Czy telefony i komputery zabijają kreatywność?

Ludzie tworzący dziś nowoczesne rozwiązania cyfrowego świata kształcą swoje dzieci w oderwaniu od niego z prostego powodu: pozbawiona nowoczesnych technologii edukacja uczy samodzielnego, twórczego myślenia.

Jest w Kalifornii takie miejsce. Dolina Krzemowa się nazywa. To technologiczna mekka współczesnego świata. Geograficznie północna część Doliny Santa Clara. Nazwę, z którą dzisiejszy świat to miejsce kojarzy uknuł w 1971 roku amerykański dziennikarz Don C. Hoefler. Idealne warunki pogodowe, niskie ceny nieruchomości i jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów świata zaczęły przyciągać ludzi. Wiele innych miejsc na świecie próbowało powtórzyć sukces Doliny, ale z miernym skutkiem. Pierwotnie rządzili tam rolnicy. Jednak po trzęsieniu ziemi w San Francisco na początku XX wieku zaczął się napływ przybyszów. To wtedy gubernator Kalifornii ufundował Uniwersytet Stanford. No i zaczęło się. Największy boom zrobił się w czasie II wojny światowej. To było idealne miejsce dla badań i produkcji wszystkiego tego czego potrzebuje armia w czasie wojny. Zaczęli do Krzemowej Doliny przybywać wybitni fachowcy, a zakłady zamiast pługów i traktorów zaczęły produkować czołgi i radary. Aktualnie mają tutaj swoje siedziby tysiące przedsiębiorstw. Różnych, różnistych. Mniej i bardziej znanych. Często znanych tak bardzo, że ich nazwy kojarzymy lepiej niż własne nazwisko. Kilka przykładów: Google, Facebook, Apple Inc., eBay, Hawlett – Packard, Yahoo!. Wystarczy, żeby zrozumieć, czym jest to miejsce dla świata?

Wyobraźnia zamiast komputera

Ale po co o tym piszę? Niedawno trafiłem w sieci na artykuł o intrygującym tytule: Dolina Krzemowa kształci swoje dzieci bez komputerów (sic!) Zacząłem czytać. Odpadłem. Okazuje się, że jedną z najpopularniejszych szkół, do której posyłają swoje dzieci pracownicy Google czy Facebook jest Waldorf School of the Peninsula. Nadrzędną jej zasadą jest zakaz używania elektronicznych gadżetów. Od smartfona po komputer. Obowiązuje wszystkich. Uczniów i nauczycieli. Dewiza tych drugich jest taka: wyobraźnia zamiast komputera. Mnie się podoba. Można o tej szkole mówić elitarna. Jest tam tylko 9 klas uczniów, funkcjonuje zasada non-profit, a środki na życie pozyskiwane są wyłącznie z dobrowolnych datków rodziców i dobrodziejów. W większości szkół w Krzemowej Dolinie, i generalnie na świecie, jest tak, że wyznacznikiem nowoczesności jest dostęp do sfery hi-tech. W tej szkole jest dokładnie na odwrót. Tutaj urządzenia typu tablet czy smartfon są zakazane. Są passe. Nawet prowadzący zajęcia z takich wynalazków nie korzystają. Stawia się na dużą ilość zadań twórczych, dyskusji, rysowania, wypadów w teren i takich tam różnych działań w realu. Beverley Amico, kierownik do spraw rozwoju w szkołach Waldorf argumentuje to prosto: lekcji mają udzielać żywi ludzie, których zadaniem jest dbanie nie tylko o rozwój poznawczy, ale także o ten osobowy. Ludzie tworzący dziś nowoczesne rozwiązania cyfrowego świata kształcą swoje dzieci w oderwaniu od niego z prostego powodu: pozbawiona nowoczesnych technologii edukacja uczy samodzielnego, twórczego myślenia. A tego właśnie od swoich pracowników oczekują firmy pokroju Google czy Apple. Te wnioski wspiera najnowszy raport OECD (po polsku Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Wynika z niego, że tam gdzie edukację zasila się elektronicznymi gadżetami wyniki nauki są znacznie gorsze. Najlepiej jest we wschodniej Azji. Tam bardzo ostrożnie podchodzi się do nowych technologii. A ci, którzy korzystają z laptopa na okrągło, uczą się gorzej od tych, którzy korzystają z niego sporadycznie. Ja w to wierzę. Prosty przykład z życia. Z mojego życia. Jadę po coś w jakieś nowe dla mnie miejsce do sąsiedniego miasta. Oczywiście korzystam z niezawodnej aplikacji Google Maps. Wujek Google bezbłędnie kieruje mnie na miejsce, w dodatku pomagając omijać korki. Ale w drodze powrotnej rozładowuje mi się telefon. Ładowarki brak. A miasta, w którym jestem, akurat jak własnej kieszeni nie znam. Czuję się lekko zagubiony. Nie żebym wpadał w panikę, ale przez chwile poczułem, co to jest uzależnienie od sieci, która niemal myśli za mnie.

Kopiowanie zamiast tworzenia

Dla muzyka sieć z całymi jej zasobami to to samo, co Sezam dla Alibaby. Jedno kliknięcie i masz natychmiastowy dostęp do wszystkiego o czym tylko można zamarzyć. Całe dyskografie, materiały edukacyjne, zawodowo zarejestrowane koncerty, warsztaty, kursy i miliony nut do wszystkiego. To dzięki sieci dzieciaki dzisiaj umieją i wiedzą to, na co poprzednie pokolenia potrzebowały nieraz całego życia. Jak ja. Kumpel stwierdził kiedyś, że internet to największa rewolucja od czasów wynalezienia koła. No coś w tym jest. Ale widzę też drugą stronę medalu. Czyli internetu. Codziennie na świecie powstaje tysiące nowych piosenek. Jedna podobna do drugiej. Przewidywalne, powtarzalne. Jak ciasto upieczone ze sprawdzonego przepisu. To działa mniej więcej tak: ktoś wrzuca hita i ma miliony wejść. Z tych milionów jakaś część też chce mieć takiego hita. I tworzą się podróbki z nadzieją powtórzenia sukcesu. I tak dalej, i tak dalej.

Sieć daje niemal nieograniczony dostęp do wiedzy wszelakiej. Ale też unifikuje i niepostrzeżenie zabija naszą oryginalność. Problem jest w tym, że dzisiaj wszyscy chcą myśleć jak wszyscy, śpiewać jak wszyscy i wyglądać jak wszyscy. To się nazywa konformizm. Poprawność polityczna, moda, trendy. Zwał jak zwał. Nie chcemy się odróżniać zbytnio od tłumu, bo bycie jego częścią daje nam poczucie bezpieczeństwa. A to jest postawa, która sprawia, że świat stoi w miejscu. Gdyby tacy byli wszyscy, nikt nie wynalazł by żarówki, nikt nie ogłosił by teorii względności, nikt nie nagrał by Sargent Peppers Lonely Hearts Club Band ani nikt nie skonstruował by laptopa. I też nie chodzi o to, żeby zamknąć się w celi bez okien i komputera i tam tworzyć coś, co będzie wolne od jakiegokolwiek wpływu. To druga skrajność. Cały szkopuł jest w proporcjach. To najtrudniejsza sztuka. Korzystać z dostępnych narzędzi mądrze. Sprawa absolutnie indywidualna. Korzystanie z sieci jako źródła wiedzy i inspiracji jest ok. Ale kiedy sieć zalewa nasze życie jak przepełnione szambo, to już nie jest ok. Zdolność kreatywnego myślenia to jedna z najcenniejszych rzeczy, jaką mamy. Nie dajmy sobie jej odebrać za cenę łatwych, popularnych rozwiązań.

Kto jest najbardziej poszkodowany?

A swoją drogą internet najwięcej szkody wyrządził chyba … iluzjonistom 😉 Gnojki, które wrzucają do sieci filmiki zdradzające tajniki magicznych sztuczek powinni za to beknąć. Za sztuką iluzji stoją lata ciężkiej pracy i często bardzo drogie rekwizyty. Iluzjonista żyje z tego, że widz nie wie, jak on to robi. Zdradzić widzowi sekret triku to tak, jakby odebrać iluzjoniście pracę. Z drugiej strony, czy taka sytuacja nie zmusza iluzjonistów do jeszcze większej kreatywności?

źródło: https://www.pb.pl/krzemowa-dolina-ksztalci-swoje-dzieci-bez-komputerow-814343