Czy grozi nam zanik wiary?

Co może mieć wspólnego struś z kondycją naszej wiary w dobie pandemii? Lemarck pewnie powiedziałby, że wiele. Jean Baptiste de Lamarck jest autorem pierwszej materialistycznej teorii ewolucji. Cały Lamarkizm można streścić w jednym zdaniu: narządy nieużywane uwsteczniają się i zanikają. Struś kiedyś tam z jakichś powodów przestał fruwać. Efekt jest taki, że dzisiaj już nie potrafi tego robić. Skrzydła co prawda jeszcze ma, ale pewnie za jakiś czas i one zanikną. Czy to samo grozi naszemu życiu religijnemu?

Proboszcz grzmi

To była jedna z niedzielnych Mszy przed laptopem. Dopiero przy Ewangelii zorientowałem się, że zamiast uczestnictwa live odsłuchujemy Mszę z zeszłego tygodnia. Kliknąłem nie to co trzeba. Mój błąd. Ale może tak miało być. W trakcie kazania ksiądz proboszcz z niepokojem mówił o groźbie wirtualizacji naszej wiary. Dotknęło mnie to ostrzeżenie wyjątkowo. Tym bardziej, że przed chwilą stałem się tej wirtualizacji ofiarą.

Biskup grzmi

Okazuje się, że ten problem dostrzegają też inni. Na przykład opolski biskup Andrzej Czaja. 20 kwietnia opublikował dekret, w którym zakazał udostępniania w mediach nagrań obrzędów kultu religijnego po ich zakończeniu. Przeczytajcie dokładnie. Nie zakazał uczestnictwa we Mszy online na żywo, ale umieszczania w sieci nagranych obrzędów po to, by inni mogli je sobie odtwarzać. Jak ja to zrobiłem. Tak jak to się robi z koncertami albo meczami piłkarskimi. Zdaniem biskupa, o ile uczestnictwo online we Mszy świętej na żywo może jeszcze być jakąś namiastką, o tyle odsłuchiwanie czegoś takiego kompletnie mija się z celem. Można oczywiście posłuchać dobrego kazania albo gry zawodowego organisty, z czym u nas różnie bywa, ale przeżywać sakrament jakim jest Najświętsza Ofiara odtwarzając umieszczony na jakimś serwerze plik to już absurd. Tak uważa biskup Czaja. Ja chyba też. Rodzą mi się w głowie też inne pytania. Czy można podczas sieciowego kazania napić się herbaty, czy klękać przed telewizorem w czasie podniesienia, czy żegnać się w czasie błogosławieństwa (skoro, jak wiadomo) jakiekolwiek sakramentalne moce nie przechodzą przez media? Jakiś czas temu w internecie zawisła domena stylizowana na stronę Radia Maryja. Promowała ona spowiedź online w kilka minut. Najpierw trzeba było wypełnić mini formularz z trzema pytaniami:

  • Czy przeprowadziłeś rachunek sumienia?
  • Czy żałowałeś za grzechy?
  • Czy odmówiłeś poprzednio zadaną pokutę?

Potem duże pole do wpisywania grzechów i deklaracja poprawy. Po kliknięciu OK i wpłaty na rzekome konto Radia Maryja dobrowolnej opłaty 25 zł następował transfer grzechów, po którym z naszego konta znikała lwia część oszczędności. To oczywiście oszustwo. Kościół nie pozostawia wątpliwości: nie ma opcji wirtualnych sakramentów. Nawet wielkanocne święcenie pokarmów online nie wchodzi w grę, choć podobno próbowano. Ale jak we wszystkim, i tu jest jeden wyjątek. Papieskie błogosławieństwo Urbi et orbi. Jest Rzymowi i światu udzielane kilka razy w roku. Działa nawet wirtualnie. Łącznie z łaską odpustu zupełnego. Jak to jest możliwe – nie mam pojęcia. Kwestia wiary.

Papież też grzmi

Na jednej z porannych Eucharystii w Domu Świętej Marty papież grzmiał, że nie wolno ograniczać praktykowania wiary jedynie do wymiaru wirtualnego. Zagraża to naszej wierze realnej i rzeczywistemu udziałowi w sakramentach. Osobista relacja z Jezusem ma zawsze wymiar wspólnotowy. Pustelnicy to zupełnie inna liga. Generalnie życiu religijnemu bez żywej wspólnoty, bez Kościoła i bez sakramentalnego chleba zagraża prawo Lemarcka. Takie życie może przerodzić się w gnostycyzm, egoizm albo herezję. Papież oceniając aktualne funkcjonowanie katolików powiedział gorzkie słowa: to nie jest Kościół. To Kościół żyjący w trudnej sytuacji, na co pozwala Pan, ale ideałem Kościoła jest zawsze wspólnota z obecnością ludu mogącego przystępować do sakramentów. Papież powiedział, że tkwimy w tunelu, z którego musimy się wydostać. Dobrze gdyby chociaż jakieś malutkie światełko było widoczne na jego końcu. Widzimy je?

Największe zagrożenie

Dawno nie byłem u spowiedzi. Na Mszy w realu od czasów pandemii może ze dwa razy. Chwila nieuwagi i wszystko wywróciło się do góry nogami. Wyczuwa się napięcie i niepokój wśród kapłanów. Ich (sorry za wyrażenie) posługa też jest zagrożona. Jest pytanie, czy wierni wrócą do kościołów w takiej ilości w jakiej z nich odeszli. Wśród wiernych też słyszy się o głodzie sakramentów. Pytam siebie – czy realnie odczuwam taki głód? Czy to co mógłbym uznać za niego nie jest jedynie zwykłym sentymentalnym przywiązaniem do znaków, wnętrz i ludzi? Taką ludzką tęsknotą za czymś co znam i z czym dobrze się czuję? Myślę, że w sercach wielu z nas rodzi się niepokojąca refleksja: przestałem chodzić do kościoła, spowiadać się i przyjmować Jezusa w Najświętszym Sakramencie, a jakoś żyję i nie czuję tego braku zbyt boleśnie. Może być ta refleksja jakimś rozczarowaniem, że odcięcie od stołu Pańskiego tak zaskakująco słabo mną szarpnęło. Od pierwszej lekcji religii wbijano mi do głowy: Eucharystia jest szczytem chrześcijańskiego życia. A Jezus na potwierdzenie tego mówi: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Wystarczy, że przez jeden dzień nic nie włożę do ust. Roznosi mnie. Z realnym odczuwaniem głodu pokarmu fizycznego nie mam najmniejszych problemów. Więc jak to jest?

Największym zagrożeniem dla naszego życia duchowego wcale nie są zamknięte czy nawet zburzone kościoły. Największym zagrożeniem jest to, że mając je piękne zbudowane i na oścież otwarte nie będziemy czuli potrzeby by do nich wejść.