Black Friday – okazja, zbytek czy próba oszustwa?

Czy zaoceaniczny szał zakupów to ściema? To jeden ze smutnych objawów tej przewlekłej choroby jaka toczy naszą kochaną cywilizację. Choroby pod tytułem konsumpcjonizm. 

Data i miejsce urodzenia: 1981 rok, USA. Dlaczego Black Friday? Ponieważ podobno księgowi właśnie czarnym atramentem oznaczali w swoich księgach zyski. Do oznaczania strat używali koloru czerwonego. Zaraz, zaraz. O czyj zysk tutaj chodzi? Jeżeli Black Friday jest dla handlowców dniem zysków, to konsumenci mają wtedy raczej Red Friday. Sklepy to nie instytucje charytatywne. To bezwzględne machiny do wysysania kasy. Cały trik polega na tym, by klient tracąc miał poczucie, że zyskuje. Trik stary jak świat. Po raz pierwszy zastosowany w raju. A dlaczego akurat piątek? Może dlatego, że koniec tygodnia i perspektywa wolnego weekendu pozwala nam więcej wyciągnąć z portfela? 

W ojczyźnie Myszki Miki ten trik działa jednak najlepiej. Jeśli wierzyć statystykom, to w Czarny Piątek za oceanem kupuje coś około 250 milionów ludzi. Jedna osoba wydaje średnio niecałe 400 dolców. To dla handlu grube dziesiątki miliardów górki. W Ameryce ten dzień to już część narodowej kultury. Jak Święto Dziękczynienia albo Halloween. Są sklepy, które w tym okresie otwierają swoje podwoje już o północy z czwartku na piątek. Są ludzie, którzy potrafią ustawiać się w długich kolejkach już na kilka dni przed tym dniem. Badania pokazują jasno: konsument najchętniej kupuje nie to, co jest mu potrzebne, ale to, co jest tańsze. Trudno w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Gdybyśmy uodpornili się na promocyjne wabiki i kupowanie impulsowe i gdybyśmy nabywali tylko to, co jest niezbędne, wszystkie wielkie i małe handlowe koncerny ległyby w gruzach. 

Black Friday ma swoją konkurencję. To Cyber Monday. Czyli wyprzedażowe szaleństwo on line.  

Sociomantic Labs ujawnia powagę tematu. Na przykład w okresie przedświątecznym liczba kliknięć w reklamy potrafi wzrosnąć czterokrotnie. Współczynnik konwersji wzrasta o 70%. Sprzedaż w systemie last-click wzrasta siedmiokrotnie. W czasie takich dni sklepy online potrafią zanotować nawet kilkuset procentowy wzrost sprzedaży. Jednak w rzeczywistości Cyber Monday to żadna konkurencja dla Black Friday. To gwóźdź do trumny naszej wolności od zakupoholizmu. Black Friday i Cyber Monday stają się klamrami, które spinają te cztery dni handlowej obsesji. Black Friday nie jest świętem zakupów w dobrych cenach. To święto przebiegłej pazerności handlowych sieci i głupoty kupujących. Trik jest zazwyczaj ten sam. 

Black Friday trick. Revealed.

W okresie poprzedzającym ten dzień sklep stopniowo podnosi cenę pewnych produktów. Stopniowo po to, by nie wzbudzać podejrzeń. Na przykład kurtka zimowa z kapturem. Standardowo kosztuje 350 zł. W ciągu powiedzmy trzech miesięcy cena na metce wzrasta do 480 zł. Kto to zauważy? A nawet jak zauważy, to co? Pójdzie z pretensjami do kierownika sklepu albo napisze skargę do Urzędu Ochrony Konsumenta? Powodzenia. Większość na pewno nie zauważy. Ale za to wielu zauważy to, co sklepy chcą by było zauważone. Nagły spadek ceny. Nastał Black Friday. Jan Kowalski tłoczy się przy stoisku z kurtkami. I nagle błysk w oku. Zauważa metkę z przekreśloną starą ceną 480 zł i widniejącą obok niej nową: 360. Sprawdza tylko czy rozmiar się zgadza. Z pominięciem przymierzalni wali prosto do kasy. Jest okazja, to nie ma się co zastanawiać. I tak, klient szczęśliwy, bo myśli, że wyhaczył mega okazję. Sklep jeszcze szczęśliwszy, bo wie, że zrobił klienta w bambuko. Korzystając z triku Black Friday, sklepy tego jednego dnia sprzedają nieraz więcej niż przez całe miesiące. Z grubsza tak to mniej więcej wygląda. Ale to nie znaczy, że tego dnia nie znajdziemy w sklepach rzeczy naprawdę przecenionych. Oczywiście, że znajdziemy. Zdarzają się przeceny nawet o 90%. Realnie. Po pierwsze takie przeceny jeszcze bardziej przyciągają klientów. A o to przecież chodzi. Po drugie, takie przeceny pozwalają sklepowi pozbyć się towaru, który kompletnie nie schodzi. Jednak w ogólnym rozrachunku, sklep musi na Czarnym Piątku zyskać. Ale okazuje się, że można w tym dniu zrobić coś dobrego. Coś za czym stoi ludzkie, wrażliwe serce. Kilka przykładów. 

Sieć sklepów REI w Black Friday nie sprzedaje. Po prostu. Sklepy się zamyka, a ponad 12 tysiącom pracowników wypłaca się pełną stawkę. Inna outdoorowa marka Patagonia cały przychód z Czarnego Piątku przeznacza na cele charytatywne. Jeszcze inny pomysł ma prawdopodobnie największy sklep muzyczny w Europie – Andertons.co.uk. Oni oferują zwrot różnicy w cenie, jeśli towar zakupiony w listopadzie znajdzie się na wyprzedaży w Black Friday.

Da się zorganizować ten dzień tak, by korzyści miał i sprzedawca i konsument? Dobra wiadomość jest taka, że da się. Zła taka, że takie rozwiązania to jedynie mały procent całości. 

Myśl

Najbardziej niepożądany klient to klient, który myśli. Dzisiaj gównie socjotechnika i emocje kierują naszymi wyborami. Gdybyśmy się zastanowili nad naszym życiem tak na serio, okaże się, że większość czasu i pieniędzy marnujemy na rzeczy, które kompletnie nie są tego warte. Wiem, że wyrwanie się z tej sieci, w której dzisiaj żyjemy jest kompletną utopią. A może nie do końca? Może w nazwie Black Friday ukryty jest klucz? Może historia z czarnym drukiem to tylko taka zmyłka? Niepożądany klient to klient, który myśli. Największe pieniądze robi się na tych, którzy nie myślą. Którzy nie widzą. Którzy mają czarno przed oczami. Black. Może po prostu wystarczy otworzyć oczy?