Historia jednej piosenki

Paul MacCartney. Bez wątpienia najbardziej spełniony żyjący muzyk na globie. Trafił do Księgi Rekordów Guinnessa jako gość, który dzięki setkom milionów sprzedanych płyt (ponad sześćdziesiąt złotych) osiągnął największy sukces w historii muzyki. Na podstawie e-mailowego sondażu firmy konsultingowej Creators Synectics uznany za jednego ze 100 żyjących geniuszy. Do legendarnej Rock and Roll Hall of Fame był wprowadzany dwukrotnie. A takie coś zdarzyło się chyba tylko raz. W 1988 wraz z The Beatles oraz w 1999 jako artysta solowy. Ilość totalnie ponadczasowych, światowych hitów jakie ma na swoim koncie ten jeden człowiek jest tak wielka, że pozostałych artystów razem wziętych w zasadzie wciąga nosem. Trudno sobie wyobrazić, że tyle od życia może przypaść na jedną głowę. Ech, nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Sir James Paul MacCartney urodził się 18 czerwca 1942 roku w Liverpoolu. Ciekawe jest to, że został ochrzczony w obrządku rzymsko-katolickim. To zasługa mamy Mary. Jednak tata James był protestantem z wyraźnie agnostyckim zacięciem. I to raczej zdecydowało o bezwyznaniowym wychowaniu Paula. Niektórzy próbują doszukiwać się śladów jego katolickich korzeni w Let it be gdzie śpiewa: 

Gdy znajduję się w trudnych chwilach, przychodzi do mnie matka Maryja,
mówiąc słowa mądrości: niech tak będzie.
I w mojej czarnej godzinie, Ona stoi tuż przede mną
mówiąc słowa mądrości: niech tak będzie

Rzeczywiście, brzmi jak fragment religijnej piosenki śpiewanej podczas pielgrzymki do Częstochowy. Ale wszyscy wiemy, że chodzi o rodzoną matkę Paula. Wracam do dzieciństwa. Do 15 roku życia nic się specjalnego nie działo. Oczywiście poza śmiercią jego matki. Ale 6 lipca 1957 roku na festynie dobroczynnym w Woolton coś się zadziało. Paul spotkał Johna Lennona. To spotkanie zmieniło nie tylko całe ich życie. To spotkanie zmieniło życie całego świata. Połączenie tych dwóch talentów zmiażdżyło system. Trudno w to uwierzyć, ale gdyby akurat 6 lipca 1957 roku Paul MacCartney miał biegunkę i siedziałby w domu, prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o czwórce z Liverpoolu i nigdy nie usłyszelibyśmy żadnej z ich piosenek. Ta świadomość uczy mnie pokory. Możemy pomagać losowi pracując w pocie czoła, szukając, walcząc, nie poddając się. Ale ostatecznie o tym czy pyknie i jak pyknie nie do końca my decydujemy. Jeżeli tak zwany przypadek zdecydował o tym, że świat dostał Beatlesów, to w zasadzie ten sam przypadek decyduje o wszystkim. Nawet o tym, że istniejemy. No bo gdyby nasi rodzice przypadkowo się nie spotkali i nie zakochali w sobie, to nie było by nas. Może pojawilibyśmy się w innym wydaniu na innej półkuli i w innym czasie. A może po prostu pojawiłby się ktoś inny. Nie wiem. Można się zapętlić.

Tak to jest, jak wierzy się w przypadki inne niż te w gramatyce. Ja wierzę w plan. Spotkanie Paula i Johna traktuję zatem jako część jakiegoś planu. Gdyby nie ono, nie usłyszelibyśmy również tego kawałka, dla którego w zasadzie piszę ten felieton. Muzyka ma to do siebie, że jej odbiór jest bardzo subiektywny. To co dla jednych jest mistrzostwem świata, na innych nie robi większego wrażenia. Yesterday to dla mnie mistrzostwo świata. Jest Yesterday i jest reszta piosenek. Nie wiem dlaczego tak na mnie ona działa. Może dlatego, że Paulowi się przyśniła? Tak było. Pierwsze jej dźwięki usłyszał we śnie. Zaraz po przebudzeniu siadł do fortepianu (na mój gust to musiało być pianino) i odtworzył to, co mu się przyśniło. Potem dopisał kolejne fragmenty. Był tak urzeczony tą melodią, że podejrzewał nieświadome popełnienie plagiatu. Zamęczał wszystkich znajomych pytaniami czy słyszeli kiedyś tą melodię. W końcu z ulgą doszedł do wniosku, że to jednak jest jego wałek. Z tekstem nie poszło tak łatwo. Okazuje się, że słowa najsłynniejszej piosenki świata początkowo były zupełnie inne. Zaczynało się tak: Scrambled eggs / Oh darling how I love your legs. Dopiero w maju 1965 roku, na wakacjach w Portugalii wymyślił to: Yesterday, all my troubles seemed so far away. To już znamy. 

Piosenka została nagrana w legendarnym studiu Abbey Road w półtorej roku od momentu, kiedy się Paulowi przyśniła. To był czerwiec 1965 roku. To pierwsze nagranie Beatlesów, w którym uczestniczy tylko jeden z jego członków. 14 czerwca Paul nagrywa partię gitary akustycznej (to był model Ephiphone Texan) oraz swój głos. Potem George Martin dopisuje do całości kwartet smyczkowy. Tak rodzi się pierwsza piosenka w historii muzyki pop do nagrania której użyto klasycznego kwartetu. I jak wiemy, nie ostatnia. John, George i Ringo kręcili początkowo nosem na ten kawałek. Nie chcieli się zgodzić na publikację singla w Wielkiej Brytanii. Że niby nie w ich stylu. A może zazdrość po prostu? Może wyczuwali jego potencjał… Ostatecznie Yesterday na brytyjskiej liście przebojów się znalazł. I to w pierwszej dziesiątce. Tyle tylko, że scoverowany przez angielskiego piosenkarza Matta Moro. Serio, jest na YT. W USA też było ciekawie. Piosenka weszła na stronę B singla Act Naturally tylko dlatego, gdyż ta jej wersja zwierała śpiew Ringo Starra (nigdy tego nie słyszałem). To był zabieg czysto marketingowy – Ringo był wówczas najbardziej popularnym beatlesem w Stanach. Sukces Yesterday był tak oszałamiający, że w następnych seriach kolejność ścieżek została zamieniona. Piosenka dostała się na listę Billboardu. Przez miesiąc non stop wisiała na szczycie zestawienia. W ciągu 5 tygodni sprzedano milion egzemplarzy singla. Przez 8 lat od jego wydania był to najczęściej odtwarzany utwór w amerykańskich radiostacjach. Do dzisiaj Yesterday jest najczęściej coverowanym kawałkiem w historii. Ponad 3000 razy. Gdybym miał włożyć w usta Adama i Ewy wypędzonych z raju jakąś piosenkę, włożyłbym właśnie to: 

Wczoraj wszystkie moje zmartwienia wydawały się być takie odległe.
Teraz wydaje się, że rozgościły się tu na dobre.
Och, wierzę we wczorajszy dzień.

Wcześniej zahaczyłem o Let it be. Nieprzypadkowo. Po pierwsze, jak wspomina Paul, piosenka też mu się przyśniła. Sam tak o tym mówi: We śnie zobaczyłem swoją zmarłą 10 lat wcześniej mamę. To było wspaniałe. Sny mają tę cudowną właściwość, że możemy połączyć się z kimś przez sekundę i wydaje się, że znów jesteśmy fizycznie razem. Jej obecność była cudowna i dodała mi wiele otuchy. We śnie zapewniła mnie, że wszystko będzie dobrze. Nie jestem pewien, czy użyła konkretnie słów Let it be, ale do tego jej rada się sprowadzała. O ile pamiętam mówiła: Nie przejmuj się zbytnio, wszystko będzie OK. To był taki dobry sen, że kiedy się obudziłem, pomyślałem, że naprawdę wspaniale było ją znowu spotkać. Nie posiadałem się z radości. I wtedy właśnie napisałem Let It Be. 

Po drugie okazuje się, że tekst Yesterday to nie żal z powodu odejścia dziewczyny. To żal po stracie matki. Paul miał wtedy 14 lat. To był cios dla całej rodziny. Podobno pierwszą reakcją na jej śmierć było pytanie: co teraz poczniemy bez jej pieniędzy? Te słowa miały go prześladować przez lata. Refren Yesterday wszystko tłumaczy: 

Dlaczego musiała odejść?
Nie wiem, nie chciała powiedzieć.
Może powiedziałem coś  nie tak?
Teraz tęsknię za dniem wczorajszym

Barry Miles napisał autoryzowaną biografią Paula MacCartneya – Many Years from Now. Artysta o Let it be mówi tak: Słowa Maria Matka czynią z utworu religijną piosenkę i nie mam nic przeciwko takiemu odczytaniu. Jestem szczęśliwy, jeśli ludzie chcą w taki sposób umocnić swoją wiarę. Myślę, że wspaniale jest wierzyć, szczególnie w świecie, w którym przyszło nam żyć obecnie. 

Chyba w każdym z nas jest jakaś tęsknota za wczorajszym dniem. A może jutro się dopiero pojawi. Taka tęsknota za sobą pięknym, czystym, nieporanionym masą złych wyborów i upadków. I nawet tak piękna piosenka jak Yesterday nie rozwiąże tego problemu. Ten problem może rozwiązać tylko jedna Osoba. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że w Niebie usłyszymy nieskończenie wiele nieskończenie piękniejszych piosenek.