Twórczość

Mogłoby się wydawać, że to tylko jeden z wielu aspektów naszej egzystencji. Jak na przykład zapobiegliwość czy planowanie przyszłości. Ale ja myślę, że to nie jest tak. Twórczość to coś naprawdę wyjątkowego. Dlaczego? Skoro jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Tego, który nas stworzył, to co jest pierwszym podobieństwem? Teologiczne głowy nie mają wątpliwości – MIŁOŚĆ. Zdolność do kochania i potrzeba bycia kochanym. Rzecz jasna mówimy o podobieństwie. Bóg zawsze będzie niedoścignionym wzorem. I nie ma co wpadać w kompleksy. Ostatecznie Bóg to Bóg. A co jest drugim podobieństwem? Tym razem ja nie mam wątpliwości – ZDOLNOŚĆ TWORZENIA. Choć w dziejach świata Bóg najpierw dał się poznać jako Twórca, a dopiero potem jako Miłość. O tym, że Miłość jest przed twórczością mówi pawłowy Hymn: Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Albo fragment z paschalnej liturgii, którą już za chwilę będziemy przeżywali: Boże, Ty w przedziwny sposób stworzyłeś człowieka i w jeszcze cudowniejszy sposób go odkupiłeś. Dzisiaj jednak pogadajmy o twórczości.

Proces twórczy

Proces psychiczny prowadzący do powstania nowego i wartościowego wytworu. Składa się z operacji poznawczych oraz towarzyszących im charakterystycznych stanów emocjonalnych oraz motywacyjnych. To Wikipedia. I co my na to? Nie chce się wymądrzać, ale ja bym napisał proces psychofizyczny. Malarz czy kontrabasista, żeby stworzyć nowe dzieło nie tylko musi pomyśleć. Musi też fizycznie popracować. Zwłaszcza ten drugi. No, chyba że w grę wchodzi Michał Anioł wiszący pod kopułą Kaplicy Sykstyńskiej.

Graham Wallas

To brytyjski psycholog z początku XIX wieku. Jest twórcą jednej z pierwszych psychologicznych teorii procesu twórczego. Założył, że takowy dzieli się na cztery części.

  1. Preparacja – (pozwólcie, że będę używał swojego języka, by oszczędzić sobie i Wam ciężkostrawnego naukowego bełkotu) to po prostu ten moment, kiedy pojawia się wola stworzenia czegoś konkretnego. Wstępnie ogarniamy temat, zbieramy dane i materiały z których będziemy korzystać. Na przykład chcemy napisać fajną piosenkę na jakąś okoliczność. Sięgamy po instrument, albo papier nutowy, albo dyktafon. Zastanawiamy się, jaka miała by być, albo nie być ta piosenka. I tak przechodzimy do kolejnego punktu.
  2. Inkubacja – co za kliniczna nazwa (!?) Inkubacja to po prostu oczekiwanie na tak zwaną wenę. Wena to najbardziej tajemniczy element procesu twórczego. Twórca uzależniony jest od niej jak zakochany królewicz zabiegający o względy kapryśnej i nieprzewidywalnej księżniczki. Wena jest, albo jej nie ma. Może pojawić się od razu, albo czeka się na nią miesiącami. Może pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. Na przykład siedząc tam, gdzie nawet król chodzi samotnie. Słyszymy często, jak twórcy biadolą: czuję się taki wypalony. To znaczy, że proces inkubacji nie idzie najlepiej. Ale jak wena już się pojawi, to wtedy doznajemy olśnienia!
  3. Iluminacja – pamiętamy Pomysłowego Dobromira? Peerelowska kreskówka autorstwa nieodżałowanego Adama Słodowego. W momencie, kiedy inkubacja Dobromira osiągała kulminację, ten doznawał olśnienia, a w jego oczach pojawiał się ten znany nam doskonale błysk szczęścia. To jest właśnie moment iluminacji.
  4. Weryfikacja – to sprawdzenie w praktyce, ile warty jest nasz pomysł, nasza idea, iluminacja. Może być, że się bardzo rozczarujemy. Wtedy inkubacja zaczyna się od początku. I tak dalej, aż do pożądanego skutku. Zanim Edison wynalazł żarówkę, musiał poprzedzić to setkami nieudanych prób. A Beatlesi do niektórych swoich piosenek podchodzili po kilkanaście razy. 

Teoria Grahama Wallasa choć ogólnie trzyma się kupy, nie przetrwała próby czasu. Edward Nęcka, polski psycholog, w swojej koncepcji polemizuje z Brytyjczykiem. Twierdzi, że mechaniczne dzielenie procesu twórczego na etapy może prowadzić do błędnych wniosków. Jest próbą uchwycenia czegoś, czego do końca uchwycić się nie da. A tym właśnie jest proces twórczy. Czymś nieuchwytnym.

Albo i nie

Robert W. Weisberg (tym razem psycholog zza oceanu) na temat procesu twórczego ma inne zdanie. Zdecydowanie bardziej przyziemne. Uważa, że proces twórczy nie jest niczym nadzwyczajnym i nieuchwytnym. To normalne, żmudne, żeby nie powiedzieć – upierdliwe – rozgryzanie problemu. Dokonuje się krok po kroku, pozbawione spektakularnych olśnień i intelektualno-duchowych uniesień. Ja się z nim nie zgadzam. Może dlatego, że sam jestem tak zwanym twórcą i znam temat od kuchni.

Bliższy teorii klasycznej jest model genploracji sformułowany przez trzech muszkieterów amerykańskiej psychologii: Ronalda Finkego, Thomasa Warda i Stevena Smitha. Zgonie z nią proces twórczy dzieli się na dwa etapy (znów omijamy naukowy bełkot):

  1. Nowy pomysł
  2. Jego zastosowanie

Model genploracji zakłada, że jak etap zastosowania pomysłu skończy się fiaskiem, to wracamy do etapu nr 1 i kombinujemy od początku. Ja rozumiem, że mamy do czynienia z psychologią wyższych lotów, ale nie za bardzo rozumiem co takiego odkrywczego jest w tej koncepcji? Już małe dzieci uczy się tej fundamentalnej zasady życia, że jak coś nie wyjdzie, to nie poddajemy się i próbujemy od nowa.

Aktywność twórcza

Definiuje się ją jako działanie niestereotypowe, jakościowo nowe i odkrywcze. Tu mam problem. Gdzie jest granica między rzeczywistą aktywnością twórczą o wysokiej jakości, a odtwórczą o jakości, powiedzmy nie-wysokiej? Czy każdy namalowany obraz czy napisana piosenka to przejaw tej pierwszej? Dzisiaj do aktywności twórczej ochoczo przyznają się w zasadzie wszyscy. Od Paula MacCartneya po Zenka Martyniuka.

Dzieło sztuki

To jakieś dzieło charakteryzujące się wysokimi walorami estetycznymi. Czyli piękne, wartościowe, na poziomie. Znów jest pytanie o granice. O to, że symfonia Beethovena jest dziełem sztuki nikt nie kruszy kopii. A jeśli dziełem sztuki nazwać koncert Marylin Mansona? Wielu nie waha się tak go nazwać. I co?

Kreatywność

To w zasadzie synonim słowa twórczość. Jej esencja. Bóg Stwórca zamiennie bywa nazywany Kreatorem. To po prostu zdolność tworzenia czegoś nowego. Bez kreatywności nie ma twórczości. Nie ma postępu. Nie ma rozwoju. Bez kreatywności świat stanąłby w miejscu.

Własnym zdaniem

Definicje i teorie naukowe zostawiam na boku. Po pierwsze nie zgadzam się z tym, że TWÓRCZOŚĆ to coś zarezerwowanego dla nielicznie namaszczonych przez ducha sztuki. Każdy człowiek jest wyjątkowy i każdy człowiek jest artystą. Na własną miarę oczywiście. Komponowanie koncertu skrzypcowego to oczywiście nie to samo co sprzątanie jednorodzinnego domu. Inna materia, inne predyspozycje, inny prestiż, inna jakość. Ale w obu przypadkach chodzi o to samo: o satysfakcjonujące uporządkowanie czegoś. Ktoś powie, że komponowanie muzyki jest twórcze, a sprzątanie to tylko mechaniczna, powtarzalna, przyziemna czynność. Naprawdę? Jako muzyk mogę się odezwać. Nawet jak Mozart pisał nowy koncert, to robił to w oparciu o ustalone w epoce reguły formalne, harmoniczne, rytmiczne, melodyczne, estetyczne, instrumentalne itd, itd. Wiecie o czym piszę? Jak słucha się wszystkich jego koncertów to z jednej strony każdy jest inny, ale z drugiej, każdy taki sam. Chcę powiedzieć, że nawet genialni artyści też w swojej twórczości musieli bywać mechanicznymi powtarzaczami. Jak sprzątaczka. Ale nawet sprzątaczka może zrobić coś twórczego. Na przykład w trakcie sprzątania ustawić wazon z kwiatami na innym miejscu, albo na stół położyć nowy obrus. Jest twórczość? No jest! Krótko mówiąc, całe nasze życie to jeden wielki proces twórczy. To to cudowne podobieństwo do Twórcy Absolutnego. Jedynego, który naprawdę potrafi stworzyć coś z niczego i coś co naprawdę będzie całkowicie nową jakością. Człowiek, nawet najgenialniejszy, zawsze będzie jak dziecko, które od rodzica dostało klocki i coś z tych klocków próbuje stworzyć. Raz lepiej, raz gorzej. Ale tak czy inaczej, zawsze to będzie tylko zabawa w twórczość.