Czyja opinią należy się przejmować?

Jeżeli jesteś osobą, która zawsze stara się być miła i życzliwa, jeżeli zawsze jesteś zgodny, pobłażliwy i niekonfliktowy, jeżeli czujesz w sobie silną potrzebę zadowalania innych kosztem samego siebie, jeżeli jak ognia unikasz sprawiania innym kłopotów i przykrości, jeżeli stajesz na głowie by inni postrzegali cię jak kogoś dobrego, miłego i szlachetnego, jeżeli dobre samopoczucie innych jest dla ciebie ważniejsze od własnego, jeżeli czujesz się odpowiedzialny za kreowanie nastrojów otoczenia, jeżeli czyjaś krzywa mina wpędza cię w poczucie winy i momentalnie uruchamia w tobie neurotyczną potrzebę by coś z tym zrobić, jeżeli krytyka innych jest dla ciebie końcem świata, którego nawet za cenę samego siebie jesteś gotowy uniknąć, to znaczy, że masz problem.

Kiedy byłem małym chłopcem, hej!

Nie jest żadną tajemnicą, że źródła naszych dorosłych postaw biją w dzieciństwie. Usłyszysz to od każdego szeregowego psychologa, wyczytasz w każdym poradniku. Jak się dobrze zastanowisz, to sam wpadniesz na to, że tak właśnie jest. Jeżeli w naszym rodzinnym domu panowała jakakolwiek przemoc, fizyczna czy emocjonalna (choć fizyczna z automatu ma w pakiecie tą emocjonalną), to małe dziecko zawsze będzie robić wszystko by łagodzić sytuację. I co gorsza, brać na siebie część odpowiedzialności za piekło domowych wojen. Zrobi dla rozejmu wszystko. A jeśli rodzinny dom zasiał w nas wirusa miłości warunkowej, to już kompletna amba. Nasze postępowanie jest wtedy zmiksowane z naszą osobą tak bardzo, że poczucie własnej wartości budujemy nie w oparciu o to, kim jesteśmy, ale o to, jak się zachowujemy. I wychodzi nam, że zadowalanie innych jest jedynym sposobem na to, by poczuć swoją wartość. W naszej, nazwijmy to, edukacji religijnej, niestety również popełnia się takie kardynalne, wołające o pomstę do nieba błędy i blenduje się człowieka z jego grzechem. W efekcie takiej mieszanki człowiek żyje z ciężkim i kłamliwym zarazem przekonaniem: dopóki grzeszę, nie jestem godny miłości. Bóg zawsze oddziela człowieka od jego grzechu. Grzechu nienawidzi, ale człowieka kocha. Nieodżałowany Nalepa śpiewał tak: kiedy byłem małym chłopcem, hej, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: najważniejsze co się czuje, słuchaj zawsze głosu serca, hej. Czy naszą dziecięcą formację, jeśli została przez kogoś tam schrzaniona, można jakoś naprawić? Wszystko da się naprawić. Trzeba tylko wiedzieć jak to zrobić. Czasem jest to łatwiejsze, czasem trudniejsze. W tekście Nalepy jest ważny trop. Głos serca. Zwykle zagłuszony emocjonalnie sterroryzowanym intelektem. Założenie wyjściowe jest takie: jesteś nieskończenie cenny, skoro stworzył się kochający do szaleństwa Bóg. Poodcinaj jak najwięcej hałaśliwych bodźców, wsłuchaj się w głos serca i powinieneś to usłyszeć. Hej.

Lajkoholizm

Opinia innych jest dla nas na tyle ważna, że w zasadzie determinuje nasze życie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo funkcjonujemy dla innych, dla ich akceptacji i podziwu. Uściślę: żyjemy tak naprawdę dla siebie, bo jesteśmy egoistami. Ale sens tego życia czerpiemy z atencji otoczenia. Jesteśmy niewolnikami cudzego spojrzenia. Już przestało być dla nas ważne to kim jesteśmy. Ważne jest to, co inni o nas pomyślą. Paradoks jest taki, że najmniej interesuje nas zdanie naszych najbliższych. Tych, którzy nas znają najlepiej i tych, którzy nas kochają najbardziej. Zabiegamy o uznanie w środowisku pracy, na naszych siłowniach i portalach społecznościowych. Tam gdzie dla innych jesteśmy w istocie ważni tyle, co zeszłoroczny śnieg. Liczy się dla nas opinia osób, których nie znamy i takich, o istnieniu których nawet nie mamy pojęcia. Taka sytuacja jest możliwa w sieci. Małgorzata Bulaszewska z Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS stwierdza, że istnieje już coś takiego jak lajkoholizm. Im więcej łapek w górze tym lepszy nastrój. Tak właśnie działa psychika uzależnionych od lajków osób. Ten syndrom wyraża hasło – jesteś tym, ile masz lajków. Nieprawda, że to tylko problem dzieci i młodzieży. To problem wszystkich, którzy dali się złapać w tą pułapkę. Ja się dałem. Wrzucam coś do sieci i mimowolnie podglądam lajkolicznik. Kłamałbym, gdybym powiedział, że jego stan nie ma dla mnie żadnego znaczenia. A ponieważ rekinem internetu nie jestem, zazwyczaj po jego odczycie jest mi smutniej niż weselej. Jak sobie z tym poradzić? Najprościej odciąć internet. Ale życie na naszej planecie bez sieci wydaje się być niemożliwe. Trzeba się dokopać do istoty swojej prawdziwej wartości, której NA PEWNO nie stanowią tysiące lajków ani kurtuazyjne poklepywanie po plecach przez kolegów z osiedla. Istota twojej wartości jest niezależna od tych wszystkich bzdur. I jest niezbywalna. Powtarzam raz jeszcze: musisz się do tego dokopać. Wtedy brak lajków, albo nawet anty-lajki będą jak muchy, które po prostu trzeba odgonić. Albo najlepiej trzepnąć klapką.

Ci, którzy kochają

Bądź tym kim jesteś i mów to, co czujesz, ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni, a ci, którzy są ważni nie mają z tym problemu. Fritz Perls

To święta prawda, że przejmowanie się opinią czy zachowaniem osób, które cię nie kochają, jest największym marnotrawstwem naszego życia. To tracenie czasu i cennej energii na rzeczy, które kompletnie nie są tego warte. Nie tylko nic w zamian nie otrzymujemy. Wiele na tym tracimy. Jeśli ktoś nas nie kocha (znaczy ma gdzieś nasze szczęście), to choćbyśmy nie wiem co robili, nic to nie da. Krzyś spytał kiedyś Kubusia Puchatka, trzymając jego misiową łapkę: a jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? Nic wielkiego – zapewnił Puchatek – kiedy się kogoś kocha, to ten drugi nigdy nie znika. Jeśli ktoś nas kocha, to możemy być wobec niego sobą do końca bez ryzyka odrzucenia. Jeśli ktoś, kto nas kocha mówi nam trudne rzeczy, jest to dla nas wielki skarb. Nie musimy być wobec takiej krytyki podejrzliwi, bo możemy być pewni, że wypływa z miłości. Jeśli ktoś nas kocha, to znaczy, że jesteśmy wiele warci. Bo nie kocha się byle kogo. Tak to widzę. I daję sobie i wam pełne prawo, by kompletnie olać to, co myślą o nas ci, którzy nas nie kochają. A że nie jest to łatwe, to już inna sprawa. Nic co ma wartość nie przychodzi bez wysiłku.