Znajdź i zniszcz

Marcin Jakimowicz to mój serdeczny przyjaciel. Nie mam brata, ale on jest jak brat. Księdza Przemysława Sawy nie znam, ale Marcin go zna. Wywiad z nim kiedyś przeprowadził. Księdza Bonieckiego też nie znam. Marcin chyba też nie. A na Antarktydzie nie ma koronawirusa. Znaczy, że tam można grać koncerty. I gra się.

Czarna lista

Fala histerii jaka rozpętała się w sieci po opublikowaniu czarnej listy księdza Sawy dotarła i do mojego laptopa. Był zong. O kościelnych polowaniach na zagrożenia duchowe wiedziałem już od lat. I tutaj nagle dostaję puszkę ze skoncentrowaną listą wszelkich możliwych duchowych trucizn. Oto dowiedziałem się, że moje życie od najmłodszych lat naszpikowane było całym tym badziewiem. KISS seksualizował mój młody umysł tekstami z cyklu Love Gun (wiadomo o jaki pistolet chodzi), z AC/DC dziesiątki razy zasuwałem autostradą do piekła, a Beatlesi mieli być popularniejsi od Chrystusa. To Gwiezdne Wojny i Indiana Jones, a nie protestanckie filmy chrześcijańskie kształtowały moją wrażliwość przygodowego kina. Uwielbiałem zapach kadzidełek i zaczytywałem się w Coehlo. Ciocia z enerefu regularnie posyłała mi BRAVO, byłem na spotkaniu z hinduskim guru w pomarańczowym turbanie i próbowałem rozkminić metodę Silvy. To chyba cud, że nie stałem się erotomanem, satanistą, okultystą i wojującym ateistą o antyklerykalnym zacięciu. I że nie popełniłem samobójstwa. Wciąż jestem żyjącym katolikiem. Może gdyby nie ten kontakt z ciemną stroną mocy byłbym lepszym żyjącym katolikiem. Może. Teraz tego się nie dowiemy.

To nie tak

Ksiądz Sawa (nie mylić z Sową) w wywiadzie z Jakimowiczem trochę odkręca sprawę. Ta pierwotna wyliczanka, o które było całe to halo już nie istnieje. Była taka lista, ale robocza. Nieoficjalna. Na wewnętrzne potrzeby małej wspólnoty. Ktoś nadgorliwy wrzucił ją do sieci. No i zaczęło się. Gdyby potraktować ją śmiertelnie poważnie, to duchowe bezpieczeństwo dało by nam jedynie ubranie się w schludny strój, zamknięcie w pustym pokoju z pomalowanymi w łagodnym kolorze ścianami i powieszenie na jednej z nich obrazka z Pierwszej Komunii Świętej. W kościele już tak bezpiecznie nie jest. Można tam się natknąć na wizerunek diabła z obrazu Michała Archanioła, spotkać Litzę z tatuażami albo usłyszeć księdza śpiewającego Cohena. Ironizuję troszkę, przepraszam. Z drugiej strony jest ksiądz Boniecki. Razem z ojcem Rydzykiem jeden z najważniejszych bojowników o niejednorodność Kościoła. I dobrze. Dzięki takim katolikom nikt nie może nam zarzucić, że Kościół nie jest miejscem dla każdego. Okazuje się, że jest. Spotkanie księdza Bonieckiego z Nergalem przeszło do historii. Oto katolicki kapłan klepiąc po ramieniu kogoś, kto publicznie zniszczył Biblię wrzeszcząc: żryjcie to gówno! mówi, że to spoko gość. Nie oceniam, choć przyznać muszę, że byłem skonfundowany. Może sam Jezus by się tak zachował? Jego stosunek do grzeszników był przecież powodem skonfundowania większości faryzeuszy. Jeżeli ktoś wierzy w Boga i demony, to i wierzy w istnienie duchowych zagrożeń. Problem nie jest w tym czy istnieją czy nie istnieją. Bo istnieją. Problem polega na odkryciu gdzie tak naprawdę się czają. Czy kształt, wizerunek, kolor, melodia, brzmienie, zapach albo smak same z siebie mogą nam zrobić duchowe kuku? Chodzi o to, by nasze życie nie dominował lęk przed diabłem, ale zaufanie Bogu.

Zimno

Antarktyda jest dla mnie miejscem magicznym. Przyciąga jak na biegun przystało. To jak inna planeta. Inny świat. Chciałbym tam pojechać. Technicznie do wykonania. Finansowo gorzej. Na siódmy, najmniej zbadany kontynent globu, są organizowane profesjonalne wycieczki. Mamy do dyspozycji dwa miejsca wypadowe. Albo argentyńskie Ushuaia w Ziemi Ognistej, albo Punta Arenas w Chile. Jak już uda nam się tam dotrzeć, usłyszymy, że ceny rejsów na Antarktydę zaczynają się od 4 tysięcy dolarów (sic!). I to bez gwarancji luksusowych kajut czy innych wygód. Taka wycieczka tam i z powrotem to zazwyczaj około 10 dni. Statek dociera najpierw do granic koła podbiegunowego, czyli granic Antarktyki. Do samego lądu Antarktydy dociera się pontonem. Lodowe góry, tysiące pingwinów i stacje badawcze. I mróz. Najzimniejszą temperaturę odnotowały tutaj satelity: – 93,2 stopni Celsjusza. Ale generalnie – 30 to taki standard. I żeby nie było nieporozumień – tutaj nie ma Eskimosów. Oni żyją na Grenlandii. To gdzie indziej. Ok, ale co mają wspólnego zagrożenia duchowe z Antarktydą? Czytajcie dalej. Kilka lat temu to właśnie tutaj koncert zagrała Metallica. Żyjący legenda metalu. Metallica jest na czarnej liście. Sprawdźmy to.

Freeze’Em All

Na początek zagrali Creeping Death. Odpadłem, kiedy zacząłem czytać tłumaczenie:

Niewolnicy, Hebrajczycy urodzeni, aby służyć faraonowi.
Zważajcie, na każdy jego rozkaz, żyjcie w strachu.Wierzcie w nieznanego Zbawiciela. Czekajcie.
Coś musi się stać, minęło czterysta lat. Teraz naprzód mój ludu do Ziemi Obiecanej.
Idźcie. Ja będę z wami, będę gorejącym krzewem. Krew płynie wzburzona z nurtem Nilu.
Plagi, trzydniowe ciemności, z gradu w ognia deszcz. Jak zapisano… On zginie z ręki mej. Pełznę przez ląd,
aby zabić pierworodnego. Ja, Władca przestrzeni, Niszczyciel, Zrodzony, wkrótce dotrę na ceremonię śmierci
Ja pełznę na dno ciemności. Krwią baranka drzwi splamione ominę.

I co my na to? To nie jest Luxtorpeda. To Metallica. Najlepsza interpretacja biblijnej historii o uwolnieniu narodu wybranego z niewoli egipskiej jaką znam.

Poszło też Master of Puppets:

Koniec namiętnej gry. Jestem twoim źródłem samozniszczenia.
Żyły pulsujące strachem, wsysają najczystszy mrok prowadząc cię ku śmierci.
Skosztuj mnie, a zobaczysz, że potrzebujesz już tylko więcej.
Więcej to sposób którym cię zabijam.
Mistrz marionetek, pociągam za twe sznurki wypaczając twój umysł i niwecząc twe marzenia.
Oślepiony mną, nie widzisz nic.Tylko wymów moje imię, a usłyszę twój krzyk.

To wstrząsające ostrzeżenie przed dramatem narkomanii. Piosenka idealna do śpiewania na terapiach Monaru. 

One to dramat śmiertelnie zranionego na wojnie żołnierza: Świat już przeminął, zostałem sam. Boże, dopomóż mi. Wstrzymuję oddech pragnąc śmierci. Błagam cię Boże, dopomóż mi! Bardziej to przypomina słowa Psalmu niż tekst zespołu z czarnej listy. Antarktyczny koncert był równie zimny co gorący. Jak to z koncertami Metallica bywa. Ale i tak to, co najgorętsze dzieje się poza kamerami.

Hetfield

Mam słabość do tego bandu. Zwłaszcza do Hetfielda. To zdecydowanie mój ulubiony rockandrollowiec. Nie znam go osobiście i w sumie niewiele o nim wiem. Domyślam się tylko, że do grzecznych chłopaków raczej nie należy. Ale jakaś moja wewnętrzna intuicja każe mi wierzyć, że ten chłop ma dobre serce. A kiedy usłyszałem jego speach na wręczeniu nagród Rock and Roll Hall of Fame to już całkiem wymiękłem. Patrząc w kierunku żony powiedział: chciałem podziękować mojej żonie Francesco za to, że zawsze ratowała moje życie. I dziękuję moim dzieciom za to, że uczą mnie jak należy kochać. Nawet teraz mam ciary. Facet z epicentrum całego tego brudnego showbusinessu, który dwa razy trafił na terapię antyalkoholową, od 23 lat jest z tą samą żoną i razem wychowują trójkę dzieciaków. Nie wiem jak to jest z tą ciemną stroną mocy. Z tym kto bliżej, a kto dalej od wygranej. Przypominają mi się tylko te słowa Jezusa: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Mt 28,31. I za jak najbardziej prawdopodobną uważam możliwość, że niesforny Hetfield wejdzie do królestwa niebieskiego przed pobożnym Szewczykiem.

Metallica kończy swój antarktyczny koncert. Seek and Destroy: Jedno jest pewne – nie ma ucieczki. To jest już koniec, nie będzie więcej szans. Powiedz światu ‚pa pa’. Zawsze tylko brałeś, teraz dasz coś z siebie.

Zawsze tylko brałeś. Egoizm namierzony. Znajdź go i zniszcz. Bo to on jest największym duchowym zagrożeniem.