Dzień „zupki chińskiej”. Czy dzięki niej żyje nam się łatwiej?

Dziś obchodzimy Dzień Zupy Błyskawicznej. Skąd tak kuriozalne święto? To na pamiątkę wprowadzenia na rynek w dniu 25 sierpnia 1958 r. makaronu błyskawicznego, którego wynalazcą był pewien Japończyk. To trochę ironia, że dziś potrawę na jego bazie nazywamy zupką chińską (to oczywiście z racji masowej produkcji tego wynalazku). Czy takie rzeczy rzeczywiście poprawiają nasze życie?

Niby drobna rzecz, ale zapoczątkowała erę błyskawicznych potraw. Podobne wynalazki spożywcze to sos z „papierka”, ziemniaczki puree w kubku i masa innych „instantów”. Zalewasz i masz. Wg bimkal.pl w Polsce rocznie zjadamy ok. 300 mln tzw. zupek chińskich. To mniej więcej 8 zupek rocznie na Polaka, choć pewnie swoich miłośników potrawy te znajdą głównie w gronie studentów i szybko żyjących singli. Zupki te przygotowujemy szybko i zapychamy nimi brzuchy, choć niestety nie dostarczamy organizmowi zbyt wielu składników odżywczych. Jednak, jeśli cenimy swój czas, to czy jest to dobre rozwiązanie?

Temat możemy rozszerzyć też na inne sfery życia i udogodnienia. Korzystamy z narzędzi technologicznych, jak smartfony, które przyśpieszają komunikację, używamy planerów, organizerów zadań, dokonujemy płatności online bez wychodzenia z domu, a wszystko po to, żeby zaoszczędzić swój cenny czas. Czy się to nam udaje?

Błędne koło

Wszystko ma niestety swoje dwie strony. Łatwiejsza komunikacja telefoniczna, to częstszy powód do dzwonienia, nawet z tzw. „duperelą”. Do tego rynek usług musi być regulowany, podpisujemy umowy, dzwonią do nas konsultanci z ofertami… Jeśli chcemy korzystać z banku online, co dziś jest standardem, to sprawy mają się jak z telefonami, tyle że biurokracja sięga dość daleko do naszego życia. Dochodzi ochrona danych osobowych, systemy informatyczne w których się zabezpieczamy… Kolejne elementy dochodzą do układanki i cały system nam się rozrasta. Urzędy muszą tę rzeczywistość ogarnąć, a prawo regulować.

Podobnie z zupkami czy fast foodami. Może i zjesz szybko, ale zaczynają się po czasie problemy ze zdrowiem. Musisz więcej czasu poświęcić na ćwiczenia, albo chodzenie do lekarza (zwyrodnienia, krążenie…). Czy więcej czasu nie zaoszczędzilibyśmy, przygotowując normalne posiłki i jednocześnie spędzając czas z bliskimi na rozmowie? Ciekawe, czy ktoś próbował badać ten temat.

Efekt jest jednak taki, że mówi się nam, że mamy wszystko na wyciągnięcie ręki, załatwiamy błyskawicznie, a tak naprawdę kręcimy się w śniegowej kuli, która tylko przyśpiesza i zagarnia więcej śmieci po drodze.

Nie chodzi o to, by być Amiszem

Oczywiście, udogodnienia są przydatne, wszystko jest dla ludzi – jak to mówią. Ale czy wszystkiego naprawdę potrzebujemy? Ile czasu i energii poświęcamy na samo tworzenie usprawnień, które potem nam one przynoszą, a na ile to tylko ułuda optymalizacji? Nie chodzi o to, żeby odrzucić technologię i powrócić do jazdy konnej, czy samodzielnego wytwarzania makaronu. Zresztą wiele rzeczy byłoby dziś niemożliwych, bo jest nas na ziemi zbyt wielu i to, co sprawdzało się w małej skali, nie sprawdzi się w wielkiej. Na wiele globalnych procesów nie mamy wpływu, bo trudno sobie np. wyobrazić brak konta bankowego czy telefonu (o ile nie żyjemy w buszu i nie polujemy na dziczyznę). Mimo to miejmy otwarte głowy i zastanawiajmy się często, co jest nam potrzebne, a co nie. Za św. Pawłem powiemy, że wszystko możemy, ale nie wszystko przynosi nam korzyść.