Człowiek jest tyle wart, ile jest w stanie kochać

Z mądrymi sentencjami to jest tak, że im chętniej się nimi zarzucamy, tym łatwiej zapominamy o co w nich tak naprawdę chodzi. Cytat ze świętego Augustyna jest z pewnością taką sentencją. Jeżeli rzeczywiście jesteśmy warci tyle, ile jesteśmy w stanie kochać i jeżeli podpisujemy się obiema rękami i nogami pod augustynową mądrością, to musimy uczciwie przyznać: nic nie jesteśmy warci 🙁

Niewykonalne zadanie

Chrześcijaństwo takim jest. Niemożliwym dla człowieka jest żyć tak, by w 100% podobać się Bogu. Niemożliwym dla człowieka jest bezbłędne przestrzeganie choćby jednego z dziesięciu przykazań Dekalogu. Niemożliwym dla człowieka jest kochać. A skoro człowiek nie potrafi kochać, to (zgodnie z diagnozą św. Augustyna) nic nie jest wart. Zbulwersowałem kogoś? Żeby nie być goło – za przeproszeniem – słownym:

Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki. 1 J,1

Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, Rz 3,23

To wszystko jest prawdą. Jest tylko jeden szczegół, o którym świadomie nie wspomniałem. Człowiek nie jest w stanie kochać o własnych siłach. Jezus nie schodził na ziemię po to, by błysnąć geniuszem doskonałego wypełnienia Bożego prawa i wpędziwszy nas w kompleksy wrócić do nieba. On to zrobił po to, byśmy w tym Jego wypełnieniu mieli udział. I byśmy w obfitości, kiedyś tam, mogli bez jakichkolwiek limitów korzystać z owoców tego wypełnienia.

Nie wszystko stracone

Nie jesteśmy w stanie kochać o własnych siłach, ale możemy sensem życia uczynić nasze dążenie do tego ideału. Kiedy ktoś mi mówi, że dobrymi chęciami jest wybrukowane piekło, to mówię mu, że nie ma racji. Dobrymi chęciami jest wyścielone niebo! Sprecyzuję: pełnymi dobrych chęci staraniami. Dokładnie tak. Bóg nie będzie u bram raju zadawał nam retorycznych pytań z cyklu czy kochałeś? Bo wiadomo, że nie. Zapyta: czy zrobiłeś wszystko co mogłeś, by kochać? To ma sens. Taka sytuacja: ojciec trzyletniej dziewczynki ma urodziny. Dostaje od córki laurkę – nabazgrany niezdarną kreską wizerunek tatusia z ledwo czytelnym podpisem: Kocham Cię! Ojciec płacze ze szczęścia. Nie dlatego, że rysunek jest taki piękny. Bo nie jest. To zwykłe bazgroły. Ojciec płacze, by widzi, ile trudu jego córeczka włożyła w to, by laurka była najpiękniejszą laurką na świecie. Bo widzi, ile w tych bazgrołach jest miłości. Kiedyś i ja wręczę Ojcu Niebieskiemu nabazgrany niezdarną kreską pejzaż swojego życia. Ufam, że Ojciec uroni choć jedną, małą łezkę.

Nieświęty święty

Ktoś zarzucił świętemu Janowi teologiczną schizofrenię. Bo raz mówi (św. Jan): kto twierdzi, że nie ma grzechu ten jest kłamcą. A innym razem: kto trwa w Bogu ten nie może grzeszyć. To jak to jest? Sprawa jest jasna jak słońce. Mamo to nie jest to samo co tato. Święty to nie jest to samo co bezgrzeszny. Święty to ktoś, kto zrobił wszystko by bezgrzesznym być. Zamiast połykać kolejnego mrożącego krew w żyłach Mróza albo Wiedźmina, polecam Żywoty Świętych. Nie dość, że równie mrożące, to jeszcze do tego prawdziwe. Poziom łobuzerki w szeregach Świętych Kościoła robi wrażenie. Czasem nawrócenie i przejście na jasną stronę mocy potrafi zmienić cały system operacyjny człowieka. Mam na myśli metamorfozę z diabełka w aniołka. Powierzchownie rzeczywiście może to tak czasem wyglądać. Ale je staram się być realistą. Grzesznikiem jest się przez całe życie, a nie do tak zwanego nawrócenia. To co się zmienia? Dwie rzeczy: świadomość grzechu i walka z nim. Bez Ducha Świętego nie mamy szans na to, by wyraźnie zobaczyć jak bardzo mijamy się z dekalogiem. Bez Ducha Świętego nie mamy szans by coś z tym mijaniem zrobić. Wracam do janowej schizofrenii teologicznej. Tam nie ma żadnej schizofrenii. Świętą prawdą jest to, że pełne zanurzenie w Bogu uniemożliwia popełnienie grzechu. Tylko kto z nas dał takiego nura? Nikt. Poza tą Jedną jedyną, pełną łaski, której Wszechmocny uczynił wielkie rzeczy. Reszta o takim pełnym zanurzeniu może jedynie pomarzyć. Pozostaje nam pokornie przyjąć prawdę o naszej grzeszności i radować się tym, że ta grzeszność w żaden sposób nie może zagrozić Bożej miłości do nas.

Nie jest aż tak źle

Człowiek nie jest w stanie kochać doskonale. To już wiemy. Ale to nie znaczy, że nie jest w stanie wykrzesać z siebie choćby jednej małej miłosnej iskierki. Z Bożą pomocą rzecz jasna. Są ludzie, którzy buchają całymi płomieniami miłości. Mówiłem już, że porównywanie się do innych to wyjątkowo diabelskie nasienie? Każdy z nas jest inny. Więc Bóg nie może oczekiwać od każdego z nas tego samego. Tym bardziej my nie możemy oczekiwać od siebie tego, na co stać innych. Iluż młodych polskich piłkarzy patrzy dzisiaj z podziwem i zazdrością na to, co wyprawia Lewandowski. Ale to nie jego zasługa. Wróć. Lewy zrobił wszystko by dotrzeć na szczyt, na którym teraz jest. Nikt tego nie kwestionuje. Ale środowisko w jakim wzrastał, wrodzone predyspozycje, historia życia i wiele innych czynników, których sobie nawet nie uświadamiamy, to nie są rzeczy, które wywalczył. On je po prostu dostał za totalną darmochę. Ze świętymi jest podobnie. Ktoś dostał jakiś tam potencjał świętości i warunki, w których ta świętość może zaowocować. Garść przykładów, kiedy te owoce były wyjątkowo dorodne.

Topowi święci

Edyta Stein w wieku 14 lat oficjalnie wyparła się wiary w Boga. Przeczytaliście uważnie? Święta Kościoła Katolickiego WYPARŁA się wiary w Boga! Była dobrze ustawioną żydówką z perspektywą błyskotliwej naukowej kariery. W czasie I Wojny Światowej przeżyła duchowe rozdarcie. To wtedy wpadła jej w ręce gruba książka: Życie św. Teresy z Avila. Sama tak to wspomina: Zaczęłam czytać, zachwyciłam się natychmiast i nie przerwałam lektury, aż do jej ukończenia. Gdy zamknęłam książkę, powiedziałam sobie: To jest prawda. Przeszła na katolicyzm, a trakcie II Wojny Światowej trafiła do hitlerowskiego obozu zagłady w Oświęcimiu. Razem ze swoją siostrą zagazowana 9 sierpnia 1942 roku. Joanna d’Arc nazywana jest świętą w rycerskiej zbroi. Podczas swoich mistycznych widzeń Bóg powierzył jej misję wyprowadzenia Francji spod panowania Anglików. Misja została podjęta. Joanna z miłości do ojczyzny oddała życie. Została skazana i spalona na stosie gdy miała zaledwie 19 lat. Maria Magdalena to świetny przykład na to, że nigdy nie jest za późno by się nawracać. I na to by kochać prawdziwie. Jeden z największych łobuzów w zacnym gronie świętych. Najbardziej znana nierządnica świata, opętana przez siedem demonów. Dla Boga naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych. Magdalena ze wszystkich sił przylgnęła do Jezusa. Porzuciła dotychczasowe, grzeszne życie. Towarzyszyła Jezusowi aż do krzyżowej agonii. To ona a nie apostołowie pierwsza widzi pusty grób i rozmawia ze Zmartwychwstałym. Topowi święci często żyją obok nas. To ci, którzy w ukryciu umierają dla innych. To ci, którzy kochają i niczego w zamian nie oczekują. Na tym właśnie polega kochanie.

Człowiek jest tyle wart, ile jest w stanie kochać

Jeden z wielu paradoksów chrześcijańskich: im więcej tracisz, tym więcej otrzymujesz. Kochać to znaczy być zafiksowanym na punkcie szczęścia drugiej osoby. To znaczy trwonić swój własny potencjał dla czyjegoś dobra. Kochać znaczy funkcjonować zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Czyli powołaniem. Jesteśmy stworzeni z miłości i dla miłości. Tylko kochając i będąc kochanym możemy uwolnić pełnię naszego człowieczego potencjału. A ponieważ z miłością często nam nie po drodze (bo zbyt wymagająca albo wręcz absurdalna) wypełniamy nasze życie egoistycznymi popierdółkami.

Niedawno rozmawiałem ze wspólnotowym bratem o rozterkach wiary. I stwierdziliśmy, że kiedy zgaśnie nasza wiara, gorliwość i wszelki pobożnościowy zapał, ostatnim bastionem (ufam, że nigdy niezdobytym) pozostanie zachwyt nad fenomenem miłości. Tej z najwyższej półki. Tej najczystszej. Tej Jezusowej. Mając odrobinę serca i rozumu, nie można nie odkryć tego, że miłość jest najwyższym szczytem na jaki człowiek jest się w stanie wdrapać.