Znowu Star Wars 2

Wróćmy jeszcze raz do ostatniego epizodu Star Wars.

Bardzo ciekawe i pouczający jest proces „formacji duchowej” Rey. Próbuje się modlić, a jednocześnie, tak jak my wszyscy, wątpi w moc modlitwy. Widzimy, jak na początku filmu, modli się używając słów „be with me” – „bądź /bądźcie ze mną”. Gdy modlitwa nie skutkuje, tak jak wielu z nas, stwierdza lakonicznie „to nie działa”, a więc nie warto się angażować. Leia zachęca Rey, aby się nie zrażała i kontynuowała trening. Jednak w decydującym momencie modlitwa staje się jej mocą, dzięki której stawia odważnie czoła przeciwnikowi o wile silniejszemu od niej.

Kiedy stajemy w obliczu zła, która nas przerasta, a może nawet paraliżuje, potrzebujemy wielu orędowników i dużo mocy duchowej. Dlatego w momencie święceń kapłańskich, czy ślubów zakonnych, odśpiewuje się litanię, przyzywając po imieniu wszystkich najważniejszych świętych. Tak jak Rey, leżąc na ziemi, prosimy: „Bądźcie z nami!”, ponieważ walka duchowa, do jakiej będziemy stawać przekracza nasze skromne siły. Rey słyszy wspierające ją głosy bohaterów Gwiezdnej Sagi, którzy oddali już życie dla dobrej sprawy. Dzięki temu powstaje i dokonuje rzeczy po ludzku niemożliwej: stawia czoła potężniejszemu przeciwnikowi i pokonuje go. My też wierzymy przecież w „świętych obcowanie”, w duchowe łącza z tymi, którzy odeszli do Światła i wstawiają się za nami!

Ciekawy jest też wątek relacji Rey i Kylo Rena. Z jednej strony coś ich łączy, a z drugiej ciągle ze sobą walczą. Trochę przekornie moglibyśmy powiedzieć: „Kto się lubi, ten się czubi”. Oboje odgrywają niemalże dosłownie to polskie porzekadło. Kalo Ren od początku nie robi wrażenia tak skorumpowanego złem jak jego dziadek, Darth Vader z pierwszej trylogii. Od początku czujemy, że ten mariaż z ciemną stroną nie jest do końca przesądzony, a jego wewnętrzne zmaganie jest widoczne jak na dłoni. Przez trzy epizody Kylo dorasta do ostatecznej bitwy ze swoim sercem i zamieszkującą je ciemnością. Światłość zwycięża w nim do tego stopnia, że oddaje życie za Rey i za Światłość, jednocześnie dołączając do grona „dobrych duchów” jak Obi Wan czy Luke.

Najbardziej smutną postacią filmu jest chyba generał Hux. Postać najbardziej narcystyczna i egoistyczna. Cały czas jest zapatrzony tylko w siebie i w swoją karierę. W ostatnim epizodzie okazuje się, że Hux szpieguje na rzecz powstańców. Wydawałoby się, że to powinno świadczyć na jego korzyść. Dobra nowina! Jakże niesmaczne jest jednak jego szczere wyznanie, że nie robi tego dla dobrej sprawy, a tylko dla swoich egoistycznych celów. Liczy się tylko on i jego kariera. Czy nie znamy takich ludzi? W filmie kończy marnie swoje życie. Dosięga go śmierć z ręki innego oprawcy, który okazuje się bardziej przebiegły a jednocześnie wierny złu.

Na zakończenie tych wszystkich przemyśleń wokół Gwiezdnych Wojen chciałbym powiedzieć jedną bardzo ważną rzecz: każde pokolenie musi na nowo stawić czoła złu, które się nieustannie poczyna i odradza w sercach ludzkich. Każde pokolenie ma swój „tygiel walki i zmagania”, gdzie zostaje oczyszczone i wypróbowane. Każde pokolenie ma też swoich własnych bohaterów. I własną serię Gwiezdnych Wojen! Poprzednie pokolenie w Polsce stawiało czoła komunizmowi, moje pokolenie przeszło przez czasy „transformacji ustrojowej”, a Wasze pokolenie? Czemu stawiacie czoła? Relatywizmowi, konsumeryzmowi…? Co Was kształtuje i oczyszcza? Na kogo możecie liczyć w tej walce? Po której stronie staniecie?