On widział to z bliska! Co działo się na e-lekcjach?

Dziś ostatni dzień roku szkolnego 2019/2020. Dziwny to był rok, pod znakiem epidemii i tzw. podwójnego rocznika w szkołach średnich.

Zamieszanie dotknęło uczniów podwójnego rocznika w pierwszych klasach szkół średnich. Złożyła się na niego młodzież, która ukończyła pierwszy raz po reformie edukacji 8-letnią podstawówkę i ostatni rocznik gimnazjum. Sytuacja sprawiła, że podczas rekrutacji chętnych na jedno miejsce było znacznie więcej niż w normalnym roku. Wydłużały się także lekcje, skracały przerwy, a czasem nawet pojawiały się utrudnienia w komunikacji miejskiej, żeby zwielokrotnioną liczbę uczniów dowieźć do szkół. Ciekawe jak sami uczniowie oceniliby miniony rok?

Problemy z dojazdami na pewno skończyły się wraz z epidemią. Bez wątpienia, to ona miała największy wpływ na tegoroczną edukację w szkołach. Wprowadzenie zdalnego nauczania to próba zniwelowania negatywnych skutków koniecznej izolacji. Ból głowy i frustracja nauczycieli, wysokie ryzyko nierzetelności oceniania, poczucie u niesprawiedliwości uczniów aktywnych i pilnych oraz niepożądana aktywność uczniów – wywrotowców, dla których tryb online to pole do popisu w sabotażu nauczyciela. Nikt tej sytuacji nie planował, ani nie chciał. Brak narzędzi dostępnych „na już” sprawił, że nauczyciele stracili kontrolę nad sytuacją. U uczniów z kolei pojawiła się frustracja, że lekcje są bez sensu, a przymus siedzenia w domu generował znudzenie i lenistwo.

Czytaj też o Szkole z TVP: Czyja to wina. Tomasz Rożek o porażce zdalnej edukacji >>

Rzeczywiście zdarzały się sytuacje nieprzyjemne – opowiada ks. Andrzej Wołpiuk, katecheta – Na jednej lekcji z szóstą klasą uczniowie przekazali kody do lekcji starszym kolegom, którzy zaczęli rzucać wulgaryzmami. Słyszałem o takich sytuacjach, ale kiedy się to nagle pojawia, człowiek jest zdezorientowany i minęła chwila, zanim to opanowałem. Ale lekcja była już raczej spisana na straty.

Rykoszetem oberwało się też rodzicom, bo zdalna forma nauczania wymusiła dużo więcej pracy na uczniach, którzy weszli prawie że w tryb studencki i wiele wiadomości musieli samodzielnie przyswajać. Oczywiście, w efekcie skrupiło się to na ich rodzicach, którzy musieli wykazać się większą czujnością i pomocą. Rodzice kilkorga szkolnych dzieci wielokrotnie narzekali na obciążenie czasowe, które praktycznie destabilizowało całe życie domowe. Trudny czas. Ciekawe czy wyciągniemy z niego jakieś wnioski.

Co można zrobić?

Można przygotować się na przyszłe, podobne zdarzenia i dopracować narzędzia edukacji zdalnej, które poprawiłyby kontrolę nauczycieli nad tym, co się dzieje na platformie. Należy kontynuować działania w kierunku dostępu do internetu i sprzętu komputerowego dla każdego ucznia. Można w końcu przekuć porażkę na sukces i spojrzeć na problem szerzej i bardziej konstruktywnie.

Sytuacja pokazała, że nie jesteśmy gotowi odejść od tablicy – mówi ks. Andrzej – Musimy się nauczyć zmieniać metody pracy z uczniami, bo dominuje w nas tradycyjna formuła nauczania. Powinniśmy zmieniać medody do potrzeb młodego człowieka. Skoro młodzi ludzie siedzą w internecie, to my też musimy wykorzystywać to narzędzie, a tymczasem nie mamy dla nich dość atrakcyjnej oferty.

Koniec roku szkolnego zbiega się z publikacją nowego kościelnego dyrektorium do katechezy, które sugeruje konkretniejsze kroki bardziej w kierunku ewangelizacji. Może tu uda się znaleźć trochę inspiracji.

Nowe dyrektorium o katechizacji: więcej ewangelizacji! >>

Patrząc na to wszystko szerzej, widzę, że budowanie relacji z uczniami i towarzyszenie im jest dużo ważniejsze niż realizowanie najlepszych nawet podstaw programowych. To dotyczy nie tylko katechezy czy nauczania w szkole, ale także pracy duszpasterskiej z młodymi – wyjaśnia ks. Andrzej – I warto pamiętać, że żadna, najlepsza nawet platforma edukacji online, nie zastąpi spotkania z uczniami na żywo.