Oscar. Historia prawdziwa.

To była jedna z bankietowych sal w jakimś hotelu. 1929 rok. Los Angeles. Trochę prywatne przyjęcie, trochę impreza biletowana. Za wjazd trzeba było zapłacić 5 dolarów. Trochę ludzi przyszło. Około 270. Mimo tego, zainteresowanie wydarzeniem ze strony radia i telewizji było zerowe. Wiało nudą na tyle mocno, że niektórzy przedstawiciele prasy wychodzili z sali przed końcem. Cała impreza trwała 15 minut. Tak wyglądała pierwsza gala wręczenie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. A dzisiaj? Bez wątpienia najbardziej prestiżowe wydarzenie przemysłu rozrywkowego. Specjalnie do tego wybudowany teatr w Hollywood, nagroda, na widok której ślini się większość ludzi mających cokolwiek wspólnego z filmem, miliony dolarów i globalne zainteresowanie tym niespełna czterogodzinnym show. Ale po kolei.

Początki

Zanim wręczymy nagrodę, musi ją mieć kto wręczyć. Dwa lata przed pierwszą ceremonią, pewnego styczniowego wieczoru spotkało się kilku facetów. Jednym z nich był Louis Mayer. Jak ktoś kojarzy to nazwisko z najsłynniejszym lwem świata z najsłynniejszej filmowej czołówki świata z napisem Metro – Goldwyn – Mayer u góry, to dobrze kojarzy. No i tych kilku facetów postanowiło stworzyć charytatywną, trzymającą się z dala od polityki organizację wspierającą rozwój sztuki filmowej. Powstaje Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej (Academy of Motion Picture Arts and Science). Kilka dni po tym spotkaniu zawiązał się komitet założycielski. 36 osób przedstawiających 5 głównych gałęzi tego przemysłu, czyli producenci, reżyserzy, aktorzy, scenarzyści i technicy. I ten podział obowiązuje do dziś. Jest to wyryte na samej statuetce. Wrócę do tego. Zawsze kojarzyłem kto to jest aktor czy reżyser. Ale rola producenta nie była do końca zrozumiała. Sprawdzam. Już wiem. Producent filmowy daje kasę na film. A potem, o ile film się sprzeda, zarabia na nim. Bo na przykład filmowa adaptacja musicalu Koty okazała się taką wtopą, że aż mi żal twórców. Mogą popłynąć na 100 milionów dolarów. Będą chyba Złote Maliny.

Jak Oscar został Oscarem

Cedric Gibbons był w tym pierwszym komitecie założycielskim. Pewna legenda czyni go odpowiedzialnym za to, jak dzisiaj wygląda statuetka. Miał on siedzieć na jakimś nudnym bankiecie i szkicować coś od niechcenia na serwetce. To był pra-projekt. Potem jego żona miała postawić przed nim pozującego w stroju Adama aktora Emilia Fernandeza. Cedric dopracował szkic i tak Oscar nabrał ostatecznych kształtów. Choć to jeszcze nie był Oscar. Przez pierwszych 10 lat statuetka nazywała się po prostu Academy Award of Merit. Albo przybierała pośrednio – zastępcze tytuły, typu Złote Trofeum albo Człowiek z Żelaza. Dopiero Betty Davis ochrzciła Oscara Oscarem. To kolejna z hollywoodzkich legend. Miała na widok figurki wypalić: Ależ to kropka w kropkę mój wujek Oscar! I tak zostało. Dzisiaj Oscar to rycerz opierający się na dwuręcznym mieczu. I rycerz i miecz są nadzy. Rycerz stoi na filmowej szpuli z pięcioma szprychami. Tych pięć szprych to właśnie tych pięć kategorii filmowych: producenci, reżyserzy, aktorzy, scenarzyści i technicy. Oscar waży niecałe 4 kg. Wzrost 35 cm. Wykonany z brązu pokrytego 24 karatowym złotem. Ale zdarzały się wyjątki. W czasie wojny, w ramach oszczędności był gipsowy. Niektórzy twierdzą, że drewniany. Po wojnie wymieniono je na metalowe. Walt Disney za Królewnę Śnieżkę dostał Oscara, któremu towarzyszyło siedem małych Oscarków. A w latach 1930-1950 nagradzana młodzież nie dostawała oryginalnej statuetki. Musiała zadowolić się miniaturową repliką. Dzisiaj Oscar to najskuteczniejsze marketingowe narzędzie w świecie filmu.

Rekordziści

Na pierwszej gali było 12 kategorii. Teraz jest ich już 24. Dotychczas najwięcej statuetek za jednym zamachem (bo aż 11) zdobyły trzy filmy: Ben Hur, Titanic i Władca Pierścieni. Powrót Króla. Ale tylko film Petera Jacksona zwyciężył we wszystkich nominacjach. Najwięcej statuetek ma w swojej kolekcji Walt Disney. Znaczy miał. Aż 26. Aktor z największą liczbą Oscarów to Jack Nicolson – sztuk 3. Wśród aktorek na prowadzeniu jest Katharine Hepburn – sztuk 4. I tak dalej, i tak dalej. Na Wikipedii od tych statystyk aż się w głowie kręci. I na dobrą sprawę, kogo to obchodzi?

Zmierzch hollywoodyzmu

Niedawno byłem w kinie na nie-amerykańskim filmie. Da się. Poczułem, jakby ktoś otworzył okno i przewietrzył pokój. Zobaczyłem, że można inaczej. Że istnieje życie poza Hollywood. Zrozumiałem, że zaczynam mieć dosyć amerykańskiego, kulturowego sterydu. Coraz trudniej jest mi przebrnąć przez kolejny film akcji, a tworzone na akord komputerowe produkcje dla dzieci przyprawiają mnie o mdłości. Tegoroczna, 92 ceremonia wręczenia Oscarów pokazała, że chyba nie tylko ja mam z tym problem. Byli Wielcy przegrani i Mali zwycięzcy. Ale największym zaskoczeniem był Oscar dla najlepszego filmu. Po raz pierwszy w całej historii imprezy nagrodę za najlepszy film nie otrzymał film anglojęzyczny! Koreański. To rewolucja. Okazuje się, że Amerykanie są jednak w stanie oglądać filmy z napisami. Ten film to Parasite w reżyserii Joon-ho. Wspieram kierunek, w którym zmierza Akademia – powiedział ze sceny reżyser. Ja nie do końca. Fajnie, że do bólu przewidywalny show w amerykańskim stylu może jednak zaskakiwać i pokazywać, że poza USA istnieje reszta świata. Ale przy okazji był ten show amboną światowej poprawności politycznej. Był performance queerowych artystów, był Elton John ze swoją zwycięską tęczową piosenką, a (słusznie moim zdaniem) nagrodzony za rolę Jockera Joaquin Phoenix przebąkiwał coś o LGBT.

Cóż, oni mają swój zakręt, ja mam swój.

Jeszcze jedna łyżka dziegciu

Mel Gibson ma na swoim koncie dwa Oscary. Za film Braveheart z 1995 roku. Hollywood zna od kuchni. W programie Graham Norton Show w BBC powiedział coś, co zszokowało świat. Kilka cytatów:

Hollywood to zinstytucjonalizowana pedofilia. Jest zalane krwią niewinnych dzieci. Konsumpcja krwi dziecka jest tak popularna, że w zasadzie działa ona jak oddzielna waluta. Jeśli dziecko cierpiało w ciele i w psychice przed śmiercią, to oni wierzą, że to daje im dodatkową siłę życiową. To nie jest nic nowego. Jeśli przeprowadzisz jakieś badania, zobaczysz, że jest to zjawisko metafizyczne, alchemiczne i możesz je znaleźć za kulisami we wszystkich ciemnych epokach w historii. Jest to mroczna praktyka okultystyczna wykorzystywana przez tajne stowarzyszenia w ciągu ostatnich kilkuset lat do programowania społecznego i kontroli umysłu i podniesiona do zenitu w naszej epoce przez Hollywood w Ameryce.

Ja tego nie powiedziałem. Czy Gibson ma rację? Nie wiem. Sam za rękę nie złapałem. Wszystko jest możliwe. Życie ma swoje ciemne strony. Bardzo ciemne. Skoro w Kościele Katolickim dzieją się rzeczy, które w głowie się nie mieszczą, to dlaczego w Hollywood nie mogą? Niebezpiecznie łatwo jest zapomnieć o duchowym wymiarze naszej rzeczywistości, która przenika nas jak komórkowe fale. Pomyślmy o tym. A póki co zapraszam do kina na jakiś kolejny film z Fabryki Snów.