Relacja z wolontariatu na Madagaskarze

Manahoana! Szczęść Boże! Ciepło pozdrawiam z buszu w Marotsiriry, z placówki Sióstr de La Sagesse, choć obecnie odpoczywam dwa dni na misji oblackiej w Mahanoro. Dzięki Bożej Dobroci mogę  już miesiąc spełniać swoją misję na Madagaskarze. Całą stroną organizacyjną mojego wyjazdu zajmują się Misjonarze Oblaci Niepokalanej, za co im bardzo dziękuję!

Marotsiriry to maleńka wioska nad rzeką, gdzie na pięknym wzgórzu mieści się gospodarstwo Sióstr i Dispensaire, czyli wielofunkcyjna przychodnia medyczna. Tu właśnie spełniam swoje zadania jako położna i zabiegowa, a współpracuję z dwiema siostrami – pielęgniarką i położną. Siostry posiadają dodatkowo kompetencje konsultacji medycznych, które u nas można by było nazwać wizytami u lekarza, a także diagnozowania pod mikroskopem gruźlicy i pasożytów. W Przychodni badamy również pod kątem malarii, która niestety jest zmorą dla Malgaszy, a którą de facto łatwo wykryć wykonując prosty test z krwi. Siostry przeprowadzają wywiad, diagnozują, przepisują leki, ustalają dalsze leczenie. Ja w gabinecie zabiegowym wykonuję zlecone iniekcje dożylne, zastrzyki, leczę rany, pielęgnuję czasem chorych umierających. W każdy piątek prowadzimy z s. Nikole konsultacje prenatalne, badamy usytuowanie dzieciątka w łonie mamy, ustalamy profilaktykę przeciwmalaryczną. Jesteśmy szczęśliwe, gdy co jakiś czas, średnio raz w tygodniu zgłosi się jakaś ciężarna do porodu! Do tej pory przyjęłyśmy na świat troje zdrowych noworodków, choć nie każdy poród odbył się bez komplikacji.

Na co dzień żyję sobie rytmem codzienności Wspólnoty. Bardzo cieszę się, że mogę doświadczać tu każdego dnia wielu, naprawdę wielu różnic w funkcjonowaniu w buszu i a naszej rzeczywistości. Dotyczy to przede wszystkim pracy, choć oczywiście życia codziennego również, jednak dla mnie osobiście, różnice w pracy stanowiły większe wyzwanie. Nie mamy tu pod dostatkiem środków opatrunkowych, które w Polsce są czymś oczywistym. Siostry z wielką troską starają się zapewnić wszystko, co potrzebne, jednak tutaj jest to bardzo trudne. Wyzwaniem dla mnie było też pokonać bariery swojego braku doświadczenia w niektórych kwestiach pracy zawodowej, ponieważ, jako położna do tej pory pracowałam głównie z wcześniakami i kobietami po porodzie. Jestem bardzo wdzięczna Siostrom za cierpliwość. Dochodzi do tego konieczność umiejętnej komunikacji językowej. Mój podstawowy poziom z francuskiego musiał mi posłużyć za pomoc, choć tak naprawdę, jak to się mówi wśród misjonarzy, najwięcej trudności rozwiązuje język miłości. Naprawdę, doświadczyłam, że to się sprawdza. Cieszę się również, że przed rozpoczęciem pracy w buszu, podczas pobytu u Oblatów zaciągnęłam kilku lekcji malgaskiego od tutejszego kleryka i osłuchałam się z francuskim wśród misjonarzy na Madagaskarze.

Myślę, że największą trudnością dla mnie było pokonać własne słabości i to właśnie tu było szczególne miejsce dla Jezusa… 🙂 …On ma w tu realne pole do działania. Dzięki Niemu każdego dnia, nawet wtedy, gdy w pracy robię niechcący komuś krzywdę, czuję się niezrozumiana, albo na rękach umiera mi młoda ciężarna chora na malarię, mogę być spokojna i wieczorem odpowiedzieć, że wszystko jest „Ca va”.

I taka moja refleksja a propos panującej tu skrajnej biedy. Życie tutaj tak cicho i prosto przychodzi na świat i tak samo cicho i prosto odchodzi do życia wiecznego. Tak, jakby Bóg w człowieku przechadzał się po buszu i wracał do domu. Może dlatego ubóstwo nie jest tu największym nieszczęściem, ale często błogosławieństwem, bo widać wtedy więcej.

Jestem pewna, że jeszcze dużo wyzwań przede mną. Choć myślę, że każdy z nas ma ich przed sobą podobnie dużo nawet w Polsce, więc zachęcam w pełni do ufnego pójścia na przód z Jezusem.

Wysyłam z serca pozdrowienia do Ojczyzny 🙂

Krysia