Co to jest tolerancja?

To dzisiaj często używane słowo. Może i nadużywane. I na dobrą sprawę, nie wiadomo do końca czy rozumiemy co dokładnie oznacza.

Słowo tolerancja pochodzi od łacińskiego tolerare, co znaczy mniej więcej cierpliwą wytrwałość. Mam wrażenie, że dzisiaj tolerancję rozumiemy trochę inaczej. Krótko mówiąc, różnimy się między sobą. Tolerancja ma być sposobem radzenia sobie z napięciami wynikającymi z tych różnic. Rządy państw od zawsze miały do czynienia z tym problemem. Na dobrą sprawę, przepisy prawa są przejawem częściowej przynajmniej nietolerancji. No bo coś tolerują, a czegoś nie. Na przykład: prawo toleruje prowadzenie własnej działalności gospodarczej, ale uchylania się od płacenia podatków już nie. W świetle takiego prawa cwaniak ma prawo czuć się nietolerowany. Rządy musiały też zawsze decydować, które grupy religijne czy społeczne tolerować, a które nie. Z tym problemem musiało zmierzyć się Imperium rzymskie na podbitych terytoriach. Politeistyczny Rzym musiał coś zrobić w zetknięciu z religiami monoteistycznymi Azji Mniejszej i Afryki Północnej: zoroastryzmem, judaizmem i oczywiście chrześcijaństwem. O tym jak tolerancyjny był dla chrześcijan Rzym można dowiedzieć się chociażby z lektury Quo Vadis Sienkiewicza. Z kolei w średniowieczu egzamin z tak zwanej tolerancji zdawały rządy chrześcijańskiej Europy i Bliskiego Wschodu. Jak wiadomo z lekcji historii, egzamin został oblany. 

Jednym z wcześniejszych głosicieli idei tolerancji był nasz rodak, Paweł Włodkowic. Na Soborze w Konstancji apelował o zachowanie pogańskim narodom prawa do ich wierzeń. Ale na serio temat tolerancji podjęto dopiero przy okazji reformacji Kościoła, wojen religijnych i prześladowań. Chodzi o jedne z najczarniejszych kart w jego historii. Działy się wtedy tak niefajne rzeczy, że dyskusja na temat tolerancji stała się oczywistą oczywistością. Ale tolerancji rozumianej jedynie jako powstrzymanie się od prześladowań. Co ciekawe, Polska w tym czasie była jednym z najbardziej tolerancyjnych państw Europy. Dowcipni nazywali ją schronieniem dla heretyków. Tak czy inaczej, do XX wieku termin tolerancja odnosił się głównie do różnic na tle religijnym. Potem pojawił się problem rasizmu. Dzisiaj to spektrum poszerzyło się jeszcze bardziej. Używa się tego pojęcia również w kontekście odmiennych orientacji czy praktyk seksualnych, kontrowersyjnych partii politycznych czy budzących powszechny sprzeciw poglądów. Apetyty architektów współczesnej tolerancji też rosną. Już nie wystarczy uszanować i nie prześladować. Teraz tolerancja domaga się otrzymania wszelkich przywilejów i praw, które do tej pory zarezerwowane były dla, nazwijmy to, powszechnie uznanej normy. No i tu mamy problem. Z początkowej idei poszanowania odmienności poglądów, tolerancja stała się etykietą najbardziej nietolerancyjnych postaw. A to już neotolerancja, która jest utopią. To poprawnie polityczne określenie dla zwykłej anarchii moralnej. To ładne nazwanie róbta-co-chcetyzmu. Jeśli będę neotolerancyjny dla kanibala, to znaczy, że wcześniej czy później wyląduję w jego menu. To oczywiście poczynione z przymrużonym okiem uproszczenie. Ale pokazuje istotę problemu. 

Wpadł na to już Karl Popper, austriacki filozof:

Czy tolerancyjne społeczeństwo powinno akceptować nietolerancję? A co, jeśli tolerując czyn „A”, społeczeństwo niszczy samo siebie? Tolerancja czynu „A” może być użyta do wprowadzenia nowego systemu myślowego, co może doprowadzić do braku akceptacji zespołu cech „B”, właściwych danemu społeczeństwu. Bardzo trudno jest znaleźć złoty środek, a różne społeczeństwa nie zawsze zgadzają się co do szczegółów. W rzeczywistości poszczególne grupy w obrębie jednego społeczeństwa często mają problemy z porozumieniem się. Niektóre państwa uznają zniesienie nazizmu w Niemczech za przejaw nietolerancji, podczas gdy w Niemczech to właśnie nazizm jest uważany za niedopuszczalnie nietolerancyjny. Bezgraniczna tolerancja musi prowadzić do jej zaniku. Jeśli rozszerzymy bezgraniczną tolerancję nawet na tych, którzy nie są tolerancyjni, jeśli nie jesteśmy gotowi bronić tolerancyjnego społeczeństwa przed atakiem nietolerancyjnego, wtedy tolerancyjny zostanie zniweczony, a tolerancja z nim. 

Otóż to. Neotolerancja jest sprzecznością. Tolerancja dla tych, którzy dzisiaj tak bardzo się jej domagają oznacza nietolerancję dla tych drugich. Jak wybrnąć z tego paradoksu? Teologicznie. Jeśli przyjmiemy, że rzeczywiście istnieje Bóg, który wszystko stworzył i ustanowił reguły tej gry, to wszystko zacznie się klarować. W rozumieniu neotolerancji Bóg w gruncie rzeczy jest bardzo nietolerancyjny. A najbardziej drastycznym przejawem tej nietolerancji jest widok zmasakrowanego Jezusa na krzyżu. W tym samym rozumieniu najbardziej nietolerancyjnym dokumentem jest Dekalog. W zasadzie wynika z niego, że niczego nam nie wolno. Zero tolerancji. 

Ktoś powiedział, że chrześcijaństwo nie daje wolności. Bo musisz to i to, żeby wejść do nieba. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Ale po czasie wpadłem na to. Tak to jest, kiedy człowiek wchodzi w rolę Boga i sam ustala reguły w tej nie swojej grze. Oto istota dzisiejszej neotolerancji: mam swoje widzimisię i inni muszą to zaakceptować. Pokory ci trzeba współczesny Człowieku. Odkrycia na nowo tej oczywistości – jesteś Człowieku tylko stworzeniem. Twoim obowiązkiem i prawem jest zaakceptować reguły, które ustalił Stwórca. Możesz je odrzucić, ale nie oczekuj, że nie będzie to miało dla ciebie bolesnych konsekwencji. Oddychać też nie musisz. Spróbuj tej wolności i wstrzymaj oddech na kilka minut. Jesteśmy totalnie zależni od Boga. Jakże to zapomniana w dzisiejszym świecie prawda. Poza Bogiem nie ma dla nas życia. Nawet jeśli przez całe życie tak nam się wydaje. Dlatego tolerancja dla czegoś, co zrywa naszą zażyłość z Nim jest autodestrukcją. 

Napisałem, że w rozumieniu neotolerancji Bóg jest totalnie nietolerancyjny. I rzeczywiście jest, ale dla grzechu. Dla nas jest tolerancyjny do granic możliwości. A najbardziej wymownym przejawem tej tolerancji jest ukrzyżowany Jezus.