Wczoraj wspominaliśmy. Czy dziś pamiętamy? Co ma epidemia do św. JPII?

Wczoraj świętowaliśmy 100-lecie urodzin św. Jana Pawła II. Dziś dla mediów temat papieża to już odgrzewany kotlet. Życie toczy się dalej. Trzeba szukać kolejnego tematu. Czy nasze przeżywanie działa na tym samym mechanizmie?

Pamiętamy jak św. Jan Paweł II umierał. A może nie pamiętamy? Może warto to sobie przypomnieć. Był piątek 2 kwietnia 2005. Papież z ciałem osłabionym chorobą Parkinsona, licznymi operacjami, także tymi po zamachu na jego życie, a także po grypie, infekcji dróg moczowych i z niewydolnością oddechową umierał w swoim łóżku w Rzymie. Czuwaliśmy, modliliśmy się już od wielu dni w naszych domach, ale i na Placu Św. Piotra gromadził się nieprzebrany tłum. To była modlitwa non stop. Nie skończyła się nawet, gdy papież odszedł do Ojca o 21.37. Kolejne dni to dalej znak symbolicznego zjednoczenia z ojcem świętym, świece w oknach i modlitwa punktualnie w godzinie jego śmierci.

Później ciało Jana Pawła II wystawione zostało do publicznego pożegnania. Następnie pogrzeb 8 kwietnia 2005 r. i niekończący się ciąg pielgrzymów, których ok. 25 tys. dziennie oddawało hołd naszemu rodakowi. To była niesamowita łączność. Wiele łez, gestów pojednania, wielkie poruszenie i wstrząs społeczny, w wielu środowiskach, także tych niereligijnych. Z czasem emocje słabły, to normalne, ale od czasu do czasu pamięć i przeżycia związane ze św. Janem Pawłem II rozbudzały liczne okazje jak beatyfikacja, kanonizacja, czy tak jak wczoraj – 100. rocznica urodzin.

Historia się powtarza

Stosunkowo niedawno czuliśmy podobne, emocjonalne, poruszenie. Stało się coś nieoczekiwanego. Epidemia, pandemia… Skala nowego wydarzenia była (i jest) ogromna. Wzrastające liczby chorych, postępująca niepewność o jutro, obawy o zdrowie, gospodarkę i naszą psychikę podczas izolacji. Ograniczenia w praktykowaniu wiary. W pierwszym momencie szukaliśmy nadziei i wydawało się, że to może być to! Przełom! Wielki bodziec dla ludzkości, by stać się lepszym społeczeństwem, solidarnym, życzliwym, wrażliwym na innych ludzi. Bezprecedensowe ugody i współpraca nawet w polityce szokowały wielu obserwatorów życia społecznego.

Nie trwało to jednak długo. Szybko do głosu doszły wrogość, począwszy od walki w polityce, afery wyborczej, aż po konflikty w samej tkance społeczeństwa, hejt na lekarzy z jednego bloku mieszkalnego, niezrozumienie, prowokacje, ataki w sieci. Zluzowało się też podejście ludzi do zagrożenia (to już inna sprawa czy słusznie, czy nie). Sęk w tym, ze bodziec się wypalił i stracił swoją moc.

Oczywiście więź, jaka łączyła papieża z jego „pokoleniem”, budowana była całe dekady. Relacja z osobą też zawsze budzi większe emocje niż zdarzenie.

Czy coś się zmieni?

Nie jest niczym odkrywczym stwierdzenie, że emocje gasną po czasie, a podobne zdarzenia mają charakter falowy – wznosząca i spadek. Czy również po epidemii za parę miesięcy nie będzie śladu w naszych głowach? Ślad na pewno pozostanie w portfelach, ale czy to doświadczenie nas czegoś nauczy? Wydaje się to wstrząsające, ale warto zadać sobie pytanie – jakiego kalibru zdarzenia musimy doświadczyć, żeby przebudować społeczeństwo na lepsze? Czy to w ogóle możliwe? Obserwujemy nasze znieczulenie. Filmy, gry, książki, newsy, programy TV – wszystko to jest coraz ostrzejsze, mocniejsze, żeby dotknąć nas i jakkolwiek poruszyć. Czy widzieliśmy już wszystko?

Na szczęście znamy jedno wydarzenie, które daje nam nadzieję. To śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Czy spolaryzowało społeczeństwo? Tak. Ale czy jego moc wygasła? Nie. To dlatego, że jest ciągle żywe, mocą samego, żywego Boga, w sakramentach, doświadczeniach wiary i modlitwy. Gdy doświadczasz dołka z powodu całego brudu, jaki dzieje się w świecie, pamiętaj, że jest przeciwwaga. Warto się tego trzymać.