Nie żałuję niczego

Evan Treborn miał trudne dzieciństwo. Doświadcza raz po raz niewytłumaczalnych utrat przytomności i ma spore problemy z przypominaniem sobie różnych przykrych wydarzeń. Matka Evana, Andrea Treborn, podejrzewa, że może to mieć związek z psychiczną chorobą jego ojca Jasona. Bardzo dziwną chorobą i towarzyszącymi jej bardzo dziwnymi zdolnościami. Evan już jako dziecko jest oddany pod opiekę lekarza, który zaleca mu prowadzenie dziennika. Evan ma w nim szczegółowo opisywać każdy kolejny dzień swojego życia. Czas mija. Evan staje się studentem college’u, a dziennik w końcu ląduje pod łóżkiem. Pewnego dnia przypomina sobie o nim i czyta jego fragmenty. I tutaj dzieje się coś kompletnie niewytłumaczalnego. Dziennik okazuje się być swoistym wehikułem czasu, który przenosi Evana do momentu przeszłości, o którym akurat czyta. Evan uświadamia sobie teraz ile krzywd wyrządził innym ludziom i ile popełnił błędów. Postanawia naprawić swoje życie i napisać dziennik od nowa. Za każdym razem kiedy cofa się do przeszłości koryguje tam jakiś szczegół – podejmuje inną decyzję, wypowiada inne zdanie, wybiera inną drogę. Cel jest jeden – uniknąć bolesnych konsekwencji złych decyzji. Czyli intencje niby dobre. Ale za każdym razem kiedy po takiej korekcie wraca w teraźniejszość, okazuje się, że zamiast lepiej jest jeszcze gorzej. Evan popada w obłęd. Próbuje korygować przeszłość tak długo, aż wreszcie jego życie stanie się idealne. Im bardzie kopie w swojej historii, tym bardziej jest przerażony i rozczarowany. W końcu odpuszcza. Dochodzi do tego, jak by nie patrzeć, ewangelicznego odkrycia, że najlepsze życie jaki może nam się przytrafić to te, które dostaliśmy. Bez poprawek, bez korekt i bez planów B, C i D. Nawet jeżeli wydaje nam się, że plan A to jakieś nieporozumienie. To oczywiście streszczenie fabuły kultowego filmu J. Mackye Grubera i Erica Bressa Efekt motyla. I choć film nie jest produkcją chrześcijańskiej wytwórni, to jednak ujawnia ważną chrześcijańską prawdę o tym, że zabawa w Pana Boga to kiepski pomysł.

Wehikuł czasu

Strach pomyśleć co by było, gdyby człowiek jakimś cudem nauczył się podróżować w czasie i grzebać w nim wedle własnego uznania. Jestem przekonany, że to bariera, której Bóg nigdy nie pozwoli nam przekroczyć. Dla naszego dobra. Futurolodzy pewnie będą zgorszeni taką niewiarą w możliwości ludzkiego umysłu. Trudno. Wystarczy, że pozwolił nam Bóg podróżować w przestrzeni. Już to generuje spore zamieszanie. Możliwość coraz bardziej szybkiego i swobodnego przemieszczania się ma swoje plusy i minusy. Do plusów zaliczyłbym możliwość odwiedzenia wujka na innym kontynencie albo zorganizowanie epokowej misji na księżyc. Minusy są na przykład takie, że sprawna armia błyskawicznie potrafi dzisiaj zaatakować dowolne państwo, a łatwość masowego, globalnego podróżowania sprawia, że pandemia rozprzestrzenia się szybciej niż kiedykolwiek w dziejach. Czyż nie? Czas na szczęście nie daje nam takich możliwości. Przeżywamy tylko obecną chwilę, która nieustannie przesuwa się do przodu po linii naszego życia. Na początku tej linii jest poczęcie. Na końcu śmierć. Jedyne co możemy, to wspominać przeszłość i wyciągać z niej lekcje. Przyszłość możemy próbować przewidywać i jakoś się do niej przygotować. To wszystko. Przeszłości nie możemy zmienić, a przyszłości nie możemy być pewni. Chrześcijańska mądrość pozwala odnaleźć się w tych aksjomatach czasu.

Przeszłość

Pogodzić się ze swoją przeszłością, ale żałować grzechów. Chrześcijański paradoks. Nie jedyny. Nie każda porażka jest grzechem. Ale każdy grzech jest porażką. Nie ma nic bardziej rozwijającego niż porażka. No chyba, że zdoła nas zabić. Jak Judasza. Ale to skrajna opcja. Nawet porażka grzechu może być błogosławieństwem. Kontrowersyjna teza, wiem. W moim życiu było wiele sytuacji, kiedy poczucie upokorzenia wydawało się nie do zniesienia. Ale przeżyłem. I po czasie zobaczyłem, że to co najbardziej pomaga mi dzisiaj uchronić się przed porażką to wczorajsze jej doświadczenie. Dlatego nie żałuję niczego. Nawet tych chwil, w których okazałem się ostatnim draniem. Bo to ostatecznie otworzyło mi oczy na moją grzeszność. A od tego w chrześcijaństwie wszystko się zaczyna. Co jest gorsze od bycia nierządnicą i celnikiem? Poczucie, że jest się od nich lepszym.

Przyszłość

Wielka niewiadoma. Choć planujemy ją tak, jakby wszytko było pod kontrolą. Pandemia, którą przeżywamy uświadamia nas, że to jednak nie jest tak. Nic nie jest pod kontrolą. Człowieka, rzecz jasna. Stare przysłowie chrześcijan mówi: żyj tak jakby obecny dzień miał być twoim ostatnim. Z kolei stare przysłowie buddystów mówi, że źródłem cierpienia jest przywiązanie. Do tego co się posiada i nade wszystko do swoich projekcji na przyszłość. Z buddyzmem nie jest mi za bardzo po drodze, ale to prawda. Odpryski bożej mądrości można znaleźć wszędzie. O stosunku do przyszłości osobiście mówi sam Jezus:

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy. Mt 6, 31-34

Nie powiedział: nie troszczcie się wcale, tylko: nie troszczcie się zbytnio. Planujmy, przewidujmy, bądźmy zapobiegliwi. Ale ze świadomością, że jutro wszystko może trafić szlag. Bo jak trafi, to będzie mniej bolało.