Życie wewnętrzne. Jak się nie zgubić?

Ojciec Tilman Pesch. Urodzony w 1836 roku niemiecki jezuita, teolog, naukowiec. Znamy? Ja do niedawna też nie. Okazuje się, że to jeden z tych Niemców, o których śmiało można powiedzieć: lokomotywa katolickiej myśli teologicznej. Jak na przykład niejaki Joseph Ratzinger. Tilman Pesch napisał wiele. Ale dwie jego pozycje to prawdziwe hity: Chrześcijańska filozofia życia i Życie religijne. Zwłaszcza ta druga książeczka klei się z tematem mojego felietoniku jak nic. Już na jej wstępie Pesch wrzuca taką myśl:

Chrystus największą część swego życia spędził w cichym ustroniu i w ukryciu. Wtedy tylko i tak często publicznie występo­wał, jak tego wymagał obowiązek Jego powo­łania. Pokaż się światu – wołali na niego ludzie, lecz On to czynił tylko dla wyższych powodów.

Inny, nie mniej wybitny teolog, święty Paweł widzi to tak:

Ciało do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało. Ci, którzy żyją według ciała, dążą do tego, czego chce ciało; ci zaś, którzy żyją według Ducha — do tego, czego chce Duch. Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha — do życia i pokoju.

Ale wagę życia wewnętrznego docenia się nie tylko w kręgach tak zwanych wierzących. W zasadzie we wszystkich. Postanowiłem w tym tekście zestawić ze sobą dwa spojrzenia na ten temat. Mają ze sobą więcej wspólnego niż mogło by się wydawać. 

Zaplanuj swój czas

To rada z poradnika dla oderwanych od Boga. Czasobałagan z pewnością nie sprzyja wewnętrznej harmonii. Cokolwiek miałaby oznaczać. Czytam, że organizacja umysłu jest kluczem do życia bez stresu. Że ważna jest lista naszych celów. Tych krótkoterminowych też. Zwłaszcza. Najgorsze są dni niezaplanowane. Takie, kiedy po zwleczeniu się z łóżka nie wiadomo od czego zacząć. A jak nie wiadomo od czego zacząć, to z reguły nie zaczynamy niczego. I bez celu snujemy się po kątach. Synonimem dobrze planowanego czasu jest dyscyplina. Bez niej nie ma wybitnych sportowców, artystów, biznesmenów. Bez dyscypliny nie ma świętych. Wszystkie reguły klasztorne mają wpisaną dyscyplinę w podstawy swojego funkcjonowania. Tam dzień jest precyzyjnie zaplanowany. Jest czas na modlitwę, pracę, posiłek, sen, oddech. Kto był na jakichkolwiek rekolekcjach, wie o czym piszę. Nie ma planu, nie ma owoców. Czasobałagan w pierwszej kolejności uderza w nasze wnętrze. Pesch pisze:

Zbytni pośpiech i zbytnie przejmowanie się troskami zewnętrznymi sprowadza do duszy niepokój, roztargnienie i obojętność dla rzeczy niebieskich.

Odpocznij od technologii

Kolejna świecka porada. Nawet najzagorzalsi ateiści już się zorientowali, że cyfrowa rzeczywistość jest dla człowieka pułapką. I nawet oni alarmują: smartfon stanowi śmiertelne zagrożenie dla naszego życia wewnętrznego! Coraz więcej osób decyduje się na cyberdetox. Efekty są zawsze pozytywne. Mniej napięcia i stresu. Więcej czasu na zajrzenie w głąb. Żyjemy w kulturze głośnych dźwięków i jaskrawych obrazków. To jest tak absorbujące, że nie widzimy życia poza tym. A tak na prawdę dopiero poza tym życie się zaczyna. Życie zewnętrzne nie jest złe samo w sobie. Złe jest to, że pozbawione kontroli niszczy to wewnętrzne. Z Księgi Rodzaju: Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu. No właśnie, nie pisze o rozkoszy dla duszy czy serca. Tylko dla oczu. Demon chce tak storpedować nasze zmysły, by troska o życie wewnętrzne stała się dla nas jałowym wspomnieniem z lekcji religii. Wystrzegaj się zgiełku świata; z młyna każdy wychodzi ubielony mąką. Timan Pesch oczywiście. Pamiętam swoje rekolekcje ignacjańskie. 10 dni bez nawet jednego spojrzenia na komórkę. Podróż w głąb siebie. Ale w towarzystwie Boga. Kiedy wracasz z takiej pustyni do świata, pierwszym pytaniem jakie sobie zadajesz to: dlaczego tu jest taki hałas?

Drugi człowiek

O pielęgnowaniu ważnych relacji też trąbią wszyscy. I na trąbieniu się zwykle kończy. Wpadamy w pułapki jakie zastawia na nas życie zewnętrzne. O relacje z szefem albo sławną koleżanką dbamy bardziej niż o te, które naprawdę są najważniejsze. To relacje z tymi, którzy kochają nas najbardziej i których pewnie my też kochamy najbardziej, ale nasze życie ni jak nie jest tego świadectwem. Umierające osoby pytane na łożu śmierci czego żałują najbardziej, zwykle odpowiadają: za mało czasu poświęciłem najbliższym. To też problem życia wewnętrznego. Zaniedbywanie bliskich nam osób to wynik naszego egoizmu, chciwości i drobnomieszczańskiej pogoni za wiatrem. Jeśli chcemy coś z tym zrobić, to musimy zajrzeć w głąb i tam zrobić jakiś porządek. Tak jak planujemy czas, tak powinniśmy planować budowanie relacji. Są osoby najważniejsze, ważne i nieistotne. Zróbmy sobie taką listę. Może być zaskoczenie. Może to będzie wymagać od nas jakiejś pracy nad sobą. Wykuwanie relacji z tymi najbliższymi jest najważniejsze, ale i najtrudniejsze. O to chodzi. Mówimy o jakości naszego życia wewnętrznego, a nie o ślizganiu się po powierzchni.

Pamiętaj o sobie

Nie pokochasz prawdziwie drugiego, jeśli najpierw nie pokochasz siebie. Mąż, który dba o swoje zdrowie, kocha swoją żonę. Bo daje jej sprawnego męża. Mama, która dba o rozwijanie swoich pasji kocha swoje dzieci. Bo daje im niesfrustrowaną mamę. I tak dalej. W całej tej filozofii życia wewnętrznego i chrześcijańskiej miłości nie możemy zapomnieć o sobie. Żeby innym dawać szczęście, sami musimy być szczęśliwi. Takie sprawy jak dobry sen, dieta i ruch to oczywista oczywistość. Bo wynikają wprost z piątego przykazania. Do tego dorzucę jeszcze samorealizację i spełnianie marzeń. Ale w wymiarze przewidzianym w ustawie. Bo jak wiadomo, wróg nie śpi i wykorzysta najbardziej nawet szlachetną pobudkę by uderzyć. Idea samorealizacji człowieka jaką lansuje dzisiejsza kultura to nieporozumienie. Idolatria w najczystszej postaci. Pamiętaj o sobie. Przeczytaj książkę, pogadaj z przyjacielem, pomódl się. Albo po prostu zafunduj sobie ciszę. Nie napinaj się, w miarę możliwości podziękuj stresom, nie myśl o tym co będziesz musiał zrobić jutro. Zamknij oczy i delektuj się tym, że jesteś. Może nikt ci jeszcze tego nie mówił, ale to wystarczy by być szczęśliwym. Sam fakt tego, że jesteś. Reszta jakoś pójdzie.