Wirus i „wymuszone” życie monastyczne

Jesteśmy teraz w krainie koronawirusa. Jest to czas, w który ukazuje, kim naprawdę jesteśmy. Czas ten może wydobyć z nas to, co najlepsze lub to, co najgorsze. Mam nadzieję, że trzymacie się dzielnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecne okoliczności i nowe zasady dotyczące izolacji i dystansu społecznego. Wygląda na to, że, chcąc nie chcąc, wszyscy do pewnego stopnia jesteśmy zmuszeni do przyjęcia stylu życia mnichów według Reguły świętego Benedykta – szczególnie w kwestii stałości miejsca (łac. stabilitas loci).

Oczywiście nasze sytuacje są bardzo różne. Niewłaściwe byłoby oczekiwanie, że rodzice mający na głowie małe dzieci przez 24 godziny na dobę, będą rozwijali w swoim małym mieszkaniu życie pustelnicze! Jednak, jak dobrze wiemy, nasz świat konspiruje przeciwko milczeniu i ciszy, za wszelką cenę próbując wypełnić ciszę jakimkolwiek „hałasikiem”.

Benedykt w swojej Regule pisał, że rozproszenie i hałas w naszym funkcjonowaniu wskazuje tak naprawdę na niepokój w naszych sercach. Może właśnie dlatego tak wielu z nas musi być bez przerwy w ruchu, aby nie dopuścić do sytuacji, gdy nasze serce przemówi pełnym głosem. Aby nasz wewnętrzny i zewnętrzny świat pozostawały w harmonii, potrzebujemy chwil ciszy i samotności, przynajmniej co jakiś czas,.

Paradoksalnie najtrudniejszą pracą duchową jest ta praca, którą wykonujemy w życiu codziennym. W jaki sposób udaje nam się podążać ścieżką duchową pośród chaosu codzienności? Jak radzimy sobie z godzeniem potrzeby samotności oraz potrzeby bycia z innymi w naszym codziennym życiu? Obecna pandemia koronawirusa w zasadzie zmusza niektórych z nas do samotności, choć niekoniecznie do milczenia. Wielu z nas nie czuje się w takie sytuacji komfortowo. Być może kilka myśli św. Benedykta pomoże nam w lepszym przeżyciu obecnego czasu.

Benedykt chciał, aby jego mnisi pozostali w jednym miejscu na całe życie. Bez wątpienia trudne zadanie dla z natury mobilnych ludzi XXI wieku! Według Benedykta tylko dzięki takiej stabilności życia młoda osoba może doświadczyć wzrostu duchowego i psychologicznego. W życiu monastycznym ślub stałości miejsca przyspieszał u mnicha czy mniszki konieczną konfrontację z banalnością i trudem codzienności. Kiedy mija „miesiąc miodowy” ekscytacji nowością miejsca, czasu i ludzi, rutyna krok po kroku wkrada się do naszej codzienności, a zwykłe obowiązki stają się dość trudnym wyzwaniem. Spotykamy się z taką sytuacją zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Możemy to nazwać duchowym i psychologicznym „zamknięciem”, niezależnie od tego, kim jesteśmy i co robimy. Rutyna może być nie lada wyzwaniem, a żeglowanie po tych wodach wymaga odwagi, wytrwałości oraz wewnętrznego poczucia stałości, zakorzenienia. W naszych czasach promuje się „mobilną siłę roboczą”. Niektórzy wręcz chwalą się swoją zdolnością do wielozadaniowości; inni czują się ważniejsi, gdy więcej podróżują; jeszcze inni zmieniają często miejsce pobytu, aby uciec od konieczności rozwiązywania trudnych sytuacji, czy też stawiania czoła życiowym wyzwaniom. Jednak ucieczka nie rozwiązuje naszych problemów, a tylko odsuwa je w czasie. W każdym razie uciekając, nie rozwijamy się ani duchowo, ani psychologicznie.

Benedykt sugerowałby nam przyjęcie z wdzięcznością tego nieoczekiwanego dla nas życia w krainie koronowirusa, ograniczającego nas do lokalnych przestrzeni. Dodałby, że szkoda by było, gdybyśmy stracili tę niepowtarzalną okazję do doświadczenia tego, że tak naprawdę życie dzieje się tu i teraz, i nigdzie indziej!