Czy radzisz sobie ze swoimi emocjami?

Ciało migdałowate to niewielka część w mózgu, która odpowiada za to, że się boimy. I za to, że ten lęk zapamiętujemy. Nie jakieś wydarzenia, obrazy czy słowa, ale same emocje, które im towarzyszyły. Lekarze twierdzą, że gdybyśmy nie mieli w mózgu tego maleństwa w kształcie migdału, to jazda rollercoasterem albo spacer przez ciemny las nie robiłyby na nas większego wrażenia. Będzie o emocjach. 

Klucz do sukcesu

To prawdopodobnie najbardziej niezbadany obszar człowieka. I jak się okazuje, jeden z tych ważniejszych dla naszego funkcjonowania w tym świecie. W końcu odkryto, że o naszym sukcesie nie decydują wcale uzdolnienia, iloraz inteligencji, sprawność fizyczna czy pracowitość. To znaczy też decydują. Ale w stopniu najważniejszym o sukcesie decyduje parametr pod tytułem inteligencja emocjonalna. Czyli zdolność w rozpoznawaniu stanów emocjonalnych własnych i innych osób. A także (i to jest chyba sedno) kreatywna umiejętność radzenia sobie z nimi. Dzisiaj to właśnie poziom inteligencji emocjonalnej jest podstawowym kryterium w zdobyciu odpowiedzialnej pracy na kierowniczym stanowisku. To właśnie dlatego coraz częściej zdarza się, że ludzie o wyższym ilorazie inteligencji, albo o większych uzdolnieniach zawodowych pracują dla tych mniej inteligentnych i mniej uzdolnionych. U tych drugich co innego jest na wyższym poziomie. Inteligencja emocjonalna właśnie. Czy my czasem nie znamy tego z autopsji? Bywa, że kompetencje zawodowe ludzi na kierowniczych stanowiskach budzą wątpliwości. A jednak rządzą. I to z powodzeniem. Mają w sobie to coś. Czyli EQ. Proste.

Pewnie często próbujemy sobie wyobrazić, o ile lepsze było by nasze życie, gdybyśmy mieli więcej kasy. Albo byli sprawniejsi fizycznie. Albo intelektualnie. A czy kiedykolwiek wyobrażamy sobie, co by było, gdybyśmy potrafili choć trochę zwiększyć umiejętność naszego zarządzania emocjami? Myślę, że jednak o kasie myślimy znacznie częściej. Błąd. 

Normalny stan

Pytanie jest takie: czy da się zapanować nad emocjami? Czy jest możliwa jakakolwiek ich kontrola? Życie w niewoli swoich emocji to koszmar. Kiedy szwankuje ciało, próbujemy z tym coś robić. Są przewidziane przez medycynę procedury postępowania. Jesteś otyły – dieta i ruch. Masz grypę – łóżko i lekarstwa. Próchnica – lądujesz u dentysty. A co zrobić, kiedy szwankują emocje? Czy też są sprawdzone procedury?

W naszym emocjonalnym życiu ciekawy jest jeden szczegół. Kiedy przeżywamy te pozytywne – radość, spełnienie, satysfakcję czy pokój – nie zastanawiamy się nad nimi. Przyjmujemy to jako oczywistość. Nie ma co kombinować, skoro jest dobrze. Ale kiedy dopadają nas te niefajne – lęk, zazdrość, gniew czy bezradność – nie umiemy tego zaakceptować, ani sobie z tym poradzić. Chcemy się tego pozbyć, bo życie w takich stanach jest nie do zniesienia. Czemu tak jest? Mam swoją teorię – człowiek jest stworzony do bycia szczęśliwym. To jego naturalny stan. Dlatego kiedy jest szczęśliwy, traktuje to jako normę. Kiedy jest nieszczęśliwy, czuje całym sobą, że to anomalia, defekt, nieprawidłowość. I stara się z tym walczyć. Tylko najpierw trzeba wiedzieć jak. 

Świadomość emocji

Często jest tak, że nie jesteśmy świadomi choroby naszego ciała. Pierwszą rzeczą jaką trzeba zrobić, by to ciało zacząć leczyć, jest dostrzec chorobę. Zdemaskować ją. Wróg, o istnieniu którego nie wiemy, to najgorszy wróg. Z emocjami jest podobnie. Emocje nie powstają same z siebie. Zawsze są efektem jakiegoś bodźca. Na początku naszej drogi do ich kontrolowania jest właśnie to – zrozumieć co lub kto je wywołuje. Poznać ich źródło. W praktyce działa to tak: silny bodziec odebrany przez nasz organizm niepostrzeżenie pomija płat czołowy mózgu i uderza jak pocisk prosto w czułe migdałowate ciało. A skoro pomija odpowiedzialny za analityczne myślenie płat czołowy, to znaczy, że nie jesteśmy w stanie zracjonalizować tego bodźca. I dzieje się to, co wszyscy dobrze znamy – wybuchają silne emocje, które przejmują nad nami kontrolę.

Jeśli nauczymy się świadomości bodźców odpowiedzialnych za te wybuchy, jesteśmy jeden krok do przodu. Jeżeli ważna jest świadomość bodźca wywołującego emocje, to tym bardziej ważna jest świadomość samych emocji. I zazwyczaj kolejność jest taka – najpierw odkrywamy szarpiące nami emocje, nazywamy je, a dopiero potem odkrywamy ich przyczynę. Musimy tutaj stać się sami dla siebie zewnętrznym obserwatorem. Jak ktoś, kto stojąc w oknie przygląda się pogodzie i uświadamia sobie deszcz, mróz, słońce czy wichurę.

Kiedy już dostrzegamy, nazywamy swoje emocje i znamy ich przyczynę możemy iść dalej. Ale gdzie? Znawcy tematu mówią, by po prostu stanąć z emocją twarzą w twarz. Przyjrzeć się jej i zobaczyć, co z nami robi. Jednocześnie z nią nie próbując robić nic. Na przykład – jestem poważnie zdenerwowany, serce wali mi mocniej i trzęsą mi się ręce. Odkrywamy, że to naturalna reakcja naszego organizmu na bodziec. Dostrzegamy i akceptujemy. Nie walczymy. Spokojnie oddychamy, nie szarpiemy się, nie wierzgamy, bo to na pewno nie uspokoi naszych silnych emocji. Nie karmimy ich naszymi pełnymi paniki działaniami. Jeżeli uda się nam dojść do tego momentu (co wcale nie jest takie łatwe) możemy poczuć, że emocja słabnie. I wtedy dokonamy epokowego odkrycia – emocja to irracjonalny blef. Tak mniej więcej mówią fachowcy od ich kontrolowania. Fachowcy od życia duchowego mówią o podobnych mechanizmach, dotyczących walki z naszą upadłą naturą – odkryj i zaakceptuj swoją grzeszność. Przyjrzyj się jej, nazwij i wyrzuć z siebie. I broń Boże, nie próbuj z nią walczyć o własnych siłach. Oddaj ją Jezusowi. Tylko oddychaj i ufaj. I zobaczysz, jak z czasem przeminie z wiatrem. To znaczy z powiewem Ducha Świętego. Czy to uprawnione porównanie, nie wiem. Ale emocje i grzech to dwie leżące bardzo blisko siebie rzeczywistości naszego życia. Myślę, że nawet wzajemnie się przenikające. I bardzo trudne do pokonania. Ale jednak pokonywalne.