Ostatni dzień mojego życia

James Thurber jest autorem słów: żyj tak, jakby każdy dzień twojego życia miał być tym ostatnim. Świat po uszy zanurzył się w rzeczywistości, w której te słowa brzmią niepokojąco aktualnie. Rzeczywistości, którą jeszcze dwa miesiące temu znaliśmy jedynie z kart historii i amerykańskich filmów katastroficznych. Jeszcze dwa tygodnie temu zastanawiałem się czy pisać, czy nie pisać o tym nowym królu. Czy ulegać temu wszechobecnemu amokowi, czy nie. Dzisiaj widzę, że nie da się przed tym uciec. Mały wirus został ukoronowany na władcę świata. Cały glob truchleje przed nim i jest w niego wpatrzony jak w bezwzględnego tyrana, który wpadł w szał. Śmierć powszednieje. Informacje o kolejnych setkach zgonów przyjmujemy ze smutkiem, ale i coraz większym zobojętnieniem. Nawet to, że Ronaldo kupił sobie kolejnego Bugatti za 10 mln euro mało kogo obchodzi. Przeżywamy najbardziej hardcore’owe rekolekcje wielkopostne. A co, jeżeli dzień, w którym czytasz te słowa naprawdę miałby być tym ostatnim? Dzisiaj akurat nietrudno sobie to wyobrazić. Wielu z nas wcale nie musi sobie tego wyobrażać. Dla wielu z nas to naprawdę będzie ostatni dzień życia. Jakbyś wykorzystał tych kilka ostatnich oddechów, by przekraczając próg doczesności kac moralny nie był aż tak nieznośny? Bo tak czy inaczej będziesz go miał.

Spłacić wszystkie długi

Pamiętam ten telefon bardzo dobrze. Znany polski muzyk, lider znanego polskiego zespołu, na płycie którego położyłem kilka skromnych dźwięków. Byliśmy umówieni na konkretną stawkę. Ale czas płynął, a pieniędzy nie widziałem. W tej branży takie poślizgi to norma, więc czekałem cierpliwie. I w końcu on dzwoni: Adam, chciałem się rozliczyć za twój udział na mojej płycie. Proszę, podaj numer konta. To była nasza ostatnia rozmowa. Kilka dni po niej zmarł. Ale wcześniej spłacił dług jaki miał wobec mnie. Jeżeli łudzimy się, że nasze materialne zobowiązania nie przechodzą na tamten świat, to jesteśmy w dużym błędzie. Jezus mówi:

Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. Mt 5,25-26

Dług materialny jaki mamy wobec brata jest jakimś rodzajem niezgody. Nierozliczenia. Niesprawiedliwości. Droga to nasze życie. Dopóki idziemy mamy szansę coś zrobić. Przeciwnik, który oskarża to diabeł. On nie przeoczy żadnej okazji, by wytknąć nam najmniejsze nawet przekroczenie prawa. W końcu nie wytrzymujemy tej presji i lądujemy w więzieniu samooskarżenia. Niektórzy utożsamiają więzienie z tej Ewangelii z czyśćcem. To takie tajemnicze miejsce, w którym spłacamy wszystkie długi przywleczone z tamtego świata. Im mniej tego przywleczemy, tym lepiej dla nas.

Nie tylko pieniądze

Są długi materialne. Ale są jeszcze te niematerialne. Kto wie, czy ich spłacenie nie jest ważniejsze. Na pewno trudniejsze. To dług przebaczenia. Jeśli jesteśmy z kimś w konflikcie, jeśli kogoś sądzimy, jeśli kogoś zraniliśmy albo jeśli ktoś zranił nas, mamy ważną i trudną lekcję do przerobienia.

Na antenę katolickiego radia dzwoni pewna pani. I mówi: W tym szczególnym Wielkim Poście chciałam wybaczyć tym, którzy mnie skrzywdzili. Zwłaszcza mężowi, który odszedł ode mnie lata temu. Jeśli on skruszy się przede mną i uzna swoją winę, to ja wtedy będę gotowa mu wybaczyć. Napisałam do niego list, w którym wszystko wyłożyłam i podpisałam: kochająca żona. Skóra mi ścierpła. Nikt na antenie tego nie prostował. To ta żona powinna prosić męża o przebaczenie za to, że sądziła go przez całe życie za jego grzech. Że latami pielęgnowała drzazgę w oku bliźniego, nie widząc belki w swoim. Jak dobrze, że miłość Jezusa nie jest warunkowa.

Taki powinien być ostatni dzień naszego życia. Siadamy i robimy listę długów. Tych materialnych i duchowych. Wszystkich. Nawet najdrobniejszych. I spłacamy. Tak jak potrafimy. Jezus nie pozostawia złudzeń – nawet jeden grosik niespłaconego długu zamyka nam bramy nieba. O spowiedzi nie pisałem? To oczywista oczywistość. Pojednanie z Bogiem – podstawa.

Powiedz kocham

To najpiękniejsze słowa, jakie może wypowiedzieć człowiek. Kocham cię. Jeśli jutro już nie będzie nas na tym świecie, pomyślmy o tych, którzy najbardziej to odczują. I spędźmy ten dzień z nimi. Dajmy im siebie w naszej najlepszej wersji. Niech zapamiętają nas pełnych radości i nadziei. Wiem, w takim dniu nie będzie to łatwe. Chociaż podobno ludzie, którzy wiedzą, że za chwilę odejdą dostają jakieś niewytłumaczalne doładowanie pokoju. Niech się leją łzy jeśli trzeba. Ale niech te łzy podlewają drzewo nadziei. Nadziei na to, że kiedyś się spotkamy. Relacje jakie łączą nas z najbliższymi, z tymi których kochamy najbardziej na świecie są tak silne i piękne, że trudno mi uwierzyć by coś mogło je bezpowrotnie zerwać. Nawet śmierć. Dlatego nie przeżywajmy tego dnia ze świadomością, że odchodzimy na zawsze. Wybieramy się w bardzo daleką podróż, w którą i nasi bliscy kiedyś się wybiorą. Spotkamy się kiedyś w domu Ojca Niebieskiego. Jakkolwiek naiwnie to brzmi. Nie mamy pojęcia jak to będzie wyglądało, bo ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Ale wiemy jedno – będzie pięknie. I nie zapomnijmy tuż przed odjazdem powiedzieć te najważniejsze słowa świata: KOCHAM CIĘ.

Zrób to co kochasz

Dopóki śmierć nie zagląda nam w oczy, oddajemy większość swojego czasu i energii na rzeczy, które nie są tego warte. Tak to ujął Paulo Coelho:

Ludzie zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.

W ostatnim dniu swojego życia spokojnie będziemy mogli odpuścić sobie pracę, pieniądze, afekty i lęki o przyszłość. Zróbmy coś na co albo nie mieliśmy czasu, albo odwagi. Napiszmy nowelę, polećmy paralotnią, wrzućmy na YT filmik z naszym standup’em albo zjedzmy słoik nutelli. Cokolwiek. Ja zagrałbym mojego ukochanego bluesa na moim ukochanym Telku.

W Szeregowcu Ryanie jest taka scena, kiedy stary Ryan stoi nad grobami kilku żołnierzy. Tych, którzy desperacko poszukując go na froncie oddali swoje życie. Ryan ze łzami w oczach zwraca się do swojej stojącej obok żony: proszę, powiedz mi czy moje życie było warte ich ofiary?

W ostatnim dniu naszego życia spójrzmy na krzyż. I zadajmy sobie pytanie o to, czy nasze życie było choć trochę warte tej ofiary. A ponieważ nie wiemy kiedy to będzie, zadawajmy sobie to pytanie co dnia. Na wszelki wypadek. Już samo patrzenie na krzyż zwiększa prawdopodobieństwo, że nasze życie tej ofiary będzie warte. Choć trochę. Wystarczy.