Życie jest muzyką #2 Melodia

W muzyce

Fakty mówią, że rytm jest najważniejszym elementem muzyki. Jednak większość populacji na hasło MUZYKA reaguje skojarzeniem MELODIA. W telewizji nie znajdziesz tytułów typu Jaki to rytm albo Jaka to artykulacja. Za to Jaka to melodia owszem. Jeśli chcesz przywołać piosenkę, to zwykle nucisz melodię. Albo… wyklaskujesz rytm. Pamiętam z lekcji muzyki w podstawówce jak nauczycielka wystukiwała rytm, a my mieliśmy odgadnąć zakodowaną w nim melodię. Powiązanie melodii z rytmem jest organiczne. Nie istnieje bez niego. Rytm to ważniejsza połowa melodii. Dlaczego? Melodia bez rytmu nic nie znaczy. Rytm bez melodii znaczy na tyle dużo, że można z niego odgadnąć melodię. Czym w takim razie jest melodia? Wszyscy oczywiście czujemy, że wiemy. Że to po prostu LA LA LA i takie tam różne. Ale spróbujmy podejść do tematu naukowo. Zacząłbym od ustalenia czym jest dźwięk. Dźwięk to fala akustyczna o określonej częstotliwości. Inna częstotliwość – inny dźwięk. Im częstotliwość większa, tym dźwięk wyższy. Im mniejsza tym niższy. Genialnie to rozkminiłem 😉 Słoń wachluje swoimi uszami w skrajnie niskich częstotliwościach. Ze dwa razy na sekundę. Na drugim końcu skali jest komaro-podobna ochotka. Potrafi machnąć skrzydełkami ponad dwa tysiące razy na sekundę (sic!). Teoretycznie dźwięków jest nieskończona ilość. Tak jak nieskończona jest ilość liczb. Ale w praktyce muzycznej mamy do czynienia z selekcją. Wybrano niektóre dźwięki (czyli fale akustyczne o pewnej częstotliwości) by z nich budować melodie. A także harmonie, ale o tym w innym odcinku. Różne dźwięki uszeregowane w oparciu o jakiś rytm to właśnie bohaterka dzisiejszego pisania. LA LA LA właśnie. Ewentualnie NA NA NA. Albo JE JE JE. Muzyka wyróżnia cztery rodzaje melodyki.

Kantylenowa. Ona stoi za milionami mniej lub bardziej przebojowych kompozycji w dziejach świata. Od instrumentalnych miniatur średniowiecza, przez Symfonie Beethowena i albumy Pink Floyd, po piosenki Eda Sheerana. Jeżeli o czymś mówi się, że jest melodyjne, że wpada w ucho, że mimowolnie nuci się przy goleniu, to najprawdopodobniej mamy do czynienia z melodyką kantylenową. Choć alergicznie reaguję na stwierdzenie wpada w ucho. Może tam wpaść byle co. Niestety. Przykład melodii kantylenowej? Nie oprę się:

Figuracyjna. To melodyka, która w zasadzie nic nie znaczy. Służy jedynie wokalno-instrumentalnym popisom. Jej zadaniem jest wyeksponowanie wirtuozerii, stworzenie jakiegoś napięcia, efektu kolorystycznego. Nie wnikając merytorycznie w temat podsumuję melodykę figuracyjną tak: gęsto, szybko, błyskotliwie, od góry do dołu, od dołu do góry. Można to zrobić po mistrzowsku, z klasą. Ale i bez tego. Tutaj przykład tego drugiego (fani shreddingu, wybaczcie):

Deklamacyjna. To takie śpiewanie, któremu bliżej do gadania. Czyli niby melodia, ale nie melodia. W zasadzie tylko rytm. Dobrym przykładem jest One not samba Antoniego Jobima. Ale w dzisiejszych czasach zjawisko melodyki deklamacyjnej niepodzielnie kontrolują hip hopowcy.

Ornamentalna. Czyli z ornamentami. Znaczy ozdobnikami. Ozdobniki w melodii to takie ptaszki i zawijaski, które ją ubogacają. Są taką przyprawą do głównego dania. A jak wiemy, bez przypraw główne danie może być jałowe. Ornamenty są związane z niuansami artykulacyjnymi i frazowaniem (o tym też innym razem). Często to one są istotą piękna wykonywanej melodii. Takim okresem był barok. Oni mieli wtedy hopla na punkcie ozdobników. Wszelakich. Jak na przykład tu:

Pisałem wcześniej, że muzyka wyselekcjonowała sobie do swoich potrzeb z nieskończonego oceanu dźwięków tylko niektóre, by z nich budować różne melodie. Ale takie coś nie dokonuje się w gabinecie muzykologów. To efekt wielowiekowej ewolucji całej kultury. Świat w którym my żyjemy wybrał sobie z oceanu tych dźwięków jedenaście. Zaskakująco mało. Ale możliwości kombinacji tych 11 dźwięków w oparciu o różne rytmy i powtórzenia jest zaskakująco dużo. Chyba nie da się tego policzyć. Nasz system, który obraca tymi jedenastoma dźwiękami nazywa się dur-moll. Przy okazji harmonii rozwinę temat. To absolutny hegemon naszej kultury. Wszystkie melodie jakie znamy i najprawdopodobniej jakie poznamy opierają się na nim. Co nie znaczy, że nie ma innych. Na przykład system ćwierćtonowy. Ten do swoich melodii używa dwa razy więcej dźwięków. Ale nasze ucho jest tak zdominowane przez dur – moll (półtony), że melodie ćwierćtonowe odbieramy jak niezrozumiałe pitolenie na rozstrojonym instrumencie.

W życiu

Melodie są jak emocje i uczucia. Czasem wesołe, czasem smutne. Poważne, śmieszne, delikatne, gwałtowne. Jeśli miałbym określić, czym są melodie naszego życia, to powiedziałbym, że są nim nasze uczucia właśnie. Generowane przez wszystkie relacje jakich doświadczamy. Z drugim człowiekiem, ze sobą samym, z Bogiem. Z naturą. Ze sztuką. Ze światem. Każda relacja tworzy w nas jakąś emocjonalną melodię. Jedne chcemy, by wybrzmiewały jak najdłużej. To melodie szczęścia, które słyszymy spotykając ukochane osoby, spełniając się, doświadczając poczucia bezpieczeństwa. Są takie, których najchętniej wcale byśmy nie słuchali. Bo towarzyszą bolesnym momentom. Szkoda, że nasze serce nie jest jak MP3. Moglibyśmy wgrać do niego tylko te piosenki, które uwielbiamy. A tak, musimy słuchać wszystkiego co tam się znajdzie. Może tak ma być? Może jest jakiś sens w tym, że nie słuchamy tylko tego na co mamy ochotę? Jest jedna szczególna melodia. Miłość. Najcudowniejsza i najbardziej zagadkowa. Bo to melodia, która potrafi być jednocześnie piękna i bolesna. A fachowcy przekonują: miłość to nie uczucie. To decyzja. Ale decyzja, z którą wiążą się uczucia bardziej niż z jakąkolwiek inną. Więc proszę, wybaczcie teolodzy, że miłość nazwę najpiękniejszą melodią życia.