Nikt nie jest doskonały

Ukrywanie swojej niedoskonałości to jeden z największych koszmarów na jakie może skazać się człowiek. Pamiętam jak w Polsce ruszyła przed laty akcja lustracji/dekomunizacji. Cóż to był za popłoch. Oto prorocze słowa o tym, że nie ma nic ukrytego co nie miało by być ujawnione wypełniały się na naszych oczach. Najbardziej uderzały mnie w tym przypadki tych byłych współpracowników SB, którzy nie czekając, aż ktoś ich dopadnie dobrowolnie stawali w świetle jupiterów i wyznawali: tak, współpracowałem z bezpieką. I co? I od tej chwili mieli święty spokój.

Prawda was wyzwoli

Największe emocje wcale nie budzi to, że ktoś popełnia błąd. Wszyscy je popełniamy. Największe emocje są tam, gdzie ktoś nie chce się do niego przyznać. Zwłaszcza kiedy wiadomo, że błąd został popełniony. Niegdysiejsze polowanie na czarownice jakim była w naszym kraju lustracja, świetnie to pokazała. Walnięcie się w pierś i wyznanie: popełniłem błąd jest jak gorzka, ale uzdrawiająca mikstura. Ludzie przestają się czepiać i jakoś tak lżej na duszy. Proste i skuteczne. I piekielnie trudne zarazem. A określenie jest przypadkowe. Przyznanie się do swojej niedoskonałości i zaakceptowanie jej jako coś absolutnie naturalnego i oczywistego to jedno z trudniejszych wyzwań naszego życia. Piętno grzechu. Ale gra idzie o wielką stawkę. Powiedziano, że prawda wyzwala. A przecież każdy chce być wolny.

Przyznać się przed sobą

Perfekcjonizm to zaburzenie. Obsesja doskonałości grasuje dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek. Kultura medialna zanurza nas w pewnej wizerunkowej fikcji. Daje możliwość wykreowania idealnych, lecz wirtualnych wersji samych siebie. Mało tego. Jesteśmy w stanie uwierzyć, że te wersje są rzeczywistością. Ktoś zadał pytanie: co by było, gdyby w szkołach na klasówkach i wypracowaniach nauczyciele zamiast czerwonym kolorem podkreślać byki, na zielono podkreślaliby to, co zrobiliśmy dobrze? Żyjemy w kulturze, która od dzieciństwa stygmatyzuje nas za popełnianie błędów. Ludzie kościoła też mają tutaj swoje za uszami. Na przykład wtedy, gdy bardziej straszą piekłem za grzechy niż zachęcają niebem za przyjęcie Jezusa. Perfekcjonizm różni się od zdrowych ambicji fundamentalnie. Choć na pierwszy rzut oka to niby to samo. Ten pierwszy to neurotyczne zafiksowanie na punkcie unikania błędów. Ten drugi to po prostu dążenie do rozwoju. Jeżeli ryzyko popełnienia błędu jest zbyt duże – przerażony perfekcjonista odpuszcza szansę rozwoju. Dla ambitnego człowieka szansa rozwoju jest warta zaryzykowania nawet największej pomyłki. Niezdolność przyznania się przed samymi sobą do niedoskonałości pociąga za sobą konsekwencje. Jeżeli my nie popełniamy błędów, to znaczy, że popełniają je inni. Czujemy się lepsi i przeraża nas, gdy ktoś tej dominacji może zagrozić. Nie chcę wchodzić dalej w te psychologiczne rozkminy. Jeśli chcemy zacząć ogarniać naszą niedoskonałość, musimy zacząć od przyznania się do niej przed samym sobą. Dzisiaj stanę przed lustrem, spojrzę sobie głęboko w oczy i powiem: cześć Adam. Jesteś kimś wyjątkowym, skoro Bóg powołał cię do istnienia. Tej wyjątkowości nic i nikt nie może cię pozbawić. Nawet twoja niedoskonałość. Nie może ona być dla ciebie ani powodem do dumy, ani do samooskarżania się. Po prostu taki jesteś i tyle. I takiego kocha cię Bóg i ludzie.

Przyznać się przed drugim człowiekiem

Kolejny etap na naszej drodze pokory. Nasze maski uprzejmych i towarzysko poprawnych ludzi już niemal przyrosły nam do twarzy. Ojej, jacy my jesteśmy dla siebie serdeczni i bezkonfliktowi. Ale gdyby ci, przed którymi szczerzymy zęby w nieszczerym do bólu uśmiechu wiedzieli co naprawdę o nich myślimy, splunęli by nam w twarz. Jakie nasze słabości ukrywamy najczęściej przed drugim człowiekiem? Zazdrość. To chyba lider klasyfikacji. Zazdrościmy innym, bo mają lepiej i więcej, ale mobilizujemy cały nasz potencjał, by ukryć ten upokarzający fakt w najgłębszych zakamarkach serca. Najlepsze jest to, że wszyscy wiedzą, że zazdrościmy. I tak ten teatrzyk trwa. Kogo stać na to, by przyznać się przed drugim człowiekiem do tego co naprawdę o nim myślimy? Nie myślę o pochwałach. Myślę o sądach, które obnażają naszą małostkowość. Kogo stać, by za te sądy poprosić drugiego o wybaczenie? Ryzykując wyśmianie, nadwyrężenie relacji albo wyrzucenie z pracy? Są wspólnoty, gdzie taka szczerość wobec drugiego jest fundamentem zdrowych relacji. Na nieszczerości nie da się zbudować niczego dobrego.

Przyznać się przed Bogiem

Wydaje się, że to najprostsza rzecz. Niekoniecznie. Bóg w naszych wyobrażeniach często bywa surowym sędzią, który czyha na nasze potknięcia. To pokłosie okresu, kiedy formowała się nasza świadomość ojcostwa. Odkręcanie tego stereotypu to jedno z najczęściej podejmowanych zadań na przeróżnych rekolekcjach. Gdybyśmy wiedzieli jakim Ojcem jest Bóg i jak bardzo nasz grzech nie jest w stanie zagrozić Jego miłości do nas, nie mielibyśmy żadnego problemu z wyznawaniem mu swoich słabości. Boimy się spowiedzi, bo w konfesjonale siedzi człowiek i trzeba się przed nim obnażyć. To przeszkoda, która zbyt często odbiera nam szansę na spotkanie z Bogiem przebaczającym. W konfesjonale spotykają się uzdrawiające działania trzech szczerości – wobec siebie, wobec drugiego człowieka i wobec Boga. Dobrze to jest wymyślone. Mowa szczera trwa wiecznie, lecz fałszywa tylko chwilę. Sal 12,19