cathopic.com

Duchu Święty przyjdź…

Będę szczery. Teologiczne i para-teologiczne próby wyjaśniania czym są poszczególne dary i owoce Ducha Świętego to dla mnie trochę masło maślane. Zupełnie nie odnajduję się w zawiłościach tych wszystkich niuansów i odcieni. Ponieważ poproszono mnie, by napisać o działaniu Ducha Świętego w moim życiu spróbowałem trochę wgryźć się w temat. Poczytałem, posłuchałem. Niestety. Nie potrafię tego przetrawić. I mam wrażenie, że pierwszym, który ucieka przed takim teologicznym zamulaniem jest sam Duch Święty.

Ok. Owoców Ducha jest dwanaście. Miłość. Radość. Pokój. Cierpliwość. Łaskawość. Dobroć. Uprzejmość. Cichość. Wierność. Skromność. Wstrzemięźliwość. Czystość.

Nawet jeżeli jest we mnie choć cząstka każdego z nich, to jest ona albo robaczywa, albo nadgnita. Kochać nie potrafię, a chciałbym. Chodzę smutny, bo świadomość bycia dzieckiem Bożym przeżywam bardziej teoretycznie. Byle wirus jest w stanie zburzyć mój pokój. Tylko co to za pokój, pytam? Serwus, jestem nerwus. Mogę kłamać i przekonywać, że nie odczuwam satysfakcji kiedy moich wrogów spotyka nauczka. Ale kto mi uwierzy? Nie nazywaj mnie dobrym. Dobry jest tylko Bóg. To zdaje się powiedział Jezus. W takim razie co ja mam powiedzieć? Ok, panią w drzwiach puszczam bez problemu. Ale nie chcielibyście mnie widzieć za kierownicą. Cichość? Nie po to zostałem gitarzystą elektrycznym, żeby być cichym. Wiernym bywam. Z tą skromnością to jest tak: o sobie potrafię mówić najgorsze rzeczy. Bo wiecie, w świecie zaawansowanych katolików to im bardziej się chłoszczesz, tym bardziej jesteś gość. Taka zakamuflowana pycha. Ale niech ktoś wytknie mi coś. Nawet jeśli zachowam zewnętrzny spokój wizerunkowy, to w środku cały chodzę. Kiedyś potrafiłem pościć. Dwa dni w tygodniu. Cały Wielki Tydzień. Dzisiaj pozostało z tego wspomnienie. A o czystości opowiem kiedy indziej. Tyle mam z tych owoców Ducha. Może przesadzam. Może nie jest aż tak źle. Może to po prostu mój wybujały apetyt na świętość?

Dwanaście owoców. Nie wystarczy jeden? Ten pierwszy. Miłość. Cała reszta się w nim zawiera. Znacie to:

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. 

Tam są wszystkie owoce Ducha! Miłość to jedyny Jego dar. Wszystko inne jest w niej. Jak kochasz, to i się radujesz i odczuwasz pokój i cierpliwie znosisz trudy i jesteś łaskawy i dobry i uprzejmy i cichy i wierny itd. Tak ja to czuję.

W moim życiu

W Medjugorie byłem wiele lat temu. Tam doświadczyłem dotknięcia Ducha Świętego. To się po prostu wie i tyle. To były czterodniowe rekolekcje. Takie ostre. Dwa dni postu, modlitwa, konferencje, Eucharystia i sen. Nic więcej. Na koniec cała nasza grupa weszła do pobliskiej bazyliki na błogosławieństwo z prośbą o wylanie darów. Nie miałem pojęcia co mnie czeka. Podszedłem do kapłana. W momencie kiedy jego ręce zbliżyły się do mojej głowy poczułem, że jakiś ogień przeszywa mnie na wskroś. Z oczu momentalnie polały się strumienie łez. Musiałem spocząć na posadzce. Nie potrafiłem stać na dwóch nogach. I wtedy oczami duszy zobaczyłem jak odsłania się rąbek nieba. I usłyszałem ten głos: nawet nie wiesz, jak ja cię kocham. Przez resztę dnia dochodziłem do siebie. Wtedy zrozumiałem jak działa Duch. Jest nieprzewidywalny, niepojęty, szalony. I wtedy zrozumiałem też, że nawet najmądrzejsze teologiczne księgi nie są w stanie o Nim nic napisać.


cathopic.com

Duch Święty pominięty? Trzeci, czyli ostatni?

Dziś uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Gołąb, języki ognia, wiatr... To różne symbole i uosobienia trzeciej osoby Boskiej. Czy fakt, że nazywamy Go "trzecią osobą" i szeregujemy na końcu "zestawienia", wpływa na naszą relację z Nim?

Łatwiej odnieść się nam do Jezusa, który w końcu jest i Bogiem i człowiekiem. Taka była zresztą Jego misja na ziemi, żeby przybliżyć nas do Boga, ukazać się realniejszym, niż kiedykolwiek wcześniej. Bóg Ojciec to dla nas często staruszek z siwą brodą, ale też w zasięgu ludzkiej wyobraźni (na ile oczywiście można ludzkim umysłem próbować objąć Boga). Z Duchem Świętym mamy większy kłopot.

Po raz pierwszy Ducha Świętego otrzymujemy przy chrzcie świętym. Potem na bierzmowaniu - to już pełen pakiet. Lub może Full Power Spirit, jak nazywa się jedna z kapeli chrześcijańskich. Jednak mimo bierzmowania, często traktujemy Ducha Świętego mało dojrzale, instrumentalnie. A to modlitwa przed sprawdzianem, a to kolokwium. Na zasadzie "jak egzamin, to do Ducha Świętego", parafrazując polskie przysłowie.

Tymczasem Duch Święty to "spoiwo", wypełnienie przestrzeni życia. Duch Święty jest obecny wszędzie i zawsze.

Jest jak tajemnicza "ciemna energia", której poszukują namiętnie naukowcy i która rzekomo wypełniać musi pustą przestrzeń kosmosu. Duch Święty, tak samo jak wypełnia przestrzeń życia i materii, tak samo wypełnia naszą duchowość i relacje. Mówimy, że jest uosobieniem miłości między Ojcem i Synem.

Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii "tchnął" na uczniów przekazując im Ducha Świętego i posyłając z misją Kościoła w świat. Jakiż pokorny jest Duch Święty, że pozwala się tchnąć w człowieka i zaszeregować się na trzecim miejscu. Ale chyba właśnie taka jest miłość - pokorna. Odwdzięczmy się zatem Duchowi Świętemu za Jego dobroć i częściej mówmy Mu, że Go kochamy, że dobrze że jest, że jesteśmy Mu wdzięczni. Zamiast tylko prosić o przysługi.

Na koniec zachęcamy do powiększenia wiedzy o Duchu Świętym:

  1. Lektura ciekawego artykułu na stacja7.pl - kliknij >>
  2. Rozważanie ś.p. ks. Piotra Pawlukiewicza poniżej.

https://www.youtube.com/watch?v=s5DeVPZSE-Y


Photo by James Coleman on Unsplash

Chrześcijaństwo w USA się zmienia? Szukają czegoś więcej...

Na łamach dziennika „The New York Times” ukazał się obszerny artykuł nt. „Przyszłości chrześcijaństwa” (w Stanach Zjednoczonych). Jego autorka – Tara Isabella Burton, anglikanka, badaczka trendów religijnych we współczesnej kulturze amerykańskiej – oparła swe uwagi w znacznym stopniu na śledzeniu przekazów wideo obrzędów religijnych w warunkach obecnej pandemii.

Na początku podzieliła się spostrzeżeniami z własnego mieszkania. Uczestniczyła ona w transmitowanej przez internet Mszy św., sprawowanej w anglikańskim kościele św. Ignacego Antiocheńskiego w Nowym Jorku. Z powodu braku chóru kościelnego organista oparł się na mszy gregorianskiej, sugerując wiernym sięgnięcie po XI-wieczny śpiewnik liturgiczny Liber Usualis.

Z kolei w Wielką Sobotę o północy oboje z mężem zapalili w mieszkaniu świece i wysłuchali słów hymnu Exultet: ”Prosimy Cie, Panie, niech ta świeca poświęcona na chwałę Twojego Imienia nieustannie płonie, aby rozproszyć mrok tej nocy”. Słowa te, jak pisze, nabrały zupełnie nowego znaczenia, gdy za oknem słychać było syreny karetek odwożących do szpitali kolejne osoby zarażone koronawirusem.

Burton pisze o powrocie do głębszych, mistycznych, „prawdziwych” korzeni religijnych, widocznym obecnie w całej amerykańskiej kulturze religijnej, zwłaszcza w anglikanizmie i luteranizmie.

Jako przyczynę tego zwrotu podaje ona „rozwodnienienie” nadprzyrodzonych elementów wiary: brak wiary w cuda, a nawet w Zmartwychwstanie Chrystusa w tych Kościołach. Dziś odkrywają one, że np. starożytna teologia może lepiej odpowiedzieć na współczesne problemy niż każda ze współczesnych prób ich rozwiązania.

W Ameryce mówi się już od dawna o „pełzającym sekularyzmie” lub o „kulturze postchrześcijańskiej”, co potwierdzają statystyki. Obecnie 43 proc. Amerykanów uważa się za protestantów, podczas gdy 13 lat temu wskaźnik ten wynosił 51 proc. W tym czasie zmalała też liczba katolików o 4 proc. – do 20 proc. Zaczęła natomiast wzrastać liczba osób „nie związanych z jakąkolwiek religią”: dziś uważa tak 1/4 dorosłych Amerykanów – o 16 proc. więcej niż w 2007 r.

Ponadto pojawiła się kategoria chrześcijan „bożonarodzenio-weilkanocnych”, którzy przestali chodzić na niedzielne msze i nabożeństwa. Obecnie regularnie uczestniczy w nich 40 proc. katolików i 1/3 protestantów. O zawarcie ślubu kościelnego zabiega obecnie 22 proc. Amerykanów, a więc o 41 proc. mniej niż w 2009. A naukowcy z Harvard Divinity School: Caspar ter Kuile, Angela Thurson I Sue Philips stwierdzili, że tradycyjne elementy życia religijnego: wspólnota, rytuał i intencje nabożeństw przestały być wzajemnie spójne (unboundled) dla wielu ludzi.

W tym kontekście autorka artykułu w dzienniku nowojorskim postawiła odważną tezę, że te sekularystyczne trendy mogą się zmieniać, choć w bardzo osobliwy, nie zawsze przewidywalny wcześniej sposób.

Na przykład to prawda, że powoli zmniejsza się liczba katolików amerykańskich uczęszczających na niedzielne Msze św., ale prawdą jest także to, że rośnie liczba uczestników Mszy łacińskich. Tendencję tę można było zresztą zauważyć już od kilku lat. Być może ludzie potrzebują bardziej jakiegoś elementu mistycznego w nabożeństwach. (Duszpasterz Polonii japońskiej o. Paweł Janociński, który odprawia od czasu do czasu msze dla katolików w bazie amerykańskiej koło Tokio, potwierdza to zainteresowanie śpiewaniem części stałych zaczerpniętych z łacińskich Mszy gregoriańskich.)

Z kolei niektóre Kościoły protestanckie, które dawniej wyśmiewały „zapach (kadzidła) i dzwony”, obecnie zaczynają „odkrywać i przyjmować liturgię chrześcijańską”. Przykładem może tu być wspólnota protestancka New Life Church (Kościół Nowego Życia) w Colorado Springs. Inne społeczności sięgają np. po katolickie „Oficjum za Zmarłych”, gdy odmawiają modlitwy za tych, którzy odeszli.

Według T. Burton obecna sytuacja pandemii ukazuje wielu ludziom, że życie może okazać się brutalne i jałowe, a zarazem może stanowić wyzwanie do sięgnięcia do głębszych korzeni religijnych.

Podobnie uważa Rod Dreher, wydawca pisma “The American Conservative” i autor bestsellera z 2017 r. “The Benedict Option“ (Wybór benedyktyński). Tak oto opisał on swoje odkrycia religijne:

W latach osiemdziesiątych jako nastolatek odrzucałem religię, szczególnie w jej dwóch wydaniach: jako nudne zajęcie klasy średniej lub jako pentekostalizm w stylu straszącego «ogniem piekielnym» pastora Jimmy'ego Swaggarta. To do mnie nie przemawiało. Ale gdy po raz pierwszy dane mi było zobaczyć katedrę we francuskim Chartres, zostałem jakby pociągnięty do starszych, rytualnych i estetycznych form chrześcijaństwa. Pomogło to wyrazić także mój sprzeciw wobec brzydoty i pustki współczesnej kultury.

Szczególnie młodzi ludzie zwracają się teraz do bardziej wymagającego i transcendentnego pojęcia religii.

Na przykład kleryk seminarium anglikańskiego Ben Crosby wyznał, że działalność w różnych ruchach społecznych „pozbawiła go złudzenia, że problemy społeczne można rozwiązać jedynie w sposób polityczny”. Zauważył, że nie możemy zbawić samych siebie, tylko Bóg może to uczynić i dodał: Jakże uboga jest kultura, która odrzuca wymiar nadprzyrodzony.

Pandemia pokazała, że wizja życia w Ameryce, budowana na „samorealizacji przez wolność, aby osiągnąć to, czego się pragnie”, nie jest wystarczająca.

Okazuje się teraz, że bardzo potrzebujemy siebie nawzajem. Chrześcijaństwo oferuje coś zdrowszego niż zrealizowanie swoich celów i zysków. Obecna pandemia może okazać się zarazem krzyżem, który trzeba podnieść i okazją do refleksji, czym jest miłość, którą okazał nam najpierw Chrystus – powiedział anglikański kleryk.

Źródło: KAI


unsplash

Ekspert: po pierwszej fali pandemii wiele osób popada w nierealistyczny optymizm

Mija pierwsze zagrożenie wywołane pandemią COVID-19, w efekcie coraz więcej osób zaczyna lekceważyć ryzyko zachorowania. Nieświadomie wchodzimy w tzw. nierealistyczny optymizm – ostrzega psycholog dr Marta Znajmiecka-Sikora z Uniwersytetu Łódzkiego.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski powiedział przed kilkoma dniami, że epidemia COVID-19 w naszym kraju nie znika, tylko "przechodzi w fazę pewnej kontroli". W różnych miejscach kraju mogą się pojawiać ogniska epidemii, takie jak ostatnio na Górnym Śląsku i w Wielkopolsce. Z kolei luzowanie obostrzeń może skutkować niewielkim zwiększeniem fali zakażeń.

Niebezpieczny może być jednak tzw. nierealistyczny optymizm, przed którym ostrzegają psychologowie. Pojawia się on wtedy, gdy po okresie większego zagrożenia następuje poprawa sytuacji. Wprawdzie wciąż rośnie liczba chorych na COVID-19, ale wzrasta liczba osób wyleczonych, a fala epidemii przenosi się na inne kraje. Zaczynamy wtedy błędnie oceniać zagrożenie i swą podatności na choroby.

Dr Marta Znajmiecka-Sikora z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Łódzkiego, zajmująca się psychologią pracy i organizacji zwraca uwagę, że nierealistyczny optymizm jest bardzo powszechny.

W pewnych sytuacjach – podkreśla - bywa nawet bardzo pomocny, gdy myśląc o przyszłości liczymy na szczęście i nie wierzymy w pecha. Kiedy jestem chory - ufam, że wyzdrowieję, bo mam fachową pomocą i przestrzegam zaleceń.

Optymistyczne przekonania motywują nas do działania, a w pewnych sytuacjach mogą odegrać rolę samospełniającego się proroctwa. Jednak znacznie częściej nierealistyczny optymizm skutkuje podejmowaniem błędnych decyzji i doświadczaniem negatywnych konsekwencji. Np. przekonanie, że nigdy nie choruję, może powodować lekceważenie ryzyka zachorowania, zaś przeświadczenie, że jestem świetnym kierowcą - do ryzykownej jazdy, a w konsekwencji wypadku - ostrzega specjalistka w komentarzu eksperckim na stronie internetowej Uniwersytetu Łódzkiego.

Zjawiskiem przeciwnym jest nierealistyczny (defensywny) pesymizm, nazywany tzw. syndrom czarnobylskim, gdyż zaobserwowano go po awarii w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Dr Znajmiecka-Sikora przypomina, że wielu ludzi wtedy uważało, że są bardziej narażeni na szkodliwe promieniowanie w porównaniu z innymi.

Złudzenie to – wyjaśnia - przyniosło jednak pewne skutki pozytywne – a mianowicie pesymiści częściej (niż realiści i optymiści) podejmowali działania, których celem było przeciwdziałanie wystąpieniu chorób wywołanych napromieniowaniem, takie jak np. picie płynu Lugola, powstrzymanie się od jedzenia nabiału i nowalijek, minimalizowanie przebywania na otwartym terenie.

Zdaniem specjalistki to, jak będziemy zachowywać się po pandemii i na ile jej doświadczenie zmieni postrzeganie zagrożenia COVID-19, zależy w znacznym stopniu od indywidualnych doświadczeń.

Można się spodziewać, że osoby, które w jakiś sposób osobiście doświadczyły zagrożenia, będą w stanie realnie je ocenić, a w przyszłości podejmować działania prewencyjne. Istnieje jednak ryzyko, że u wielu osób, które ominie zagrożenie, zjawisko nierealistycznego optymizmu będzie skutecznie uniemożliwiało realną ocenę sytuacji oraz podejmowanie działań prewencyjnych w przyszłości - podkreśla.

Wynika to z tego – tłumaczy – że brak osobistego doświadczenia sytuacji zagrożenia oraz jego skutków powoduje, że jego ocena jest wyższa od wydanej na podstawie skutków wyobrażonych lub zasłyszanych.

Jeżeli czegoś nie przeżyliśmy osobiście, mamy tendencję do bagatelizowania zagrożenia, np. nikt ze znanych mi osób nie zachorował, więc ryzyko zarażenia nie jest takie wysokie – podkreśla dr Znajmiecka-Sikora.

Źródło: naukawpolsce.pap.pl /zbw / zan


Photo by Caleb Woods on Unsplash

Norwegia: uchwalone prawo krzywdzi dzieci

To decyzja, która depcze prawa dzieci, podjęta bez szerokiej i pogłębionej dyskusji na temat tak ważny etycznie jak ten dotyczący życia i śmierci. To słowa z dokumentu opracowanego przez ekspertów diecezji Oslo, a odnoszące się do uchwalonego przez norweski parlament (89 głosów „za”, 80 „przeciw) w miniony wtorek, 26 maja, kontrowersyjnego prawa. Udostępnia ono samotnym kobietom zapłodnienie in vitro, zezwala na testy prenatalne, które umożliwiają eliminację dzieci chorych lub o niechcianej płci, a także uprawniają kobiety do przekazywania komórek jajowych.

Eksperci podkreślają, że powoływanie się przy uchwalaniu tego prawa na postulat postępu i konieczność zastąpienia starych przepisów nie jest argumentem.

Mówi się – czytamy w dokumencie - o potrzebie wyjścia naprzeciw pragnieniom ludzi oraz o prawie do świadomego wyboru przyszłego potomstwa, a przecież nikt nie ma prawa do posiadania dzieci, bo one są darem”. Podkreśla się w nim także, iż przekazywanie komórek jajowych definitywnie wyklucza prawo dzieci do poznania swoich biologicznych rodziców, jak również do wzrastania w normalnej rodzinie. Do tej pory prawo zapewniało, że dziecko mogło poznać przynajmniej swoją matkę. Wraz z wejściem w życie nowego prawa nawet i to będzie niemożliwe, gdyż ważniejsze staje się prawo kobiety do posiadania dziecka, niż prawo dziecka do posiadania rodziców.

Źródło: Vatican News / Paweł Pasierbek SJ


Rozważanie na niedzielę, 31 maja

J 20,19-23
Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!». A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».

Duch Święty jest Uświęcicielem. Odpuszcza nam grzechy i uświęca nasze życie. Sprawia, że nasze serca biją na nowo dla Boga. Mocą Ducha Świętego doświadczamy Bożej miłości i miłosierdzia. Postanowienie: zaplanuję spowiedź i poproszę Ducha Świętego o pomoc w rachunku sumienia.


youtube.com / misyjne.pl

Rozważanie wideo na niedzielę, 31 maja

Gdzie szukać świętych i jak to jest z tą bojaźnią Bożą? Rozkmina o. Daniela i Sandry na Niedzielę Zesłania Ducha Świętego. Zapraszamy.

https://youtu.be/C4Bj-ZdOS4A


cathopic.com

Pandemiczny rachunek sumienia

Jezus powiedział: Nic z tego, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka i na zewnątrz się wydala. Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym. Mk 7,18-23

Pandemia zmieniła zewnętrzne realia naszego życia. Czy zmieniły się też nasze grzechy? Skoro zmieniły się nasze pokusy, to i grzechy powinny. Zróbmy sobie taki zbiorowy rachunek sumienia. Tak jak uczyli mnie tego na religii. Czyli po Dekalogu. Start.

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Zgodnie z zaleceniami biskupów stałem się katolikiem internetowym. Nie ze względu na podeszły wiek czy zły stan zdrowia. Podpiąłem się pod obawiających się zakażenia COVID 19. Nie zastanawiałem się głębiej nad słusznością tej decyzji. Ktoś w końcu zapytał: a gdzie twoje zaufanie? I tak wbity został klin. Posłusznym kościołowi trzeba być. Ale nie było mowy o bezwzględnym zakazie. Słyszałem przecież wyraźnie: zaleca się. A tak łatwo odpuściłem. Może dla własnej wygody. Nagle odkryłem ten absurd: bardziej ufam spirytusowi przemysłowemu i maseczce antybakteryjnej niż opatrzności bożej. Bardziej ufam swojej ludzkiej zapobiegliwości niż Wszechmocnemu. Zobaczyłem tą kompromitującą dla mnie jako tak zwanego człowieka wierzącego kolejność - najpierw szeregi materialnych zabezpieczeń, dopiero potem modlitwa i zaufanie. To nie tak powinno być.

Nie będziesz używał imienia Pana Boga swego na daremno

Jakże dzielnie ci politycy w imię naszego dobra ze sobą wojują. Co jeden to bardziej zatroskany o nasze zdrowie. Jedni chcą wybierać jak najszybciej bo pogoda sprzyja. Inni jak najpóźniej, bo liczą, że pogoda się zmieni. Jedni drugim wytykają swoje własne grzechy. Islamscy radykałowie nie mają wątpliwości, że pandemia to Boża kara za grzechy. Ale nie tylko muzułmanie wycierają sobie w czasie pandemii gębę Panem Bogiem. Katolikom też się zdarza. Pewien ksiądz przekonywał wiernych, że wirus jest bożą karą za homoseksualizm, konkubinat i aborcję. Jeden z będących w otoczeniu Donalda Trumpa pastor, Andrew Wommack, też skłonny jest do takiej narracji. Broni Trumpa jak lew, twierdząc, że ludzie krytykujący go ulegają demonicznej iluzji. I na potwierdzenie serwuje cytat z Drugiego Listu do Tesaloniczan: Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, działanie z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia. Dlatego Bóg dopuszcza działanie na nich oszustwa, tak iż uwierzą kłamstwu, aby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale upodobali sobie nieprawość. Z kolei znany psycholog Greg Mogenson twierdzi, że koncepcja Boga, który zsyła na ziemię karę za grzechy to kompletna herezja. Czy to znaczy, że historia o Noem i potopie jest herezją? Nie wykluczam tego, że to może być jakieś Boże napomnienie. Ale do pewności mi daleko.

Pamiętaj, abyś  dzień święty święcił

Widok bezludnej bazyliki Świętego Piotra w trakcie ostatniego Triduum Paschalnego był porażający w swej ciszy i pustce. Oto coś, co nie udało się do tej pory w trakcie 2000 lat chrześcijaństwa nikomu i niczemu, nagle stało się faktem. Kościoły w czasie najważniejszego dla chrześcijan święta na całym świecie były puste. Jak to jest możliwe? Nasze ciało potrafi zakrzyczeć duszę tak bardzo, że o potrzebach tej drugiej zapomnieć jest niepokojąco łatwo. Głodu fizycznego nie da się przeoczyć. Z duchowym już tak nie jest. Głód sakramentów to delikatna materia. Nie pozwólmy, aby z racji jakiejś pandemii czy czegokolwiek innego przestał być odczuwalny.

Czcij ojca swego i matkę swoją

Ludzie opowiadali o dramatycznych scenach w przepełnionych szpitalach, gdzie wiek decydował o podłączeniu pod respirator. Starszych zwykle skazywano na śmierć, bo życie młodszego uznawano za cenniejsze. Nie potępiam, ale trochę nazizmem zalatuje. Nie mam pojęcia co zrobiłbym będąc na miejscu lekarza mającego podjąć tego typu decyzję. Obym nigdy nie musiał. I wzdycham za tych, którzy muszą. Budujące są te akcje wsparcia dla naszych starszych. Te zakupy pod drzwi, godziny w sklepach tylko dla nich.

Nie zabijaj

Naukowcy z USA ustalili, że koronawirus nie został stworzony przez człowieka. Co nie znaczy, że nie został. Naukowcy w historii ustalali już wiele rzeczy, które okazały się bzdurą. Niedawno świat obiegły kontrowersyjne słowa Trumpa, w których sugerował, że pandemia to Chińska robota. A jeśli rzeczywiście nie stworzył go człowiek, to znaczy, że cała reszta jest nieszczęśliwym wypadkiem? Nie dowiemy się, ile ludzi zmarło w wyniku blokowania informacji, zaniedbań i chronienia własnego interesu. Wirusolodzy alarmują, że ciągłe chodzenie w maseczkach uderzy w nas innymi infekcjami, a siedzenie w domu i częste mycie rąk spirolem wyjaławia naszą naturalną odporność. Niektórzy twierdzą, że lepiej nie uciekać przez zarażeniem. Złapać to paskudztwo, przechorować i uodpornić się. Mam kumpla, który mieszka w Anglii. Opowiadał w sieci o tym, jak ludzie tam kompletnie ignorowali te wszystkie zasady. W końcu sam wylądował w szpitalu. Zniknął z pola widzenia. Nie wiadomo co z nim. Ufam, że wyjdzie z tego cało.

Nie cudzołóż

O tym trąbiono od początku pandemii. Baronowa Fiona Shackleton jako jedna z pierwszych. Jej specjalnością są rozwody. Prowadziła między innymi sprawę rozwodową księcia Walii. Uważa, że przymusowa izolacja i konieczność przebywania ze sobą non-stop może okazać się dla wielu małżeństw ciężarem nie do udźwignięcia. Psychologia tłumaczy to tak: kiedy wiele czasu spędzamy osobno, możemy idealizować nasz związek i partnera. Mając wentyl bezpieczeństwa w postaci choćby wyjścia do pracy łatwiej nam rozładowywać napięcia. Kiedy tego wentylu nie ma, grozi nam dotarcie do granicy naszych możliwości. Oczywiście znajdą się pary, które ten czas mądrze wykorzystają dla pogłębienia relacji. Ale będą i takie, gdzie konfiguracja emocjonalna doprowadzi je na skraj przepaści. Wtedy nawet mrugnięcie okiem współmałżonka może być hałasem nie do zniesienia. W Chinach wzrost liczby rozwodów już jest faktem. Niestety u nas też. Trudno tego nie łączyć z pandemią. Choć ja uważam, że z głową budowanego związku żadna pandemia nie ruszy.

Nie kradnij

1 marca świat obiegła informacja o pierwszej śmiertelnej ofierze koronawirusa w USA. Wtedy Matt Colvin razem z bratem wsiedli w samochód i przejeżdżając ponad 2 tysiące kilometrów ogołocili ze środków dezynfekujących wszystkie sklepy stanu Tennessee. W sumie ponad 20 tysięcy butelek płynu do rąk (sic!). Zaczął się internetowy biznes. Jedną butelkę kupili za dolara. W porywach cena dochodziła do 70 dolców. W końcu proceder dostrzegł Amazon i zawiesił wszystkie akcje Colvina. On został z tysiącami buteleczek w garażu i nie wiedział za bardzo co z nimi zrobić. Ostatecznie przeprosił i oddał cały arsenał pobliskiej parafii. Prokurator generalny stanu Tennessee tak to skomentował: Nie będziemy tolerować sztucznego zawyżania cen w czasach, kiedy mamy tak wyjątkowe potrzeby. Podejmiemy drastyczne kroki, żeby takie praktyki ukrócić. To praktyka powszechna w czasie pandemii. Głupia paczka dwudziestu jednorazowych maseczek higienicznych potrafiła kosztować u nas na czarnym rynku i 400 złotych. Choć normalna jej cena to pewnie z 20. Ja wiem, że istotą biznesu jest kupować taniej i sprzedawać drożej. Ale bez przesady.

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu

Główny epidemiolog Szwecji, Anders Tegnell, otrzymuje anonimy z groźbami śmierci. Szwecja jest jednym z tych państw, które zdecydowało się na wyjątkowe podejście do walki z epidemią. Zastosowało metodę tak zwanej odporności zbiorowej. Państwo nie wprowadza obostrzeń, nie zamyka miejsc użyteczności publicznej, a jeśli szczególnie kogoś chroni, to osoby starsze. Zakłada się, że najlepiej jak wirusem zarażą się ci, co mają się zarazić, uodpornić się i tyle. To podejście bardzo pochwalało WHO, traktując je nawet jako wzorcowe dla innych państw Europy. Tylko, że to było w połowie kwietnia kiedy zarażonych było 15 tysięcy osób, a zmarłych 1500. Teraz zarażonych jest już około 35 tysięcy, zmarłych grubo ponad 4. Wygląda na to, że model szwedzki się sypie. A ludzie czują się oszukani, bo ich bliscy, którzy mieli żyć, umierają. Kto mówi prawdę w sprawie koronawirusa?

Nie pożądaj żony bliźniego swego

Madrycki dziennik El Mundo podaje: W czasie kwarantanny związanej z epidemią koronawirusa w Hiszpanii rośnie liczba osób zdradzających swoich partnerów w sieci, m.in. poprzez korzystanie z internetowych serwisów randkowych. Gleeden to tak zwana randkowa platforma gdzie można sobie poświntuszyć na odległość. Od czasu wprowadzenia obowiązkowej kwarantanny, czyli od 15 marca, ilość jej użytkowników wzrosła o 160 procent! A największy ponoć serwis pornograficzny na świecie ponoć w ramach walki z krzywą zachorowań i zachętą do pozostania w domach darmowo udostępnił na całym świecie swoją wersję premium. Gwiazdy porno uczą tam jak dbać o higienę i bezpiecznie uprawiać seks na kwarantannie. Pomysłowe. Porno w walce z COVID-19. Wirus za wirus. Efekt? W samej Polsce w tym czasie aktywność na portalu wzrosła o kilkadziesiąt procent.

Ani żadnej rzeczy, która jego jest

Pandemia wywraca świat do góry nogami. Niektórzy zbankrutują i być może pierwszy raz w życiu doświadczą jak to jest zazdrościć bratu finansowego błogosławieństwa. Niektórzy się wzbogacą i być może pierwszy raz w życiu będą mieli szansę okazać hojność na jaką do tej pory nie było ich stać. Pewnie będą i tacy, u których nic się nie zmieni. Tak czy inaczej, odkrywamy, że nasze życie nie zależy od nas. Nie zazdrość i nie ciesz się, kiedy inni ci zazdroszczą. I jedno i drugie jest głupie. Ciesz się tym co masz. I żyj. A po tym rachunku sumienia ja wiem jedno. Spowiedź konieczna od zaraz. Na szczęście w konfesjonałach nigdy nie może być więcej niż dwie osoby.


Wikimedia Commons / Eucharistic Miracle of Lanciano

Co się tu dzieje?! Największy cud eucharystyczny

Rygory bezpieczeństwa sanitarnego powoli się luzują, a biskupi natychmiast reagują przywracając obowiązek niedzielnego i świątecznego uczestnictwa we Mszy świętej. I bardzo dobrze. A może dobrze było Ci w domowym klimacie liturgii?

Sednem Eucharystii jest Jezus Chrystus (przeżycie ponownie jego ostatecznej ofiary z siebie samego dla nas), z którym spotykamy się na żywo, w realu. Właściwie Eucharystia to jest Jezus Chrystus. Dlatego powrót do kościołów jest nie tyle potrzebny, co niezbędny. Kiedy spotykamy się z dziewczyną lub chłopakiem, a czas epidemii ograniczył nam romantyczne spotkania na żywo, to gdy tylko restrykcje się kończą, chcemy natychmiast wrócić do spotkania na żywo, trzymania się za rękę i buziaków. To normalne. Czy w relacji z Jezusem jesteśmy tak samo uczciwi?

Mimo to czas ograniczonego uczestnictwa w Mszy świętej (głównie transmisji online) był trudny. Nawet jeśli początkowo żywo odczułeś brak realnego spotkania z Bogiem, istnieje ryzyko, że po dłuższym czasie mogłeś się  przyzwyczaić do "liturgii online" i teraz ciężko o mobilizację, by pójść do kościoła.

Warto przypomnieć sobie czym jest Eucharystia. To, co zakryte, często trudno nam sobie uświadomić. Dlatego przedstawiamy trzy niesamowite cuda eucharystyczne, dwa z nich z naszego polskiego podwórka! I żeby nie było argumentu, że to dawne, niepewne historie, bierzemy na tapetę tylko ostatnich 12 lat!

Tixtla, Meksyk, 2006 r.

Stało się to podczas Eucharystyii w XVIII–wiecznym, parafialnym kościele pw. św. Marcina z Tours. Ponieważ w kościele było ponad 600 osób pragnących przyjąć Ciało Pana Jezusa Chleb Eucharystyczny rozdzielali obaj kapłani oraz zakonnica z Zakonu Misjonarek Jezusa i Maryi. Stali w rzędzie, przy czym siostra zakonna stała po lewej stronie od rekolekcjonisty, o. Rajmunda. W pewnym momencie o. Rajmund, wiedziony jakimś instynktem, spojrzał w kierunku siostry i zdziwiony ujrzał jej zaskoczony wyraz twarzy. Drgała jej ręka, w której trzymała niewielkie cyborium, w którym znajdowały się Komunikanty. Gdy o. Rajmund spojrzał w cyborium sam się zdziwił, jedna bowiem z konsekrowanych Hostii wyglądała na zabrudzoną jakąś czerwoną substancją… Substancja wyglądała jak Krew…

Natychmiast poinformowano ówczesnego miejscowego ordynariusza, bpa Aleka Zavala y Castro, który zwołał komisję teologiczną dla zbadania niezwykłego zjawiska. Po licznych badaniach uznaną substancję za krew, ale zjawisko pozostało niewyjaśnione i w 2013 r. uznano je za cud. (źródło: swzygmunt.knc.pl)

Sokółka, 2008 r.

Cud w Sokółce jest bardzo świeży i chyba najbardziej kojarzony przez Polaków.

Ale cudów eucharystycznych w Polsce wydarzyło się co najmniej osiem! Pisze o tym portal misyjne.pl tutaj! >>

Do cudu eucharystycznego w parafii św. Antoniego Padewskiego w Sokółce doszło w 2008 r. Podczas porannej Mszy św. księdzu, który rozdzielał komunię wiernym, upadła na stopień ołtarza konsekrowana hostia. Zgodnie z procedurami została umieszczona w specjalnym naczyniu z wodą (vasculum), gdzie po upływie kilku dni miała się rozpuścić. Naczynie przeniesiono do sejfu. Po jakimś czasie zakrystianka, s. Julia Dubowska, otworzyła sejf i poczuła zapach kwaszonego chleba. Zobaczyła w naczyniu prawie rozpuszczony komunikant, a na nim czerwoną plamę przypominającą krew. Komunikant i plama krwi były ze sobą połączone, a woda nie była zabarwiona. Poinformowany o tym proboszcz polecił schować hostię w sejfie.

Po 10 dniach naczynie przeniesiono do tabernakulum w kaplicy. W 2009 r. z polecenia abp. Edwarda Ozorowskiego komunikant poddano badaniom, które wykonali prof. Maria Sobaniec-Łotowska z Zakładu Patomorfologii Lekarskiej UM w Białymstoku oraz prof. Stanisław Sulkowski. Oboje doszli do tych samych wniosków. Badany fragment podchodził z mięśnia sercowego człowieka będącego w stanie agonii. Po upływie trzech lat hostię wystawiono na widok publiczny (źródło: misyjne.pl)

Legnica, 2013 r.

W 2013 roku biskup Zbigniew Kiernikowski z diecezji legnickiej oświadczył:

W Boże Narodzenie, 25 grudnia 2013 roku, na posadzkę kościoła św. Jacka upadła hostia. Została ona podniesiona i włożona do naczynia z wodą (vasculum). Niedługo potem kapłan zauważył na niej ślady krwi. Ówczesny ordynariusz, bp Stefan Cichy, zdecydował powołać specjalną komisję, która miała obserwować i zbadać całe zjawisko.

Na zlecenie hierarchy Zakład Medycyny Sądowej przeprowadził w 2014 roku badania na wyodrębnionych fragmentach. Zaobserwowano wówczas w obrazie histopatologicznym fragmenty tkanki charakterystyczne dla serca w agonii. (źródło: deon.pl)

Czy jednak potrzebujemy cudów, żeby uświadamiać sobie, czym jest Msza święta?

Kościół uznaje ponad 130 cudów eucharystycznych na całym świecie. Trudno mówić tu o przypadku lub fejkach. Naukowcy nie potrafią rozwikłać tych zagadek. Cudu takiego doświadczył w 1984 także św. Jan Paweł II, gdy w swojej prywatnej kaplicy udzielał Komunii św. pewnej Koreance.

Największym cudem jest sama Eucharystia, a nie jej zewnętrzne, spektakularne znaki. W czasie każdej Mszy świętej, czy to w Warszawie czy Pcimiu Dolnym, Pan Jezus tak samo realnie przychodzi dla nas i daje się nam cały. Oto największy cud.


Photo by Daniel Josef on Unsplash

Co to jest 5G?

Ludzie boją się tego, co nowe, nieznane, co zmieni ich życie. Obawy, jakie ludzie wyrażają teraz w związku z technologią 5G, przypominają obawy przed wprowadzeniem prądu elektrycznego w XIX wieku - ocenia w rozmowie z PAP elektrotechnik prof. Andrzej Krawczyk.

Prof. Andrzej Krawczyk to prezes Polskiego Towarzystwa Zastosowań Elektromagnetyzmu. Elektrotechnik, twórca bloga elektrofakty.pl. Zajmuje się teorią pola elektromagnetycznego i wpływem promieniowania elektromagnetycznego na organizm. W rozmowie z PAP rozwiewa lęki związane z technologią 5G.

PAP: Jak pan się odniesie do stwierdzenia, że technologia 5G jest powiązana z pandemią koronawirusa?

Prof. Andrzej Krawczyk: Jakiś czas temu pojawiły się fake newsy, że 5G powoduje wzrost zachorowań na koronawirusa, blokuje układ odpornościowy albo ułatwia wirusom dostęp do komórek ciała. To są absurdalne stwierdzenia i kompletnie nie mają pokrycia w faktach.

PAP: Ale 5G coś jednak łączy z pandemią koronawirusa. Oba te elementy wpływają bezpośrednio na styl naszego życia, mogą zmienić świat i przynieść nam niepewną przyszłość. Może to właśnie ten lęk przed skokiem w nieznane znajduje ujście w teorii spiskowej?

A.K.: Niewykluczone. Ludzie boją się tego, co jest nowe, co jest nieznane, co zmienia ich życie. Ale pandemii COVID-19 mało kto się spodziewał. A upowszechnienia się 5G - owszem. To nie jest żadna rewolucyjna technologia. Jej wdrożenie to bowiem konsekwencja zwyczajnego procesu ewolucyjnego w inżynierii.

PAP: To z czego wyewoluowało 5G?

A.K.: W telefonii komórkowej zaczynaliśmy od pierwszej generacji, stąd nazwa 1G. Telefony służyły wtedy tylko do rozmów. Były wielkie i ciężkie. Potem pojawiła się technologia 2G, która umożliwiła wysyłanie SMS-ów. Następnie weszła 3G, która pozwoliła korzystać przez komórkę z internetu. 4G przyniosła jeszcze szybszy internet i możliwość przesyłania MMS-ów czy nagrań wideo. A 5G daje internet tysiąc razy szybszy niż dotąd - to będzie kilkadziesiąt gigabitów na sekundę, zamiast - jak dotąd - kilkudziesięciu megabitów na sekundę.

PAP: Ale np. w mediach społecznościowych pojawiają się grupy przeciwników 5G. Skąd pomysł, żeby protestować przeciwko tej technologii?

A.K.: Protesty przeciwko telefonii komórkowej nie wiążą się tylko z siecią 5G. To bardzo stara historia obaw ludzi. Już nawet wprowadzenie prądu elektrycznego na przełomie XIX i XX wieku wywoływało podobne protesty.

PAP: Przypomina mi się okrutny eksperyment Thomasa Alvy Edisona, który zabił słonicę, podłączając ją do prądu zmiennego.

A.K.: Tak, Edison chciał pokazać, że prąd zmienny - promowany przez jego konkurenta, Nikolę Teslę - jest o wiele bardziej niebezpieczny niż prąd stały. Edison eksperymentował też na skazańcach z krzesłem elektrycznym, aby zniechęcić ludzi do prądu zmiennego. To działało na wyobraźnię. Potem, w latach 70.- 80. XX w. niechęć ludzi wobec osiągnięć związanych z elektromagnetyzmem skupiła się na liniach wysokiego napięcia. Mówiono np., że krowy pasące się pod tymi liniami nie dają mleka; ludzie niszczyli instalacje. Jednak od tego czasu żadne badania nie wykazały, aby te linie energetyczne komuś robiły krzywdę. Z czasem energia protestów przerzuciła się na sieci telefonii komórkowej, a miało to miejsce od początku jej istnienia.

PAP: Zauważam pewien czynnik wspólny dla protestów przeciwko słupom wysokiego napięcia i przeciwko stacjom bazowym telefonii komórkowej. Według mnie to złowroga, nieprzyjemna architektura tych instalacji.

A.K.: Ludzie boją się tego, co jest duże, co im burzy harmonię w przestrzeni publicznej. A słupy wysokiego napięcia rzeczywiście są pod tym względem podobne do stacji bazowych.

Jednak technologia 5G może spowodować, że odejdziemy od tych dużych wież antenowych. Anteny 5G będą bowiem niewielkie, wieszane w infrastrukturze miasta: na latarniach, ścianach domów. Będzie można je tak wtopić w przestrzeń miasta, że przestaną być zauważalne. To jedna z zalet 5G. Może dzięki temu, że znikną wielkie słupy z antenami, ludzie przestaną się tak bać tej technologii? Swoją drogą w Anglii czy Holandii, gdzie też były protesty przeciwko 5G, palono w ramach nich stacje bazowe... sieci 4G! Jaki to ma sens?

PAP: Może stacje bazowe przypominają nam, że “Wielki Brat patrzy” i nie ukryjemy się przed zasięgiem nowych technologii... A jakiej wielkości jest antena 5G?

A.K.: To antena typu MIMO - nieduże płaskie urządzenie o wymiarach kilkadziesiąt na kilkadziesiąt centymetrów. Jeśli sprytnie zaplanuje się budowę infrastruktury, to takie anteny będą niezauważalne, wtopione w przestrzeń miasta. Te podświadome obawy związane z wielkością urządzeń przestaną istnieć. Kolejną zaletą tych anten jest też to, że obsługują bardzo dużo urządzeń, również telefonów komórkowych w jednej chwili.

P
AP: Ale anteny 5G będą też gęściej rozsiane w mieście. Może więc bardziej narażą one ludzi na obecność promieniowania elektromagnetycznego?

A.K.: Nie. One wbrew pozorom będą pracowały ze znacznie mniejszą mocą. Teraz antena, która wisi na stacji bazowej, aby dotrzeć do jednej osoby, emituje sygnał w szerokim obszarze. Natomiast antena „pudełkowa” będzie wysyłała wiązki promieniowania elektromagnetycznego kierunkowo, do jednego użytkownika. Inne osoby będą poza zakresem działania tego pola elektromagnetycznego. Kolejną zaletą jest to, że połączenia będą dochodziły szybciej i nie będą się zrywały. Dzięki sieci 5G przestaną istnieć kłopoty techniczne, jakie dziś mamy z zanikającymi rozmówcami podczas telekonferencji czy niemożność dodzwonienia się do bliskich w czasie Sylwestra.

PAP: Jakie będą praktyczne zastosowania dla 5G?

A.K.: Szybkiego przesyłania dużych ilości danych potrzebują choćby samochody autonomiczne. Będzie też mógł nastąpić szybki postęp telemedycyny. I tak możemy sobie wyobrazić, że pacjenta w szpitalu w Pcimiu będzie mógł operować najlepszy chirurg z Bostonu czy Oxfordu. A to tylko maleńki wycinek możliwości, jakie daje rozwój Internetu Rzeczy.

PAP: No dobrze, ale może 5G wcale nie jest konieczne, aby osiągnąć tak szybki i sprawny internet? Może wystarczy internet przesyłamy "po kablu" - przez sieci światłowodowe?

A.K.: Nie da rady. Światłowody oczywiście będą dalej wykorzystywane przy połączeniach na duże odległości, ale nie da się ze światłowodem podejść do każdego telefonu, każdego laptopa, każdego samochodu. Przynajmniej od jakiegoś miejsca internet musi dochodzić do anteny, która prześle sygnał do urządzenia.

PAP: W kontekście 5G pojawiają się głosy, że promieniowanie elektromagnetyczne nie jest naturalne. A to, co nienaturalne - traktowane jest jako złe.

A.K.: Każda technologia, z której korzystamy jest nienaturalna. Czy naturalne jest to, że w samolocie możemy się przemieszczać - unosząc się nad ziemią - z prędkością 1000 km na godzinę? Niekoniecznie. Ale dlaczego miałoby to być coś złego? Poza tym sztuczne pole elektromagnetyczne wchodzi w symbiozę z naturalnym polem elektromagnetycznym.

PAP: Naturalne pole elektromagnetyczne?

A.K.: Oczywiście! Jesteśmy przyzwyczajeni do pól elektromagnetycznych, bo sami jesteśmy ich emiterami. Płyną przecież w nas prądy, które przekazują sygnały w organizmie. I te prądy produkują swoje pole elektromagnetyczne. Każdy z nas to więc twór elektromagnetyczny.

PAP: Skoro prąd elektryczny jest nieodłączną częścią naszego życia, to czy sztuczne pole elektromagnetyczne nie zaburza jakoś funkcjonowania naszych naturalnych pól elektromagnetycznych?

A.K.: Nie. Dochodzi tu raczej do symbiozy a nie zaburzania. Pojawiają się hasła, że sygnał z 5G używany jest do kontroli umysłu. To są absurdy. Takie pole elektromagnetyczne nie ma możliwości zmieniać myśli.

PAP: Obawę o kontrolowanie mózgu można rozumieć też na innym, symbolicznym poziomie: telefony komórkowe zmieniają stan naszego umysłu. Może niektórzy ludzie boją się, że dalszy postęp cyfrowy doprowadzi do dalszego osłabiania się więzi między ludźmi, kontaktu z przyrodą. A życie duchowe przestanie być ważniejsze niż ciągły napływ nowych bodźców...

A.K.: To prawda, komunikacja między ludźmi kompletnie się zmieniła od kiedy pojawiły się telefony, nie tylko komórkowe. Dawniej, żeby dowiedzieć się, co u kogoś słychać, trzeba było się do niego wybrać z wizytą. Teraz wystarczy zadzwonić na komórkę lub przeczytać jego wpis w mediach społecznościowych. To skutek postępu. Ale kiedy pojawiły się pociągi, też wyrażano obawy, że kolej to zły wynalazek, bo pomaga ludziom oddalać się od siebie.

Aby zapobiec oddalaniu się ludzi, można oczywiście protestować przeciwko nowym technologiom. Ale może zamiast tego warto zadbać o te relacje w swoim życiu. Spotykać się z osobami, na którym nam zależy. Spędzać czas tak, jakbyśmy tego chcieli. I zgodnie z tymi wartościami wychowywać dzieci. Nowe technologie są tylko narzędziem i to my decydujemy, jak je używać.

PAP: Ale wróćmy jeszcze do wpływu promieniowania elektromagnetycznego na zdrowie? Czy ono może negatywnie oddziaływać na organizm człowieka?

A.K.: Ja nie mówię, że pole elektromagnetyczne nie oddziałuje na człowieka. Jeśli ktoś mi powie, żebym usiadł na antenie radaru, to ja tego nie zrobię. Przy takiej sile pola elektromagnetycznego, jakie emituje radar, mógłbym sobie nadmiernie podgrzać niektóre części ciała. To samo jest z mikrofalówkami. Ale moc mikrofalówki czy radaru jest znacznie, znacznie większa niż aparatu telefonicznego czy stacji bazowej telefonii komórkowej. Cytując Paracelsusa, to wszystko jest trucizną, to a ryzyko zatrucia to tylko kwestia dawki. Weźmy np. takie zjawisko, jakim jest płynąca z góry woda. Jest przyjemnie, kiedy płynie nam na głowę ciepły prysznic. Ale jeżeli wejdziemy pod wielki wodospad - możemy zginąć.

PAP: No to odnieśmy pana metaforę do 5G: czy promieniowanie emitowane przez stacje bazowe to prysznic, ulewa czy wodospad?

A.K.: Przyjemny prysznic.

PAP: Od stycznia br., aby umożliwić budowę sieci 5G, zmieniono w Polsce normy promieniowania elektromagnetycznego. Teraz dopuszczalne są wielokrotnie większe dawki niż wcześniej. Może to nas jednak zbliżyło do wodospadu?

A.K.: Zupełnie nie. Dalej pozostajemy pod prysznicem. Normy, które zmieniły się na początku roku to dopasowanie się do tego, co w krajach Europy Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych. A te normy są i tak 50 razy zaniżone w stosunku do wartości, która mogłaby ewentualnie - a więc wcale nie wiadomo, czy rzeczywiście - w jakikolwiek sposób wpływać na organizm. Jesteśmy więc bardzo dalecy od tego, żeby pole elektromagnetyczne, w którym przebywamy, wpływało jakoś na organizm.

PAP: Czy można powiedzieć to ze stuprocentową pewnością? Przecież nigdy nie przetestowano, czy jeśli jakiś człowiek będzie przebywać przez całe swoje życie w polu elektromagnetycznym takim, jak wytwarza sieć 5G, to nie wpłynie to jakoś na jego zdrowie.

A.K.: Ale właśnie z przejścia z 4G na 5G płyną tylko zalety, jeśli chodzi o promieniowanie. Po pierwsze dlatego, że sygnał będzie precyzyjniej kierowany do użytkownika, a nie do wszystkich wokół. A oprócz tego będzie to drobna zmiana częstotliwości. Teraz mamy 2,6 GHz, a nowe sieci będą pracowały na częstotliwościach 3-3,5 GHz czy nawet 6 GHz. To są oddziaływania bardzo podobne i dalekie od tego, by zaburzać pracę ciała. Ale różnica jest tylko na plus: wyższa częstotliwość sprawi, że promieniowanie lepiej wytłumi się w skórze. Częstotliwości 5G będą więc zyskiem w stosunku do 4G. Tymczasem w raporcie amerykańskiej FDA (Food and Drug Administration - amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków - przyp.PAP)podsumowano, że wszystkie badania dotyczące 4G - wykonywane przez ostatnie dziesięciolecie - nie wykazały żadnego związku pola elektromagnetycznego z chorobami nowotworowymi, najczęściej wiązanymi z działaniem pola elektromagnetycznymi.

PAP: Ale to badania tylko człowieka. A pole elektromagnetyczne będzie oddziaływało nieprzerwanie na całą biosferę dekadami. Może więc nie jesteśmy w stanie w 100 proc. przewidzieć, czy jakiś gatunek akacji, grzyba czy żuczka nie zareaguje na to promieniowanie negatywnie?

A.K.: Nie spodziewałbym się, że pole takie będzie negatywnie działało na jakieś organizmy. Rzeczywiście jednak - nie można przewidzieć, co się stanie w przyszłości. Jeśli jednak chodzi o drzewa, badano, jak wpływa na nie pole elektromagnetyczne z telefonii komórkowej. Nic alarmującego tam nie wyszło.

Co do żuczków, to ukazała się praca polsko-słowackiej grupy badawczej na temat oddziaływania pola elektromagnetycznego na kleszcze. Metodologia tych badań - prowadzonych przez samych przyrodników, a żadnego specjalistę od elektromagnetyzmu - jest dyskusyjna. A media jeszcze podkręciły przekaz pisząc, że smartfony przyciągają kleszcze. A to przekomiczne, bo z tych badań to nie wynikło. Te badania trzeba powtórzyć na modelu bliższym technologii, z której rzeczywiście korzystamy.

PAP: Mówił pan, że promieniowanie elektromagnetyczne może podgrzewać komórki ciała. Przez ostatnie półtorej godziny rozmawiał pan ze mną przez komórkę. Czy czuje pan, że fale elektromagnetyczne z pana telefonu podgrzały pana ucho?

A.K.: Robiliśmy kilka lat temu badania - mierzyliśmy temperaturę ucha podczas półgodzinnej rozmowy telefonicznej. A dla porównania sprawdziliśmy też temperaturę, kiedy ktoś przez pół godziny trzymał przy uchu telefon z wyjęta baterią. W obu tych sytuacjach temperatura ucha wzrosła o 1 stopień Celsjusza. Ogrzane ucha nie jest więc wynikiem działania pola elektromagnetycznego, ale tego, że kiedy trzyma się coś przy uchu, jest gorszy obieg powietrza wokół twarzy. Odpowiadając więc na pani pytanie: nie. Fale elektromagnetyczne z komórki nie podgrzały mi teraz ucha. Są na to o wiele za słabe.

Rozmawiała Ludwika Tomala (PAP)

Źródło: naukawpolsce.pap.pl / lt / agt