Wychowanie seksualne – czy jest o co walczyć?

W Niemczech za nieposłanie dziecka na lekcje z wychowania seksualnego grożą wysokie grzywny i więzienie. Tam jest to po prostu prawnie nakazane. Wszystko zaczęło się w 1969 roku. Wtedy to socjalistyczna minister zdrowia, niejaka Kate Strobel, doprowadziła do publikacji pierwszego podręcznika z wiedzy o tych sprawach. Książka podawała podstawowe informacje o narządach, zapłodnieniu czy ciąży. Wiadomo, nie zaczyna się od razu od wysokiego C. Takie były początki. Dzisiaj w każdym EMPIKu można kupić takie tytuły ja Wielka księga cipek oraz Wielka księga siusiaków (sic!).

To tylko wierzchołek góry. Fala edukacji seksualnej na miarę dzisiejszych czasów przetacza się przez świat jak kiedyś komunizmu. Idee są szczytne. Jak w komunizmie zresztą. Drewniane penisy z nałożonymi prezerwatywami, pluszowe waginy, malowanie genitaliów, instruktaż z masturbacji, zabawa w wypinanie gołych pup, filmiki edukacyjne z tańczącymi tamponami w roli głównej. No i oczywiście nauka tolerancji dla wszystkiego, co dziecku mogło by się przypadkowo wydawać nienormalne. No bo przecież żyjemy w czasach, gdzie nie-normalne jest już tylko uważać coś za nie-normalne. Jedyne co dzisiaj wypada uważać za nie-normalne, przestarzałe i społecznie szkodliwe to oczywiście chrześcijański punkt widzenia. W tej naszej zaściankowej Polsce postępowcy mają z tym sporo problemów. Poczętych dzieci wciąż u nas nie wolno zabijać na życzenie. Jak mówi się rodzina to ludzie z uporem maniaka myślą: mama, tata i dzieci. A do polskich przedszkoli i szkół wciąż niechętnie wpuszcza się nowoczesnych seks-edukatorów. Bo zatroskani o swoje dzieci rodzice obawiają się, że mogą nimi być konie trojańskie jakiejś nowej, dziwnej ideologii. I mają do takiego zatroskania święte prawo. Takie zatroskanie jest ich obowiązkiem. W tym koniu pogrzebany jest pies. Zapewniają, że chodzi tylko o informację. Nie wierzę. Kompletnie. Chodzi o ideologię. Skąd ta pewność? Bo jak katolicki rodzic przekazuje swojemu dziecku wiedzę o seksualności, to robi to ideologicznie. To naturalne, nieuniknione i konieczne. Seks to poważna sprawa. Zasad zdrowego żywienia albo technik szydełkowania można uczyć w oderwaniu od ideologii przekazując jedynie suche informacje. Z tym się zgodzę. Ale ściemnianie, że tak samo można z seks-edukacją to boolshit. Nie da się mówić o seksie w oderwaniu od moralności, miłości, szacunku wobec drugiego człowieka, szacunku wobec życia, odpowiedzialności. Rodzice (przynajmniej niektórzy) obawiają się seks-edukacji w nowoczesnym stylu nie dlatego, że nie chcą by ich dzieci dowiedziały się o tych sprawach. Oni nie chcą, by ktoś po cichutku przeprogramował formowany w ich dzieciach korzenny system wartości. A kto jak nie rodzic, ma nadrzędne, konstytucyjne zresztą, prawo do zbudowania w dziecku takiego systemu? Jeżeli rodzicom odmawia się takiego prawa, to znaczy, że cywilizacja zaczyna upadać. No i upada. Wiadomo, seks-edukatorzy mogą być różni. Czasem jest to wzbudzająca zaufanie miła pani w okularach. A czasem wyzywająca(y) Drag Queen z Kantyny w Mos Eisley. Po co ryzykować?

A teraz, żeby nie było tak jednostronnie, przedstawiciel katolickiej społeczności (czyli ja) walę się w pierś

Dobra seks-edukacja w naszym katolickim społeczeństwie leży totalnie. Może teraz to się zmienia, bo się zmienia, ale trochę za późno się budzimy, moi bracia w Chrystusie. Ja sam jestem przykładem tej leżącej edukacji. O tych sprawach co nieco usłyszałem od kolegów na podwórku. Efekty tego podwórkowego uświadamiania pozostawiały wiele do życzenia. Z lekcji religii pamiętam tylko to: masturbacja i każdy wytrysk poza pochwą to grzech. Amen. W domu też cisza w temacie. Ale tej jednej lekcji wychowawczej w ostatniej klasie szkoły podstawowej nie zapomnę do końca życia. Nie pamiętam, o czym miała być, ale pamiętam, że na pewno nie o seksie. I nie wiem kto i jak wywołał ten temat. Nauczycielka (to była nasza wychowawczyni, cudowny pedagog) poczuła chyba wtedy zew seks-edukatora. Poczuła, że to jest ten moment, w którym można nam, młodym ludziom odsłonić rąbka tajemnicy. I tak, zupełnie niespodziewanie, spontanicznie i ponadprogramowo z lekcji wychowawczej zrobiła nam się godzina wychowania seksualnego. Pytaliśmy o wszystko. I pani ze swoim genialnym pedagogicznym wyczuciem odpowiadała na każde pytanie. Czasem uznając, że należy, rozwijała wątek. A my z otwartymi gębami słuchaliśmy tego wszystkiego. Zupełnie jakby chodziło o poznanie tajemnicy kamienia filozoficznego. Wróciłem do domu i z lekko triumfującym uśmieszkiem rzuciłem rodzicom: Już wiem. Co? – zapytali. Jak to co? To! – odpowiedziałem. 

Toczy się u nas awantura o seks edukację. Z jednej strony w Warszawie podpisuje się kartę LGBT+. Z drugiej strony postępowej edukacji chce się zakazać. Prawnikiem nie jestem, ale prawo chyba po to jest, żeby zakazywać rzeczy złych? O szkodliwości neo-seks-edukacji nie dowiemy się z jej kampanii reklamowych ani z opinii zatrudnionych przez nią autorytetów. Musimy trochę pogrzebać. Przykłady pierwsze z brzegu: niby miało być mniej nieplanowanych ciąż i chorób wenerycznych. I jednego i drugiego jest więcej. Nie jestem przeciwny seks-edukacji. Jestem absolutnie za nią. Ale nie za tą złą, tylko tą dobrą. Jak rozpoznać? Każdy zrobi to inaczej. Bo każdy do swojego rozpoznania ma prawo. Ale skoro liberalna ideologia głośno i agresywnie (czasami) domaga się dla siebie zielonego światła w dzisiejszym świecie, to dlaczego moja, chrześcijańska ma nie mieć prawa by zaświecić tej pierwszej światło czerwone? Jeżeli kochający rodzic widzi, że jego dziecko jest krzywdzone, to jego prawem i obowiązkiem jest to dziecko chronić. Tyle w temacie. I nie czarujmy się – pokój o jakim wciąż wzniośle wszyscy gadają, do jakiego się odnoszą i do jakiego wzdychają  jest tak naprawdę iluzoryczną utopią. Jezus nie pozostawia złudzeń: 

Nie sądźcie, że przyszedłem nieść pokój po ziemi. Nie przyszedłem nieść pokoju, lecz miecz. Mt 10,34

Jest op co walczyć. Stawka jest wysoka.