Jak wyrazić emocje w sieci? Światowy Dzień Emoji

Dziś Światowy Dzień Emoji. Nie jest to święto ponad wszystkie inne, ale na pewno okazja do porozmyślania. Czym są emoji i do czego nam służą?

Emoji to prawie to samo co emotikony – małe grafiki dołączane do tekstu, wyrażające różne emocje. Różnica jest taka, że emotikony to tylko „buźki”, a emoji to także grafiki zwierząt, przedmiotów, roślin itp.

Skąd wzięły się emoji? Z tej samej potrzeby, która wygenerowała emotikony, czyli chęć wyrażenia emocji w pisanym w internecie tekście. Trudno przecież za każdym razem pisać „(śmiech)”, jak w gazetach i czasopismach. Chodziło o sprawną komunikację, w kontaktach prywatnych. Początkowo zapis tych emocji był tekstowy, czyli w przypadku typowej buźki był to dwukropek i nawias prawy. Z czasem programy posiadły funkcję interpretowania tych znaków i zamieniania je w graficzki. Dziś to zupełnie podstawowa funkcja wszystkich komunikatorów itp. Ich baza z czasem rozszerzała się i została wzbogacona w najróżniejszej postaci buźki wyrażające emocje, ale także najróżniejsze przedmioty i ikony, ukazujące wypoczynek, rekreację, pracę i inne aspekty życia.

Trudno dziwić się, że takie narzędzie zostało wprowadzone. To wygodne, budzi sympatię i jako element kultury obrazkowe, w sposób nieunikniony weszło w użycie. Nie ma w tym nic złego.

A jednak jest łyżka dziegciu w beczce miodu

Dotyczy ona może nie tyle samych emoji, co w ogóle kultury obrazkowej. Czy zaczynamy przypominać pierwotnych jaskiniowców pozbawionych języka i pisma, a porozumiewających się rysunkiem? Czy grozi nam wtórny analfabetyzm? Niestety wiele sygnałów potwierdza, że już się to dzieje. Coraz mniej czytamy książek, zastępując je komiksami, albo… całkiem niczym. Oszczędzamy nasz czas i chcemy wyrażać się szybciej. Plagą języka angielskiego jest używanie skrótów wszystkiego: asap (as soon as possible), lol (lots of laugs)… itp. itd. Tekstowe instrukcje bezpieczeństwa czy użytkowania sprzętu zastępowane są coraz częściej obrazkami lub piktogramami, z niewielką domieszką tekstu. To może akurat być dobre, bo od zastosowania takiej instrukcji (np. w przypadku pożaru czy niebezpieczeństwa) może zależeć ludzkie życie.

Niestety koło się zapętla, bo zamiast uczyć prostych pracowników w Chinach czy ubogich krajach pisania, wdraża się ich w pracę przy pomocy obrazków. Przez to ogranicza się ich rozwój, a praktycznie uwstecznia. Tania siła robocza to przecież zysk dla producentów, a trzymanie umysłu w ryzach to dodatkowy atut, bo mniej głupich pomysłów przychodzi do głowy.

Czy to zbyt dalekie wnioski od punktu wyjścia, jakim są emoji? Oceńcie sami. Według nas, jak we wszystkim, także i w tym przypadku, warto zastosować zasadę umiaru i zdrowego rozsądku.