Ku nowej normalności

Kiedy patrzymy na wiosnę w pełni i odczuwamy na twarzy promienie słońca zapowiadające niechybne nadejście lata, rzeczywistość koronawirusa wydaje się być prawie nierealna. Jakże myśleć o śmierci, kiedy wokół nas cały świat się właśnie ożywia? A jednak… Wszędzie słyszymy, że mamy przygotować się do „nowej normalności”. Co to właściwie oznacza? Nikt jeszcze do końca nie wie, bo sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie. Nie jesteśmy pewni, czy w ogóle jest szansa na powrót do świata, który znamy jeszcze z początku roku. Chciałoby się poprosić o ponowne załadowanie programu 2020, bo pojawił się w nim wirus!

Ale może właśnie nowa normalność będzie dla nas i dla świata błogosławieństwem? Przynajmniej w pewnym wymiarze. Przede wszystkim ludzie będą się poważnie zastanawiać, czy wybrać się w podróż w dalekie strony. Teraz okazuje się na przykład, jak wiele spotkań może odbywać się bez potrzeby przemieszczania się. Ileż mniej zanieczyszczania naszej planety! Również ekonomia przestawia się naturalnie na bardziej lokalne tory.

Nie wiem, czy wiecie, ale ten wirus nie jest główną przyczyną śmierci ludzi na świecie. Możecie zajrzeć na znaną stronę worldometers. Zobaczycie tam, że do maja 2020 roku zmarło już ponad 21 milionów ludzi, z czego „tylko” 317 tysięcy z powodu koronawirusa (stan na 18.05.2020), podczas gdy prawie 2 miliony zmarło ze względu na palenie papierosów, około 3 miliony na raka, bardzo dużo z głodu i malarii oraz prawie 200 tysięcy na normalną grypę. Dlaczego więc tak bardzo boimy się COVID-19 i tyle się o tym mówi? Może dlatego, że jest pośród nas, a nie gdzieś tam daleko w świecie? Zastanówcie się na tym pytaniem.

Ale, jak dobrze wiecie, mnie interesuje bardziej to, co się dzieje w naszych sercach. Wspominany w poprzednim odcinku św. Benedykt podkreślał, że naszym zasadniczym życiowym zadaniem jest wzrastanie w człowieczeństwie. Obecna sytuacja uświadamia nam bardziej niż kiedykolwiek, jak mało mamy kontroli nad naszym życiem. Co prawda wiele ograniczeń powoli znika, ale niektóre z nich jeszcze długo będą nam o tym fakcie przypominały: nie mam bezwzględnego wpływu na to, co dzieje się w moim życiu!

Nasze zamknięcie w czterech ścianach domu wiąże się z uczuciową mieszanką lęku i znudzenia. W erze medialnej radzimy sobie z tymi uczuciami poprzez używanie naszych prawie-inteligentnych telefonów. Ale czy potrafimy przyznać się do lęku i do znudzenia przed samymi sobą? A przyznając się do nich, wskazać na potencjalne drogi wyjścia?

Kiedyś każdy z nas umrze. Wiem, wiem – nie lubimy zajmować się tym tematem. To, czym teraz w czasie pandemii najbardziej się martwimy, jak na przykład stan naszych kont, w perspektywie spotkania się z Panem Bogiem nie będzie miało w ogóle znaczenia. Dotyczy to również naszych tytułów oraz osiągnięć zawodowych. Jak to pięknie wyraził św. Jan od Krzyża, pod wieczór naszego życia sądzeni będziemy z miłości. Warto to sobie od czasu do czasu przypomnieć. Nasze życie jest nam w pewnym sensie wypożyczone…

COVID-19 i codzienne wiadomości na temat liczby zmarłych są niewątpliwym znakiem tego, że śmierć jest rzeczywistością, która nikogo nie pomija. Wydaje się, że to przypominanie jeszcze szybko się skończy. Mimo to idziemy dalej w życie i jego nową normalność. Może tylko z większą pokorą wobec faktu, że nie na wszystko mamy wpływ oraz pamiętając o tym, że jesteśmy tylko pielgrzymami na tej ziemi, a nasza ojczyzna jest w niebie. A jednak idziemy do przodu ufając, że Pan Bóg w tej nowej normalności chwyci nas za rękę i poprowadzi bezpiecznie.