Photo by Sai Kiran Anagani on Unsplash

Jak dobrze wykorzystać czas wakacji? "Co?" vs "po co?"

Dla wielu z nas, rozpoczęły się wakacje 2020. Studenci na swoje jeszcze trochę poczekają, ale być może i wielu z nich udało się już pozaliczać terminowo egzaminy i kolosy, a jeden czy drugi przedmiot nie spędza już snu z oczu i to tylko kwestia czasu, gdy będzie po wszystkim. Ok. Mam wakacje! I co teraz?

Dla niektórych z nas oznacza to odpalanie kompa zaraz po przebudzeniu, granie do nocy (wyznacznikiem pójścia spać jest oczywiście wschodzące już słońce). Schemat dnia powtarzać się będzie do 1 września, a u studentów ciut dłużej. Ktoś inny planuje już wyjazdy z ekipą lub samotne wypady w dzicz. Dziewczyny pewnie zacierają ręce przed wakacyjnymi i romantycznymi przygodami, poznawaniem nowych osób, doświadczaniem piękna przyrody, zachodów słońca itd. Wielu z nas myśli o podjęciu wakacyjnej pracy, żeby odłożyć forsę na upragniony zakup, wyjazd czy studia. Potrzeby ma każdy.

To wszystko bardzo naturalne. Mamy czas, więc chcemy go na coś przeznaczyć. Pytanie jest jednak nie o to, co robić, ale po co!

Cokolwiek robimy, warto zapytać się, po co chcemy to robić. Jaki efekt chcemy osiągnąć. Zobacz, czym jedno różni się od drugiego:

  1. Będę sączyć soczek na plaży / Chcę się zrelaksować.
  2. Jadę w góry / Potrzebuję aktywnie odreagować cały rok szkolny.
  3. Będę ostro ćwiczyć na gitarze / Chcę nabyć nową umiejętność.
  4. Lecę na Kubę / Chcę zaspokoić moją ciekawość nowych miejsc i budować wspomnienia.
  5. Zbieram ekipę na kajaki / Chcę pobyć z fajnymi ludźmi.

A Ty jak planujesz zazwyczaj swoje wakacje? Szukasz rozwiązań czy najpierw stawiasz sobie cele do osiągnięcia? Kiedy weźmiesz pod uwagę, że takich swobodnych wakacji jest w Twoim życiu może 4-10 (czas szkoły średniej + ew. studia), to czas który na nie przypada wydaje się jeszcze cenniejszy. "A co mi tu psujesz radość z beztroskich wakacji takimi poważnymi rozkminami?!" - zapyta ktoś. Warto jednak pogadać z kimś, kto słowo "wakacje" zamienił w życiu już na "urlop", żeby dowiedzieć się, jak tęskni się później do błogiej beztroski i jak wiele zmarnowanego czasu cofnęłoby się, żeby zrobić coś lepiej i bardziej sensownie.

Dlatego zachęcamy Cię dziś do przemyślenia czasu wakacji, żeby go nie zmarnować.

Nie podpowiemy, co warto robić, bo każdy musi odpowiedzieć sobie na to samodzielnie, w odniesieniu do swoich potrzeb i pragnień. Zrób sobie jednak jakiś ogólny plan na wakacje. Nie musi to być długaśna lista na kartce A4, ale wystarczy ogólna odpowiedź na pytanie - co chcę osiągnąć w te wakacje?

Każdy czas, kiedy nie angażują nas grube sprawy jak szkoła czy praca, to szansa do wejścia w siebie, przemyślenia swojego kierunku rozwoju. Pewnym wychyleniem w tym kierunku jest tegoroczny Festiwal Życia 2020, gdzie będziemy przebudowywać arkę swojego życia.

Cokolwiek zdecydujesz, nie bądź w te wakacje sam(a). Weź ze sobą Boga. Nie zapomnij o Nim.


youtube.com

Czy nie przesadziliśmy z modlitwą o deszcz? Czy była aż tak skuteczna?

Jeszcze w kwietniu oprócz koronawirusa straszono nas groźbą suszy - największej od dziesięcioleci! Rozpoczął się szturm do nieba i burza modlitwy. Apelowali o nią biskupi, realizowali proboszczowie w parafiach i wierni. Teraz mamy burzę za burzą, ale z realnym deszczem, ulewami i powodziami w roli głównej.

Powinniśmy się cieszyć, bo chyba znaleźliśmy dowód na istnienie i działanie Pana Boga. Bo jak od dramatycznej w skutkach suszy przeszliśmy w tak krótkim czasie do powodzi? Gosc.pl donosi, że wg wiceszefa Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, Grzegorza Świszcza, wczorajsze burze uszkodziły 78 budynków mieszkalnych, 49 gospodarczych, a ponad 1300 zostało podtopionych. To chyba nadobfitość łaski. A to przecież nie pierwsze skutki tegorocznych, obfitych opadów.

W sieci krążą humorystyczne memy o tym, że planuje się pozwanie Kościoła Katolickiego o wywołanie powodzi skuteczną modlitwą o deszcz. Jest tu też zastosowana pułapka prawna - jeśli Kościół chce uniknąć odszkodowania, musiałby przyznać się, że modlitwa nie działa. Ach, ci przeciwnicy wiary - czegóż oni nie wymyślą. A, że modlitwa działa, chyba każdy widzi.

W pierwszym momencie może nas dziwić, że od suszy wpadliśmy prosto w prawie że, biblijny potop. Zjawisko to wyjaśniał już dr Tomasz Rożek w jednym ze swoich filmów na kanale Nauka. To lubię. Zmienia się nasz klimat. Zjawiska charakterystyczne dla klimatu umiarkowanego ulegają zmianom. Zamiast regularnych, umiarkowanych opadów w ciągu całego roku, mamy pogodę kapryśną - gorące okresy przeplatane gwałtownymi burzami i intensywnymi opadami. Te mają to do siebie, że woda nie nadąża z wsiąkaniem w grunt i odbija się od niej, spływa do rowów i kanalizacji lub gromadzi się powierzchniowo powodując szkody i utrudnienia. Paradoksalnie statystyki pokazują, że sama ilość deszczu w ciągu roku, dawniej i dziś, jest podobna. Chodzi tylko o jej intensywność w czasie.

Dziś przydałoby się modlić o ustanie deszczy i powstrzymanie powodzi. Pan Bóg pewnie nas wysłucha, bo zawsze chce dobrze dla człowieka. Pytanie tylko - czy dobrze się modlimy? Czy nie prosimy bardziej o to, co wydaje się dla nas dobre, zamiast zaufać Bogu i prosić o wypełnienie Jego woli, z perspektywy Jego patrzenia? A może wystarczyłoby prostolinijne "Panie, ratuj!", jak dzisiejsi apostołowie z Ewangelii na wzburzonym jeziorze?


youtube.com / BBC

Miliony dzieci cierpią głód w Jemenie

Pięć lat po rozpoczęciu konfliktu w Jemenie prawie 2,5 mln dzieci czeka w najbliższym czasie głód – wynika z najnowszego raportu UNICEF-u. To wzrost o 20 proc. w porównaniu z okresem przedwojennym.

W Jemenie działa tylko połowa placówek służby zdrowia, brakuje sprzętu, leków i personelu medycznego. Słaby dostęp do wody i urządzeń sanitarnych sprzyja rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Szkoły są zamknięte. Prawie 8 mln dzieci nie ma dostępu do edukacji. To i pogarszająca się sytuacja gospodarcza może być przyczyną zmuszania młodocianych do pracy, małżeństw, a także rekrutacji do grup zbrojnych. Według danych ONZ w ciągu ostatnich pięciu lat niemal 3,5 tys. dzieci zostało w tym regionie zwerbowanych przez rozmaite bojówki. Jeśli nie otrzymamy pomocy, miliony dzieci zacznie głodować, a bardzo wiele z nich umrze – powiedziała Sara Beysolow Nyanti, przedstawicielka UNICEF-u w Jemenie.

Potrzeba minimum 55 mln. dolarów. Inaczej aż 24 tys. dzieci będzie narażonych na bezpośrednie ryzyko śmierci głodowej. Milion nie otrzyma niezbędnych mikroskładników odżywczych, a pół miliona ciężarnych lub karmiących matek straci niezbędne wsparcie żywieniowe, w tym porady dotyczące karmienia niemowląt i małych dzieci, a także suplementy kwasu foliowego i żelaza. 5 milionów dzieci poniżej piątego roku życia nie zostanie zaszczepionych przeciwko chorobom zagrażającym życiu; 19 milionów ludzi straci dostęp do opieki zdrowotnej, w tym milion matek w ciąży i karmiących oraz ich dzieci.

Źródło: Vatican News / Łukasz Sośniak SJ


Rozważanie na wtorek, 30 czerwca

Mt 8,23-27
Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!». A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?». Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?».

No właśnie: kim On jest? To dobre pytanie. Wichry i burze są Mu posłuszne. A ludzie nie są Mu posłuszni! Kim On jest, że tak pokornie czeka, aby nasze serca same uspokoiły się przed Nim? Wystarczy przecież jedno Jego słowo, a stalibyśmy się nicością. Kim On jest, że pozwala na to, by ludzie bluźnili i oddalali się od Niego?


Wikimedia Commons / Apostles Peter and Paul / El Greco

Piotr i Paweł, czyli spór o obrzezanie i kaszankę

Choć urodzili się mniej więcej w tym samym czasie, różniło ich prawie wszystko. Piotr – rybak z Galilei. Kiedy przystąpił do grona uczniów Jezusa, był żonaty, jak przekazuje tradycja – miał córkę Petronelę i mieszkał z teściową. Paweł – wykształcony Żyd, obywatel rzymski, do czasu gorliwy prześladowca chrześcijan. Nie wiadomo, czy miał żonę, a nawet jeśli tak, to zmarła, zanim zaczął działalność apostolską. 

Publikujemy interesujący artykuł Beaty Legutko z misyjne.pl o dwóch fundamentalnych dla zakładania Kościołach postaciach.

Piotr był z Chrystusem od początku. Miał słabsze momenty, ale to jego Pan wybrał na rybaka ludzi. Towarzyszył Jezusowi (prawie) zawsze, również w tych najważniejszych, przełomowych momentach, jak np. wskrzeszenie córki Jaira (por. Mt 9,23-26) czy przemienienie na Górze Tabor (por. Mt 17, 1-18). Nie było go co prawda pod krzyżem, ale kochał Chrystusa. To on jako pierwszy przemówił do tłumu po Zesłaniu Ducha Świętego, założył w Jerozolimie pierwszą gminę chrześcijańską, jemu w tajemniczym widzeniu Bóg uświadomił, że można chrzcić również pogan (Dz 10), choć to akurat było dla Piotra przez długi czas nie do przejścia… 

Paweł „zionął nienawiścią” do chrześcijan, a Żydów, którzy na chrześcijaństwo przechodzili nazywał zdrajcami. Przekonany był, że tak właśnie należy robić. Z oddaniem asystował przy kamienowaniu Szczepana (por Dz 7,58). Nawrócił się po pamiętnych wydarzeniach pod Damaszkiem. Od tamtej pory głosił Ewangelię tak gorliwie jak ongiś ją zwalczał. Był przekonany, że Słowo Boże skierowane jest do wszystkich: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 28). Nie wahał się więc iść na krańce świata i głosić prawdy o Chrystusie. To, co dla Piotra było nie do pomyślenia, dla Pawła było oczywistością.  

Ta właśnie kwestia – ewangelizowania i chrzczenia pogan była jednym z głównych problemów w pierwszych wiekach istnienia Kościoła.

Spór ów wybrzmiewał szczególnie w relacjach między wspomnianymi Piotrem i Pawłem. Zgodnie z tekstami Nowego Testamentu i tradycją apostołowie spotkali się co najmniej trzy razy. Pierwszy raz kilka lat po nawróceniu Szawła, kiedy ten specjalnie udał się do Jerozolimy, by porozmawiać z tym, który znał Pana, skonfrontować z nim swoje postrzeganie świata.

Drugie spotkania odbyło się kilkanaście lat później, również w Jerozolimie. Paweł chciał przedstawić tamtejszemu Kościołowi swoje rozumienie Ewangelii i potwierdzić przekonanie, że Chrystus pragnie, by Dobra Nowina dotarła do pogan bezwarunkowo. Problem w tym, że nie wszyscy przedstawiciele Kościoła jerozolimskiego tak sądzili. Wielu judeochrześcijan, w obawie przed odłączaniem się kolejnych wspólnot od Synagogi, twierdzili, że do chrztu potrzebne jest uprzednie obrzezanie, czyli de facto przyjęcia Prawa. „Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni” (Dz 15,1) – mieli krzyczeć w stronę nawróconych pogan. Takie też było myślenie Piotra, Paweł nie chciał się na to zgodzić. 

Zebranie starszych Kościoła w Jerozolimie – ok. 49 r. po Chr. (zwane czasem soborem), miało ostatecznie rozstrzygnąć spór. Jak dokładnie przebiegały obrady – nie wiadomo. Ostatecznie ustalono, że głoszenie poganom „Ewangelii bez Prawa” jest zgodne z wolą Bożą. Ustalono też, że Paweł będzie głosił ewangelię poganom, a Piotr Żydom. Układ został przypieczętowany podaniem rąk. Jak pisze Paweł: „Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary wiary, podali prawą rękę mnie i Barnabie na znak łączności, abyśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych” (Ga 2,9). Równocześnie, być może w ramach swoistego kompromisu, na wniosek Jakuba utrzymano cztery „zakazy” związane z żydowskim prawem. Były to: zakaz nierządu, spożywania krwi, mięsa zawierającego krew (owa tytułowa kaszanka) oraz mięsa zwierząt, których ubój nie był zgodny z zasadami koszerności.  

Dalszy ciąg artykułu znajdziesz tutaj (misyjne.pl) >>

Źródło: misyjne.pl


unsplash.com

Czy jesteśmy rasistami?

Pytanie jak najbardziej aktualne, kiedy wchodzimy w czas wakacji, w którym szansa spotkania ludzi z innych części świata jest dużo większa. Może mniej w tym roku, z powodu pandemii.

W socjalistycznej Polsce, w której wzrastałem, spotkanie obcokrajowca w przeciętnym polskim miasteczku graniczyło z cudem, a co dopiero spotkanie kogoś od odmiennym kolorze skóry. Może mieszkańcy największych miast Polski jak Warszawa czy Poznań mogli od czasu do czasu zobaczyć studenta a Afryki, ale było to i tak dość niecodzienne zjawisko, więc i obchodzono się z takimi ludźmi bardzo kulturalnie. Problem rasizmu był dla nas wielką abstrakcją. A jak jest we współczesnej Polsce? Wydaje mi się, że jest to ciągle zagadnienie raczej odległe dla przeciętnego Polaka. Rozumiemy dobrze różnice narodowościowe. Jest wielu Polaków, którzy nie lubią Rosjan, inni znów nie przepadają za Niemcami, czy też za innymi z naszych sąsiadów. Ale rasizm?

Osobiście od wielu lat żyję w społeczeństwie, na które składają się ludzie z różnych części świata, a co za tym idzie, reprezentujący różne rasy. W pierwszym momencie taka mieszanka kulturowa jest po prostu ciekawa, ale kiedy ludzie izolują się w swoich małych grupkach narodowościowych, sprawa zaczyna być bardziej skomplikowana i powoli rodzą się antagonizmy.

Ostatnio opinią publiczną w Ameryce wstrząsnęła sprawa aresztowania ze skutkiem śmiertelny George’a Floyd’a. Nie wiem, jak bardzo było to nagłośnione w Polsce, ale tu, w Ameryce, przez wiele dni było to wydarzenie pierwszoplanowe. Jak może wiecie, George Floyd został uduszony w trakcie zatrzymania przez policję w Minneapolis. Wywołało to falę protestów w USA i w Kanadzie, a potem także w innych krajach. Nie jest to i nie był jedyny wypadek zabójstwa członka mniejszości społecznej w Stanach Zjednoczonych, w tym wypadku Amerykanina o pochodzeniu afrykańskim. Sprawa jest tym bardziej smutna, że dewiza policji w tym mieście brzmi: To protect with courage, to serve with compassion (Chronić z odwagą, służyć ze współczuciem). Niestety, takie wypadki są dobrą pożywką dla różnorodnych interesów politycznych.

W ramach ciekawostki dodam, że dzięki pewnym badaniom psychologicznym, które wskazały na podwyższoną gotowość do zachowań agresywnych u policjantów, gdy działali we dwójkę lub w większej grupie, od pewnego czasu w USA i w Kanadzie policjanci jeżdżą w pojedynkę, tzn. jeden policjant na radiowóz. Ma to na celu wymuszenie większej ostrożności w działaniach policjantów.

W 1963 w Waszyngtonie, Martin Luther King Jr. przemawiał do 250 000 tysięcy ludzi dzieląc się z nimi swoim marzeniem o równości rasowej. I have a dream. Był to wtedy protest pokojowy. Dziś reakcją na przemoc jest przemoc: nieszczelnie mienia, kradzieże i podpalenia. Ne pewno świadczy o to o desperacji ludzi, ale także o ich morale.

Ameryka cierpi na chorobę rasizmu od ponad 400 lat. Widać trochę postępów, ale wydaje się, że potrzeba dużo więcej zmian. Rasizm ciągle powraca. Gospodarka, system polityczny, ubezpieczenia społeczne są przesiąknięte nierównością i niesprawiedliwością rasową. Ale nie sądźmy pochopnie, że to tylko problem USA. Żaden kontynent nie jest od tego całkowicie wolny.

W czasie takich wydarzeń jak to w Minneapolis, bardzo łatwo o radykalne opinie, które jeszcze bardziej podsycają nienawiść. Traktowanie wszystkich policjantów jak przestępców na pewno nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jeśli taka atmosfera niechęci będzie trwała, wielu z nich może po prostu porzucić swoją służbę, a tego przecież nie chcemy.

Żyjemy w bardzo złożonej rzeczywistości, którą niezwykle trudno trafnie ocenić. Czarni mieszkańcy Ameryki, czy też osoby należące do innych ras, w krajach rozwiniętych od wielu stuleci byli pozbawieni przywilejów społecznych, jak na przykład dobre wykształcenie. Wychowywali się w zamkniętych gettach, co prowadziło do marginalizacji, a w konsekwencji do tworzenia para-kryminalnych struktur. Na pewno nie są to chodzący po ulicach święci. Nie są nimi także policjanci. Jednakże, żeby sądzić, musimy dobrze znać każdą ludzką historię, a znając ją, uświadamiamy sobie całą złożoność ludzkich zachowań, które bardzo rzadko można umieścić w czarno-białych kategoriach.

W sytuacjach kryzysów i napięć społecznych warto przypomnieć sobie modlitwę św. Franciszka z Asyżu, który wzywa nas do stania się raczej narzędziami pokoju niż ludźmi podsycającymi już i tak mocno rozognioną nienawiść. Tylko my możemy przerwać spiralę nienawiści!

Na koniec pozostaje mi życzyć wszystkim dobrego odpoczynku i „do zobaczenia” po wakacjach.


Photo by Adrianna Van Groningen on Unsplash

Kamerun, Rwanda, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kuba, Kolumbia, Kazachstan i Syberia. Wolontariusze ruszają

Nie bądźcie chrześcijanami bezobjawowymi – mówił abp. Henryk Hoser do wolontariuszy misyjnych Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl oraz Wolontariatu Syberyjskiego podczas ceremonii wręczenia wolontariackich krzyży misyjnych. Uroczystość odbyła się w kościele Wyższego Seminarium Duchownego Księży Pallotynów w Ołtarzewie. Hierarcha wręczył 30 wolontariuszom krzyże misyjne i udzielił im specjalnego błogosławieństwa.

Wiara jest odmianą słowa zaufanie. Komu wierzymy temu ufamy. Jeżeli ufamy Bogu, wówczas misja jest możliwa do spełnienia. Nawet bardzo trudna misja. Bez wiary misja jest bezsensowna – podkreślił w homilii abp Hoser. – W krzyże, które otrzymaliście, wpisany jest symbol nieskończoności. Niech was zachęca do tego, by wszystkie wasze działania były na nieskończoną chwałę Bożą - tak jak to czynił nasz założyciel, św. Wincenty Pallotti – podkreślił na zakończenie liturgii ks. Jerzy Limanówka, prezes Fundacji Salvatti.pl. Jako wzór, przywołał przykład abp. Hosera, który będąc misjonarzem i wyższym przełożonym w Rwandzie doprowadził do usamodzielnienia się rwandyjskiej prowincji pallotynów, ale nie uznał, że jego misja jest już zakończona i wciąż podejmuje nowe działania.

I Wy podejmujcie misje Waszego życia w nieskończoność – życzył wolontariuszom.

Wcześniej z wolontariuszami spotkał się prowincjał księży pallotynów, ks. dr Zenon Hanas.

Wasze działanie wpisuje się w logikę daru. Nie interesownego działania coś za coś. I to może dziwić waszych bliskich. Ale świadczy o waszym niezwykłym powołaniu – mówił przełożony prowincjalny. Miały też miejsce spotkania on line z misjonarzami, br. Zbigniewem Kłosem z Wybrzeża Kości Słoniowej i br. Dawidem Walczakiem z Kuby, którzy podkreślali, że społeczności, do których jadą wolontariusze nie chcą, by im pomagać z poczuciem wyższości. Przede wszystkim potrzebują partnerstwa.

- Wolontariusze przygotowywani przez Fundację Salvatti.pl są uwrażliwiani na odczytywanie znaków czasu w zmieniającym się pejzażu misji. Kurs wolontariacki, w formie comiesięcznych weekendowych zjazdów, trwał od października ubiegłego roku. Pandemia koronawirusa trochę pokrzyżowała nam plany. Pierwsi ochotnicy, którzy mieli wyjechać już w kwietniu i maju wciąż czekają na otwarcie granic. Ale są cierpliwi i ich zapał nie gaśnie. Wyjadą do Kamerunu, Rwandy, na Wybrzeże Kości Słoniowej, na Kubę, do Kolumbii oraz do Kazachstanu i na Syberię – wyjaśnia Monika Florek-Mostowska, wiceprezes Fundacji Salvatti.pl.

Fundacja Salvatti.pl przygotowuje wolontariuszy do wyjazdu na misje od 2012 r. Kolejny kurs rozpocznie się w październiku 2020 r.

Źródło: KAI


Photo by Tyler Nix on Unsplash

Aby odbudować Europę, trzeba inwestować w rodziny

Raport Komisji Europejskiej na temat negatywnych skutków zapaści demograficznej pokazuje, że programy prorodzinne to nie polityka socjalna, lecz kluczowy element programów gospodarczych dla naszego kontynentu. Wskazuje na to europejska Federacja Katolickich Stowarzyszeń Rodzinnych. W konsekwencji domaga się ona, by wydatków na rodziny nie traktować jako dodatkowego obciążenia budżetu, lecz jako inwestycje w rozwój, na tej samej zasadzie co na przykład wydatki na infrastrukturę. Rozwój rodzin i dzietności powinien być też wspierany z europejskiego Funduszu Odbudowy.

Vincenzo Bassi, przewodniczący Federacji, zauważa, że zwrócenie uwagi na kryzys demograficzny w Europie to zasługa chorwackiej prezydencji w Unii Europejskiej. Kraje takie jak Włochy kryzysem demograficznym się nie przejmują, bo łudzą się tym, że mają wiele mieszkańców i stanowią centrum produkcyjne Europy. Dla krajów peryferyjnych, jak Chorwacja czy Węgry jest to kwestia życia i śmierci, dlatego przywiązują one większą wagę do kryzysu demografii i rozwoju rodziny. Tymczasem raport Komisji Europejskiej pokazuje, że kryzys demograficzny jest problemem dla wszystkich. Mniej dzieci dzisiaj, to mniej pracowników jutro i większe obciążenie finansów publicznych - mówi Vincenzo Bassi.

Kwestię demografii należy więc postrzegać w perspektywie rozwoju Europy. A podstawowym warunkiem rozwoju jest równowaga międzypokoleniowa. Tej równowagi nie da się zapewnić, zwiększając jedynie wydajność pracy w naszych krajach. Tę równowagę można osiągnąć tylko w jeden, naturalny sposób poprzez rodzenie dzieci, tworzenie nowych pokoleń w Europie. Bez nowych dzieci, które są pracownikami przyszłej Europy, wszystkie negatywne wskaźnik poszybują w górę: wydatki publiczne, deficyt budżetowy... I zawalą się słynne kryteria konwergencji z Maastricht, nie tylko we Włoszech, która pod względem demograficznym jest w bardzo trudnej sytuacji, ale w całej Europie. Trzeba wreszcie zrozumieć, że programy prorodzinne to nie polityka socjalna państwa, lecz polityka gospodarcza, inwestycje w pełnym tego słowa znaczeniu – zaznaczył Vincenzo Bassi.

Dzisiaj potwierdza to również Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny. I dlatego jeśli widzimy, że rodziny to dobra inwestycja, to natychmiast trzeba w nie inwestować, korzystając również z tych wyjątkowych środków, jakie daje nam Fundusz Odbudowy. Trzeba jednak radykalnie zmienić sposób myślenia, nie pytać się skąd weźmiemy nowych pracowników, lecz co zrobić, aby było więcej rodzin i by były one liczniejsze.

Źródło: Vatican News / Krzysztof Bronk


Rozważanie na poniedziałek, 29 czerwca

Mt 16,13-19
Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?». A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków». Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?». Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego». Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr – Opoka, i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie».

Piotr jest znakiem jedności chrześcijan. W Polsce tego nie odczuwamy, ale wystarczy, że pojedziesz do innego kraju, gdzie nie ma tylu katolików, i od razu to odczujesz. Wychowaliśmy się w Kościele zbudowanym na Opoce. Dziękujmy Bogu za to i wspierajmy Piotra naszych czasów naszą modlitwą.


Unsplasch.com

Biblijny kwadrans - Drugi Lamek - między wielkością a upokorzeniem

Przeczytaj Rdz 5, 28-31

Jednego Lameka już poznaliśmy. Teraz spotykamy kolejnego - ojca Noego. Możemy nawet przeczytać słowa, które wypowiedział, gdy urodził mu się syn. Przy okazji warto zauważyć, że nie każdy z bohaterów, nad którymi się zatrzymywaliśmy, miał to szczęście, że jego słowa zostały zapisane w Biblii dla potomnych. Słowa Lameka, ojca Noego, zostały jednak utrwalone. „Ten niechaj nam będzie pociechą w naszej pracy i trudzie rąk naszych na ziemi, którą Pan przeklął” (w. 29).

Te słowa zdradzają wewnętrzny stan Lameka, ale też wszystkich ludzi, którzy z pokolenia na pokolenie coraz bardziej odczuwali trud pracy na ziemi. Ojciec Noego, gdy zobaczył swojego pierworodnego syna, to wyraził nadzieję, że kolejny żyjący człowiek będzie wsparciem pośród tych trudów; że stanie się pociechą pośród wszystkich przeciwności. Z drugiej jednak strony można dostrzec w tych słowach coraz większy problem w relacji do Boga. Lamek mówi, że to Pan przeklął ziemię, a przecież dobrze wiemy, że ziemia jest przeklęta z powodu grzechu Adama (zob. Rdz 3, 17). Człowiek sam ściągnął przekleństwo na ziemię, a Lamek zarzuca to Panu Bogu.

Lamek wygląda więc na człowieka bardzo rozdartego. Nie znajdziemy bezpośredniego znaczenia imienia „Lamek”. Jedno z prawdopodobnych znaczeń tego imienia to: „silny, młody mężczyzna”, ale ma swoje korzenie bardziej w języku arabskim.

Hebrajski wyraz można rozbić na części pierwsze, z których uzyskamy dwa wyrazy ל (le) oraz מכך (makak) lub מוך (muk). To pierwsze słówko opisuje fizyczny lub mentalny ruch w jakimś kierunku a dwa pozostałe to czasowniki: pierwszy oznacza „zejść, sprowadzić, upokorzyć”, a drugi oznacza obniżenie w sensie społeczno-ekonomicznym. Znaczenie tego słowa obraca się wokół uniżania, upokarzania, sprowadzenia do niższej rangi. To powoduje, że ma zupełnie odmienne znaczenie od tego pierwszego, arabskiego.

Próba wytłumaczenia znaczenia imienia Lamek pokazuje już więc rozdarcie w samym znaczeniu słowa. Z jednej strony silny, młody, a z drugiej upokorzony, sprowadzony do niższej warstwy społecznej człowiek.

Lamek jest więc człowiekiem, którego tożsamość jest bardzo rozdarta. Taka jest jednak prawda o każdym z nas. Też nosimy w sobie takie rozdarcie. Chcemy widzieć w sobie siłę i młodość w szerokim tego słowa znaczeniu. Jednocześnie jednak doświadczamy częściej lub rzadziej upokorzenia, uniżenia. Chcemy mieć wysokie poczucie wartości, a mamy bardzo niskie. Pragnienia bywają dalekie od rzeczywistości. W tym rozdarciu można oczywiście wyjść na prostą, znaleźć złoty środek, ale można też popełnić wiele błędów. Słowa Lameka sugerują, że popełnił błąd. Winę za ten stan przerzucił na Boga. Zapomniał, że przekleństwo zostało sprowadzone na ziemię z winy człowieka, a nie z zachcianki Pana Boga. Źle ocenił swoją sytuację. Czy tak było faktycznie, tego nie wiemy. Szukał jednak pociechy w swoim synu, Noem. Szukał pociechy w człowieku w miejsce Boga. Okazało się oczywiście, że życie Noego było przełomowe i zaowocowało tym, że ludzkość przetrwała na ziemi. Czy jednak zdanie, które wypowiedział przy narodzinach Noego było dobre czy złe - to pytanie pozostawiam otwartym. Chciałbym raczej, żebyśmy skupili się na tym, że my też przeżywamy rozdarcie i potrzeba nam tutaj niezwykłej czujności nad sobą, żeby w tym stanie nie odejść od Boga. Skoro bowiem chce być kimś, a czuję się nikim, to łatwo obwinić Boga. Bardzo wielu ludzi tak czyni, zamiast zobaczyć, że to często nasze błędne wybory lub błędne wybory innych ludzi sprowadzają na nas poniżenie i upokorzenie. Wielu ludzi też zapomina, że oprócz upokorzenia ciągle pozostaje w człowieku niezmienna i nienaruszalna wartość, którą Bóg włożył u początku naszego życia. „W nim bowiem żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Żyjemy dlatego, że Bóg tego chce, a to czego Bóg chce jest „bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Masz w sobie siłę, wielkość, młodość. Żadne cierpienie nie jest w stanie wymazać z twojego życia tej prawdy o tobie. Możesz to odkryć tylko w bliskiej relacji z Bogiem, który cię stworzył z miłości. To nie anuluje cierpień, upokorzeń, ale zmieni twoją perspektywę ich przeżywania. Nie wiemy więcej o życiu Lameka, o jego podejściu do życia. Mamy tylko to jedno zdanie. Wiemy jednak, jak nasze życie wygląda i jakie jest nasze podejście do życia. Niech będzie pełne ufności względem Jezusa, który „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2, 6-7).