Co będzie jeśli?

Na przeszłość nie mamy wpływu. Prawda czy fałsz? Okazuje się, że jednak fałsz. Tu i teraz decydujemy o tym, czym będą dla nas wydarzenia minionych dni i lat. Tu i teraz możemy upokarzającą porażką z przeszłości zamienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w cenną i rozwijającą lekcję na przyszłość. A na buńczucznie odtrąbione zwycięstwo spojrzeć jak na przyjęty z pokorą dar. Faktów nie zmienimy. Ale do końca życia mamy możliwość zmiany sposobu ich przeżywania. I to jest dla nas dobra wiadomość.

Największa porażka

Pewne rzeczy trzeba ustalić. Na przykład to – największą porażką człowieka jest GRZECH. Nawet jeśli człowiek tak nie uważa. Nie musi. Do pewnych rzeczy się dojrzewa. Dziecko też nie od razu wie, co jest dla niego najlepsze i najgorsze. Grzech zrywa naszą subtelną, bezpośrednią relację z Bogiem. No i z mocy prawa automatycznie zaciąga na nas wyrok potępienia! Brrrr. Jeżeli rzeczywiście tak jest, to grzech jest największą porażką człowieka. A jest: Albowiem karą za grzech jest śmierć. Rz 6,23. No i co zrobić z faktem grzechu, który bądź co bądź, dotyczy każdego z nas? Co zrobić z tak niewygodną przeszłością? Można siąść, płakać i rozważać w nieskończoność scenariusze z cyklu co by było, gdyby…

Co by było, gdyby

To bezproduktywne i niebezpieczne spoglądanie się za siebie. Niebezpieczne, bo grozi na przykład zamianą w słup soli, jak to się przytrafiło żonie Lota. Zamienić się w słup soli czyli… zamrzeć z przerażenia. W sensie dosłownym taka zamiana raczej nas już nie dotyczy. Ale paraliżujące gdybanie i zadręczanie się jak najbardziej. Grzechy, które popełniliśmy, demony przeszłości, kompromitujące karty z naszej historii to ciężki bagaż każdego z nas. Coś trzeba z nim zrobić, bo inaczej to on zrobi coś z nami. Architekt naszych duchowych upadków serwuje dwa wyjścia. Albo całkowicie wyprzeć świadomość grzechu i żyć tak, jakby nigdy nic, albo pozwolić, by oskarżająca świadomość jego popełnienia sprowadziła nas do parteru. Sam nie wiem co gorsze. W oparciu o myśl co by było gdyby napisano niejedną książkę i nakręcono niejeden film. To gdybanie można sprawdzić w praktyce, kiedy możliwym staje się podróżowanie w czasie. Wehikuł czasu Wellsa, Powrót do przyszłości Zemeckisa czy Efekt motyla Bressa, choć są kulturowym produktem z gatunku science fiction, mówią nam jedną prawdę: lepiej nie gdybać. Zwłaszcza Efekt motyla dobrze ilustruje moją tezę z początku tekstu: fakty są ważne, ale ważniejsze jest to, jak je przeżywamy.

Nie ma tego złego

O szczęśliwa wina, skoro zgładził ją tak wielki Odkupiciel! Za każdym razem, kiedy śpiewam ten fragment paschalnego orędzia wyczuwam jakiś paradoks. Cóż, mój Bóg jest Bogiem paradoksów. Król, który służy. Sędzia, który na sobie samym wykonuje zasądzony wyrok. Wszechmocny, który potyka się i upada jak ostatnia łamaga. Pan życia, który ląduje na cmentarzu. Mój Bóg chce, byśmy zmienili patrzenie na naszą grzeszną przeszłość. Ani nie mamy udawać, że jej nie było, ani nie mamy się nią pałować. Znów ta równowaga. Dopóki nie spotkasz Jezusa, grzech jest uzasadnionym powodem najbardziej dołujących gdybań. Ale od spotkania z Nim wszystko może się zmienić. Jeśli tylko sobie na to pozwolisz. Wina jest winą, ale dzieło Odkupienia to tak niesamowity fakt, że największa nawet wina nie jest w stanie go przyćmić. Patrząc na krzyż słowa o szczęśliwej winie przestają być paradoksem. Stają się próbą opisania słowami największej miłości we Wszechświecie.

Donkiszoteria

To życiowa postawa ogarniętych pragnieniem walki o nierealne cele marzycieli, którzy ponad rozsądek i zachowawczą kalkulację przedkładają entuzjastyczną wolę działania. Nawet jeżeli jego skuteczność stoi pod wielkim znakiem zapytania. Postać Don Kichota powszechnie wywołuje uśmieszek politowania. W Oświeceniu już tak było. Widziano w nim głównie ofiarę literackich fantazji, które uczyniły z niego megalomana i odrealnionego fanatyka. Był symbolem wojny pomiędzy wybujałą fantazją a racjonalnym rozumem. Dopiero w Romantyzmie spojrzano na niego inaczej. Zauważono arcyszlachetność jego natury, która kazała mu za wszelką cenę bronić swoich ideałów. Nawet kiedy było to nierozsądne i skazane na porażkę. Młodych wojowników Powstania Warszawskiego ktoś nazwał Don Kichotem swoich czasów. Owszem, są tacy dla których był to bezsensowny, skazany na porażkę akt walki z wielkim, niemieckim wiatrakiem. Ale to są odosobnione opinie. Żołnierze, którzy 1 sierpnia 1944 roku ruszyli w Warszawie z motyką na słońce są dzisiaj powszechnie traktowani jak Bohaterowie. Nie pomimo tego, że walka o ideały okazała się silniejsza niż widmo pewnej porażki. Właśnie dlatego.

Dopóki walczysz

Potrzeba nam w życiu dobrej donkiszoterii. Życia ideałami i zasilanego uporem maniaka dążenia do ich realizacji. Potrzeba nam błogosławionej umiejętności ignorowania racjonalnych sygnałów naszego małego, wystraszonego rozumu i porad mądralińskiego otoczenia. Lepiej zawalczyć i przegrać, niż nie walcząc dowiedzieć się, że mogliśmy wygrać. A jak jest nie dowiemy się dopóki nie spróbujemy. Nawet jeśli mamy za sobą 99 przegranych bitew z różnymi życiowymi wiatrakami, nie możemy być pewni, że bitwa nr 100 też będzie przegraną. A jak przegramy tą nr 100, to przed nami ta nr 101. I tak dalej. W końcu odkryjemy tajemnicę: walka jest ważniejsza od zwycięstwa. Nasza kultura naszpikowana jest hasłami typu: Człowieka można zniszczyć, ale nie można go pokonać. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Wypisujemy je na ścianach i demotywatorach. Tatuujemy się nimi i dedykujemy znajomym. Super, ale może pójdźmy krok dalej i zacznijmy nimi żyć by sprawdzić czy to w ogóle działa. Każda porażka jest nieodwracalnym faktem. Ale to, czy ten fakt stanie się kolejnym kamieniem na grobie naszych marzeń czy kolejnym krokiem do ich realizacji zależy już tylko od nas. Więc nie pytajmy siebie: co by było gdyby? Pytajmy raczej: co będzie, jeśli? I sprawdźmy to.