ciebie decydował, co powinieneś w życiu postawić na pierwszym miejscu. Straszny banał.

Powiadają też, że najważniejsza jest rodzina. To zależy jaka. Niektóre są piekłem na ziemi i takie życzenia zakrawają na nietakt. Są i tacy, którzy bez wahania mówią, że najważniejszy jest Bóg. Dosyć górnolotnie. I w sumie słusznie. Tylko co to znaczy, że Bóg jest na pierwszym miejscu? Bo to nie jest takie hop siup. To bardzo poważna deklaracja. Często jedynie deklaracja. Dla religijnego oszołoma, który w imię Boga wyżyna wszystko co się rusza inaczej niż on, wbrew pozorom Bóg nie jest na pierwszym miejscu. Jest na ostatnim. Na pierwszym jest jego prymitywny, agresywny egoizm.

Zanim napiszę co ja uważam w życiu za najważniejsze, przyjrzyjmy się pewnej teorii na ten temat.

Piramida Maslowa

Abraham Maslow swoją psychologiczną teorię Hierarchia potrzeb opublikował w 1943 roku. To od tego czasu funkcjonuje coś takiego jak Piramida Maslowa. Ma nam ona uświadomić co w życiu jest bardziej i mniej ważne. Hierarchia potrzeb przedstawia się następująco:

  1. fizjologia
  2. bezpieczeństwo
  3. przynależność
  4. szacunek
  5. samorealizacja

Fizjologia

Zaspokojenie tych potrzeb jest najbardziej konieczne. Bo jeśli tego nie zrobimy to umrzemy i o celach wyższych nawet nie zdążymy pomyśleć. Musimy zjeść, napić się, wyspać i odwiedzić WC. Maslow do tego worka wrzuca też seks. No nie wiem. Czy rzeczywiście można umrzeć z braku seksu? Jeśli tak, to katoliccy księża, buddyjscy mnisi i wiele innych grup zdeklarowanej wstrzemięźliwości znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Ale jakoś żyją. No chyba, że Maslow miał na myśli sytuację, w której cała ludzkość rezygnuje z seksu. Wtedy rzeczywiście jest po nas. O co zresztą postulują antynataliści. Potrzeby fizjologiczne to te z podstawy piramidy. Idźmy wyżej.

Bezpieczeństwo

To z pewnością ważna rzecz w naszym życiu. Chcemy się czuć bezpiecznie. W każdym tego słowa znaczeniu. To ta potrzeba sprawia, że unikamy spacerów ciemnymi ulicami, do wejściowych drzwi montujemy porządny zamek i nie szalejemy na drogach. Przynajmniej niektórzy z nas :-). To w tej potrzebie zakorzenione są nasze kultowe życzenia zdrowia i pieniędzy. Ze zdrowiem to jest tak, że dopóki je mamy, za bardzo o nim nie myślimy. Zaczynamy o nie dbać, kiedy wymyka nam się z rąk. W punkt ujął to leżący na łożu śmierci Steve Jobs: traktuj swoje jedzenie jak lekarstwo. W przeciwnym wypadku lekarstwo będzie twoim jedzeniem. Z pieniędzmi jest trochę inaczej. Potrafią być dla nas najważniejszą rzeczą w życiu niezależnie od tego czy je mamy czy nie. Taka to już jest moc mamony. Idziemy piętro wyżej.

Przynależność

To już potrzeba z wyższej półki. Wynika bezpośrednio z transcendentnego powodu dla którego człowiek znalazł się na planecie Ziemia. Człowiek zaistniał z miłości i dla miłości. Relacja oparta na miłości może być dla niejednego najważniejszą rzeczą w życiu. I ja to rozumiem. Pierwszy środowiskiem, gdzie ta relacja może się zrodzić jest oczywiście rodzina. Małe dziecko odczuwa silną więź z rodzicami. Jeżeli w tej materii jest coś nie halo, to w dorosłym życiu mogą być problemy. Typu samotność, lęki społeczne czy niezdolność budowania zdrowych związków. Poczucie przynależności zahacza też o naszą potrzebę z niższego poziomu – potrzebę bezpieczeństwa. Będąc akceptowanym członkiem jakiejś grupy czujemy się po prostu bezpiecznie. I często dla tego bezpieczeństwa właśnie w niej tkwimy. Tak bywa we wspólnotach religijnych. Trwamy w nich, ale kiedy nasze relacje z resztą grupy zaczynają konkretnie szwankować – odchodzimy. Oznacza to jedno: byliśmy tam dla ludzi, a nie dla Boga. Idziemy piętro wyżej.

Szacunek

Tu już naprawdę nie ma żartów. Na pytanie: co jest dla ciebie w życiu najważniejsze? rzadko słyszy się odpowiedź: poczucie własnej wartości. Bo co, boimy się posądzenia o szczyty pychy? Naprawdę nigdy nie słyszałem, by ktoś tak odpowiedział. Dziwne. Kto wie, czy to nie jest ważniejsze niż pieniądze, przynależność do adorującej nas społeczności czy nawet zdrowie. Życie bez szacunku wobec samego siebie i bez poczucia własnej wartości to prawdziwa gehenna. Wtedy nic się nie zgadza. Dlaczego to jest takie ważne? Dlatego, że Bóg nas tak skonstruował. Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Mk 12,31. Tu jest cała prawda. Pokochać siebie to punkt wyjścia do budowania wszystkich innych relacji. Im mniejsze mamy poczucie własnej wartości, tym bardziej domagamy się od innych by nam ją okazywali. Tym większą tragedią jest dla nas krytyka innych. Nawet nieznaczna. Tym większych i bardziej spektakularnych rzeczy chcemy dokonywać. Dla uznania, prestiżu, sławy. Dla zasypania tej przerażającej nas otchłani braku poczucia własnej wartości. Im bardziej akceptujemy i kochamy siebie, tym bardziej mamy wywalone na to co inni o nas myślą. To się nazywa szczęście. Jest jeszcze jedno. Kochać siebie, to patrzeć na siebie oczami Boga. Najbardziej uzdrawiające doświadczenie życia. Taki jest korzeń DOBREJ miłości własnej – kocham siebie, bo kocha mnie Bóg i jestem dla niego wartościowy. To wystarczający powód by poczucie własnej wartości rozkwitło w nas jak hortensja. I co najważniejsze – nie muszę nic robić, by tak było. To tajemnica Miłości Nieskończonej. A ZŁA miłość własna? To ta, która wynika z porównywania się z bratem. Im jestem od niego lepszy, tym bardziej kocham siebie. Diabelskie nasienie.

Samorealizacja

Tutaj najłatwiej wpaść w pułapkę. Egoizmu rzecz jasna. Dzisiaj realizacja tej potrzeby kojarzy się głównie z osiąganiem wyżyn własnych możliwości. Z totalnym zaspokojeniem swoich pragnień. Z podporządkowaniem wszystkiego swoim marzeniom o potędze. Obecny w człowieku potencjał domaga się urzeczywistnienia. Ten cytat stanowi podstawę potrzeby samorealizacji. Mamy do czynienia z pragnieniem, by stać się najlepszym i osiągnąć wszystko co możliwe. Messi to dobry przykład. Podobno odchodzi z Barcelony. W świecie piłkarskim to trzęsienie ziemi. To tak, jakby nasz Franciszek poszedł na przykład do buddystów. Czytam o tym co chwilę. W grę wchodzą potworne pieniądze. Typu 700 mln euro. Nie wiadomo, kto ma z tej kasy wyskoczyć. I oto czytam, że kibice chcą zrobić zrzutkę na Messiego. Tylko nie wiem czy chodzi im o to, by genialny Argentyńczyk został w Barcy czy o to, by nowy klub miał go za co kupić. To jest chore. Potrzeba samorealizacji jest jak tunel bez końca. Jak wciąż rozrastający się tasiemiec karmiony patologiczną chciwością. Potrzeba samorealizacji może okazać się takim zniewoleniem, że jesteśmy gotowi z jej powodu zaniedbywać potrzeby z niższych pięter piramidy. Serio. Ludzie owładnięci swoją pasją są w stanie zapomnieć o jedzeniu, spaniu, rodzinie i własnym bezpieczeństwie. Oczywiście Maslow i jego piramida doczekał się krytyki. Samorealizacja nie musi wynikać z pobudek egoistycznych. Może nią być  na przykład może być służba innym. Czyli altruizm.

Najważniejsza rzecz w życiu

Jeżeli życie jest drogą (a jest), to co jest najważniejszą rzeczą na niej? Czaderskie widoki, wygodne buty, porządny prowiant, spotkani ludzie, bezpieczny nocleg? Podczas tej drogi naprawdę sporo może się wydarzyć. Sporo można przeżyć, sporo doświadczyć. Wiele spraw przykuwa naszą uwagę. Jedne bardziej niż inne. Tak w naszych sercach kształtuje się hierarchia ważności. Są rzeczy dla których jesteśmy w stanie się zatrzymać. A nawet cofnąć się o kilka metrów. Na naszej drodze możemy spotkać ludzi, którzy przesłonią nam cały świat. Zapalić się do rzeczy, którym poświęcimy resztę naszej drogi. Pisałem o rzeczach dobrych. A życie składa się i z tych złych. Co w takim razie jest najważniejsze? Zawsze to samo. Najważniejszą rzeczą każdej drogi jest DOTRZEĆ DO CELU. Wszystko inne to rzeczy drugorzędne. Towarzyszące. Wspomagające. Przejściowe. Ważne, ale nie najważniejsze. Im bardziej pomagające osiągnąć cel naszej podróży, tym ważniejsze. Dobrze, że idziesz. Ale najważniejsze jest to dokąd idziesz. No i to by tam w końcu dojść.