Sam na sam

Jestem zmęczony spiskowym węszeniem czyhających na nas zagrożeń. Nie twierdzę, że wizjonerzy czarnej przyszłości się mylą. Nawet jeśli procent ich prognoz się ziści, to szykuje się niezła jazda. Totalna inwigilacja, czipy podskórne rodem z Apokalipsy, obowiązkowe szczepionki, przed którymi już teraz przestrzegają niektórzy religijni guru. Największy od dziesięcioleci kryzys gospodarczy jest jak najbardziej realny. Za tym runie ekonomia i ład społeczny. O ile on w ogóle istnieje. Może z tego być niezły bigos. Z wojną włącznie. I to taką, jakiej świat nie widział. To wszystko jest możliwe. No i co z tego? Czymże więcej może być moja reakcja na takie scenariusze, niż bezsensownym, masochistycznym zadręczaniem się? A te wszystkie wizje to nie jest jakaś nieokreślona przyszłość. Otwórz oczy szeroko. One się realizują. Powolutku i niezauważalnie, tak by nie wzbudzać podejrzeń. Błagam, nie mówcie, że to wyssana z palca teoria spiskowa. Life in not that what it seems to be. Jakże to boleśnie aktualne.

ON/OFF

Smutna prawda jest taka, że nie mam żadnego wpływu na świat. W sensie globalnym. Za cienki bolek jestem. Ok, jest modlitwa, jest post. Mistycy przekonują, że taka pełna wiary praktyka może czynić cuda. Nawet zatrzymać wojnę światową. Nie przeczę. Ale zostawmy na boku kompletnie nieprzewidywalne zrządzenia Bożej opatrzności. Druga część tej smutnej prawdy jest taka, że świat ma duży wpływ na mnie. Tym większy, im bardziej mu na to pozwolę. Jestem odbiornikiem. Na takie fale na jakie się nastawię, takie będę odbierał. I takimi zagram. Stara zasada. Jestem tym co jem. Tym o czym myślę. Znajdź w sobie wyłącznik ON/OFF. Daj na OFF. Zobacz jaki jesteś fascynujący. I jak mało o tym wiesz.

W głąb siebie

Wielu ziomali olało media. Nie interesuje ich ta nawijka. Nie chcą by ktoś ich straszył i programował. W jakimś filmie zwyrodnialec zamknięty w jednej celi z przestraszonym chłopaczkiem poradził mu sarkastycznie, by znalazł sobie w mózgu takie miejsce gdzie będzie bezpieczny. Jezus mówi do nas z miłością: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Po takim zapewnieniu można spróbować przestać się bać i zająć się sobą.

Sam na sam vs samotność

Zanim usłyszysz Boga, najpierw usłysz siebie. Zgiełk świata zagłusza szept własnego serca. By usłyszeć siebie, musisz odciąć się od innych głosów. Musisz spotkać się sam ze sobą. Bycie sam na sam to nie to samo co samotność. Można być pustelnikiem i nie czuć się samotnym. Można wyć z samotności żyjąc w centrum wielkiego miasta. Bycie sam na sam to po prostu stan, w którym nikt do ciebie nie gada. Samotność to deficyt satysfakcjonujących relacji. Jest różnica? Kulturowy błąd jest taki, że już od najmłodszych lat bycie samemu traktowane jest jak coś niefajnego. Któż z nas nie pamięta rodzicielskich wyroków z cyklu: za karę będziesz siedział sam w pokoju? Intencja jest słuszna – skłonić niegrzeczne dziecko do refleksji. Ale dlaczego refleksja nad sobą musi się źle kojarzyć? Być samemu często oznacza nudzić się. A nawet najpospolitsza psychologia odkryła, że nuda jest bardzo pożyteczna. Bo ostatecznie konfrontacja z nią wyzwala w nas nieuświadomione często pokłady kreatywności. Tracimy tą szansę, gdy coś albo ktoś z zewnątrz nieustannie wypełnia nam czas. Rodzice jak ognia boją się tego dziecięcego komunikatu: mamo/tato nudzę się. Zwykle nie mają czasu by coś z tym zrobić. Dlatego pozwalają by dziecko godzinami było zamrożone przed laptopem albo zasypują je dodatkowymi zajęciami typu jazda konna albo gra na flecie. Bycie sam na sam to dla nas wielka szansa. Nie odbierajmy jej sobie.

Tu i teraz

Dla jednych to co teraz się dzieje to zagrożenie. Dla innych szansa. Robię wszystko co w mojej mocy by być wśród tych drugich. Póki co jestem gdzieś pośrodku. Wczoraj gadałem z dobrym kumplem, bratem ze wspólnoty, zakręconym artystą. On mi mówi, że mają z rodziną cudowny czas. Nadrabia teraz zaległości w najważniejszych obszarach życia – relacja z najbliższymi, relacja z samym sobą i Bogiem. I jeszcze ma czas na domowe życie artystyczne o którym marzył, a na jakie wcześniej nie miał szans. Bo wciąż był poza domem rozjeżdżany jak placek zawodowym kieratem. Nie dało by rady tego przerwać, gdyby nie koronawirus. Uświadomiłem sobie, że ja mam podobnie. Jasne, że dotyka mnie dramat milionów ludzi na świecie. I mam świadomość, że w każdej chwili mogę wpaść w jego epicentrum. Na przykład leżąc pod jakimś respiratorem w przepełnionym szpitalu. Jak mój osobisty kolega z Anglii. Ale co mi da życie w strachu? Nic dobrego. Jest taka sztuka walki, której nazwy nie wymienię. Na czarnej liście wisi ponoć. Ale ma ciekawą ideę. Chodzi o to, by siłę ciosu przeciwnika użyć dla własnej korzyści. I tak można by podejść do pandemii.

To i owo

Mark Twain powiedział, że najgorsza samotność to ta, kiedy nie czujesz się dobrze sam ze sobą. To prawda. Kiedy nie potrafimy być sami ze sobą, to znaczy, że coś jest nie halo. Przeżywanie samotności jest stanem wpisanym w egzystencję każdego dobrze uformowanego człowieka. Jest okazja sprawdzić jak to u nas działa. Najłatwiej będą miały osoby samotne. Znam takie. Siedzą w domu z zakręconym do oporu kurkiem towarzyskiego życia. Pomijam to online. Rodzinom trudniej. Tutaj konieczne zaplanowanie czasu. To wsparcie i konieczność w tym czasie. Napiszę o tym osobny tekst. Ale da się. Choćby pół godziny dziennie wsłuchiwania się w siebie. To nie prawda, że tam nic nie słychać. Trzeba cierpliwości i konsekwencji. W pełnym słońcu trudno zobaczyć coś na ekranie smartfona. Musisz iść do cienia. Do ciemnej izdebki. Zobaczysz coraz więcej i wyraźniej. Ze słuchaniem siebie jest tak samo. Zgiełk świata i chaos w głowie musisz uspokoić. Bycie samemu to szansa by przestać się porównywać do kogokolwiek. Poza sobą. Tylko to ma sens. Dzisiaj być lepszym od siebie z wczoraj. Jutro od siebie z dzisiaj. I tak dalej. Bycie sam na sam to też komfort robienia tego na co ma się ochotę. Nie licząc się z innymi. Możesz sobie pośpiewać albo pograć na czymkolwiek, nawet jeśli nie robisz tego najlepiej na świecie. Możesz przygotować potrawę, której twoi bliscy nie cierpią. Możesz pójść na spacer tam gdzie tylko masz ochotę. Możesz poczuć się niezależny. I naprawdę może się okazać, że świat sprzed pandemii już nie wróci. Przynajmniej ten nasz, osobisty. Zresztą inne mnie mało obchodzą.