Uciekam

Świat oszalał. Chorych przybywa. Polityka coraz bardziej przypomina klatkę MMA, gdzie kopie się hejtem, bluzgiem, propagandą, kpiną, inteligentnym cynizmem. Nie wierzę im. Mechanizmy, które decydują o popularności polityka nijak nie mogą zbudować mojego zaufania wobec niego. Co z tego, że ktoś dobrze ogarnia internet i jest wygadany? Innym zarzuca się manipulację i populizm stosując jednocześnie te same patenty. Potencjalna Pierwsza Dama zapowiada, że w razie czego będzie wobec wyborców szczera i pozostanie sobą. Mdlą mnie takie puste banały. Dobrze, że to powiedziała, bo jeszcze ktoś gotów był pomyśleć, że będzie kłamać i udawać kogoś, kim nie jest. Mój Boże, jacy my jesteśmy super. I tak w kółkomacieju. Może oni wszyscy nas robią w bambuko? Tak czy inaczej wyłączam się. Uciekam. Na inną planetę. Bo jak się okazuje, są na naszej planecie inne planety.

Into the wild

Moja fascynacja dziką naturą jest stara jak ja. Najpierw były góry. W Tatrach zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Im dalej od śladów ludzkiego geniuszu tym lepiej. Wtedy, na jednym ze szczytów pomyślałem sobie, że jeśli jest na świecie miejsce, w którym mieszka Bóg, to są to góry właśnie. Himalaje to już była inna planeta. Zakochany do granic, choć zawsze czułem, że nie spełnię się nigdy w tej miłości. Potem dopadła mnie powalająca przestrzeń oceanów. Historię Naomi James przeczytałem jednym tchem. To pierwsza kobieta, która samotnie opłynęła świat trasą wokół przylądka Horn. Właśnie przyszedł czas na trzecią odsłonę mojej fascynacji planetą. Świat podbiegunowy.

Eskimos to obelga

Nazwać Eskimosa Eskimosem, to tak jak nazwać Murzyna Czarnuchem albo Roma Cyganem. Nie wypada. Delikatnie mówiąc. Eskimos znaczy pożeracz surowego mięsa. Tą obraźliwą ksywkę nadali mieszkańcom krainy wiecznego lodu Amerykańscy Indianie, którzy przez wieki z nimi wojowali. Od teraz nie będę używał nazwy Eskimos. Tylko Inuita.

Inuici

Życie Inuitów jest doprawdy fascynujące. Przynajmniej dla kogoś, kto żyje w centrum ucywilizowanej do bólu Europy. Jest we mnie jakaś tęsknota za tym magicznym, nieznanym światem kojarzonym głównie z futrem na około głowy, igloo i fokami. A wszystko zaczęło się cztery i pół tysiąca lat temu. Przodkowie Inuitów zamieszkiwali wtedy tereny Azji. I pewnie żyli by tam do dzisiaj, gdyby nie agresywna działalność innych azjatyckich plemion. Krótko mówiąc, praprzodkowie Inuitów byli zmuszeni się zawijać. Ruszyli na północ. Pokrytą wtedy lodem Cieśniną Beringa dotarli na dzisiejszą Alaskę. Potem pomału przesuwali się wzdłuż brzegu morza polarnego. Tutaj zasiedlali liczne wyspy Archipelagu Arktycznego. I wciąż szli dalej. Aż przez Półwysep Melville’a i Ziemię Ellesmere’a dotarli do Grenlandii. I tu zostali do dzisiaj. Lekko nie mają. Arktyka zna jedynie dwie pory roku – lato i zimę. Z tym, że lato trwa tylko dwa miesiące. A największy upał na jaki można wtedy liczyć to 10 stopni Celsjusza. Zimą w porywach temperatura spada nawet do minus 60. Słońca miesiącami tutaj nie widać, a opady śniegu i śnieżyce to norma. Taka pogoda może trwać nawet przez 100 dni w roku. Silny mróz zagraża drogom oddechowym, osłabia krążenie krwi i powoduje odmrożenia. Jak pojawia się słońce też nie jest dobrze. Inuitom zagraża wtedy ślepota śnieżna. Jak nietrudno się domyśleć, nie da się tu niczego uprawiać. Więc lokatorzy północy są skazani na polowania. A polowanie w takich warunkach, z takim sprzętem i na takie zwierzęta (niedźwiedź polarny, mors, wieloryb) to czyste szaleństwo. Dieta opiera się głównie o mięso. Często surowe. To nie jest najzdrowszy sposób żywienia. Brak drzew stwarza problemy z budową schronień i zapewnieniem opału. W takich warunkach trudno o przetrwanie. A jednak Inuitom się to udało. I wygląda na to, że nie narzekają jakoś specjalnie.

Adaptacja

W ciągu tysiącleci Inuici dostosowali się do warunków panujących na północy. Są niscy i krępi. To ma znaczenie. Mniejsze ciało – mniejsza praca serca by utrzymać krążenie i ciepło. Dlatego części ciała wystawione u Inuitów na działanie mrozu są lepiej ogrzewane niż u mnie. Spłaszczony nos sprawia, że powietrze przed dotarciem do płuc lepiej się ogrzewa, a dzięki odpowiednim genom ich organizm świetnie radzi sobie z dietą wysokotłuszczową. W ich szafie można znaleźć prawdziwe cuda. Bieliznę z ptasich piórek zakładanych puchem do wewnątrz, spodnie ze skóry białego niedźwiedzia na chłodniejsze dni, albo z foki lub karibu na cieplejsze. Buty Innuici wykonywali albo ze skóry foczej albo niedźwiedziej. Dwuwarstwowe, włosami do ciała i na wierzch. Ciepłe i antypoślizgowe. Nasze HiMountainy i Quechuy mogły by się od Innuitów sporo nauczyć. Legendarny norweski podróżnik Amundsen tak to ujmuje:

Z mego doświadczenia wynika, że inuicki ubiór zdecydowanie przewyższa odzienie europejskie. Należy jednak nosić wyłącznie ubranie miejscowych lub nie nosić go wcale. Każde połączenie jest złe. Wełniana bielizna wchłania cały pot i sprawia, że odzież wierzchnia szybko robi się mokra. Człowiek ubrany w całości w skórę renifera, jak Inuita w na tyle luźnym stroju przy ciele, by powietrze mogło krążyć między warstwami odzienia, z reguły będzie miał suchą odzież.

Bleee…

Fascynuje mnie biały ląd. Ale za nic w świecie nie chciałbym być zaproszony przez innuicką rodziną na obiad. Za duże ryzyko. Ich zwyczaje żywieniowe mogą szokować. Oto wspomnienie naocznego świadka jednej z biesiad: po upolowaniu karibu, myśliwi rozcinali mu brzuch i od razu zjadali część wnętrzności wybierając je rękami. Zgarniali też krew, którą wlewali do żołądka zwierzęcia, zawartość mieszali kością, a następnie po prostu spożywali. Przygotowane w ten sposób danie to kaszanka po inuicku. Na porządku dziennym było też zjadanie przez Inuitów mięsa nadgniłego, zepsutego lub przemarzniętego. Jeszcze bardziej szokująca bywa ich obyczajowość. Ciężkie warunki życia sprawiły, że wśród Inuitów wytworzyły się wyjątkowo silne więzi społeczne. Chyba za silne, skoro normalnym jest tutaj zwyczaj oddawanie dzieci do adopcji w celu utrzymania społecznej równowagi. To nie wszystko. Jest jeszcze praktyka wymieniania się żonami (sic!). Podobno nawet sam Amundsen doświadczył tej liberalności i jednej z Inuitek spłodził dzieciaka. Jeszcze w latach 70-tych kilka osób żyjących w osadzie Gjoahavn twierdziło, że są wnukami słynnego odkrywcy.

Misz masz

Kulturalnie Inuici wyżywają się głównie w rzeźbiarstwie. Rzeźbi się z kłów morsów, kości wielorybów i czasem z drewna. Z konieczności rzeźby są miniaturowe. Są to ozdoby, amulety i zabawki. Maluje się też, ale rzadziej. Głównym instrumentem jest tutaj bębenek z morsiej skóry. Do wystukiwanego na nim rytmie tańczy się i śpiewa po prostu. Takie obrzędy to dobra okazja, by wyrzucić z siebie swojemu wrogowi to co ma się na wątrobie. Taka chwila szczerości, której celem jest pojednanie. To mi przypomina nasze wspólnotowe kręgi dzielenia. Mitologia Inuitów jest zakorzeniona w ich historii. Lecz mimo tego wszystkiego, Dobra Nowina dotarła i na Biały Ląd. Dzisiaj dominującą religią jest tutaj chrześcijaństwo. Często jednak zmieszane z tradycyjnymi wierzeniami i zwyczajami. Dziwi nas to? Misjonarze z `Czarnego Lądu opowiadają o tym, jak trudno jest ochrzczonym Afrykanom całkowicie wyciąć ich wielowiekowe przekonania. Ostatecznie Misjonarze odpuszczają i pozwalają na taki miszmasz. A europejscy chrześcijanie? To jest dopiero miszmasz. Okazuje się, że można tutaj być katolikiem i chodzić do wróżki albo innego czarodzieja. Europejski katolik może głosować za aborcją albo popierać inwazję LGBT. I tak dalej. Nie czepiałbym się tych spokojnych Inuitów. Niech sobie żyją po swojemu i będzie dobrze. Niestety, coraz mniej żyją po swojemu. Za największe zagrożenie dla nich uważa się tak zwane ocieplenie klimatyczne i zanieczyszczenie środowiska. Ale ja myślę, że jest coś jeszcze groźniejszego dla nich. Smartfony, z którymi coraz więcej dzieci biega po podwórkach.