Miniony tydzień wyprawy pieszej NINIWA Team

A co słychać u piechurów? Dzieje się! Przeczytajcie relacje piechurów z całego zeszłego tygodnia.

Niedziela 25.08

Wczesnym rankiem ruszyliśmy z pod Braszowa w stronę łuku Karpat. Po 17 km dotarliśmy do miejscowości Budila. Jest to teren Rumuni zamieszkiwany przez 2 milionową społeczność węgierską, jest też wielu Romów. W drodze uczucia piechurów były mieszane dlatego podjąłem decyzję, by już nie iść w przyszłe niedziele. Z uwagi na unikanie głównych dróg nasza droga wydłuża się pomiędzy wioskami dlatego kilometry potrzebne by na czas dotrzeć nad Morze Czarne nadrobimy ćwicząc sztukę jazdy autostopem, która niewątpliwie przyda się w drodze powrotnej. Takie tempo potrzebne jest nam z jeszcze jednego powodu ale o tym w przyszłym tygodniu. W Budila zobaczyłem kontrast spokojnej wsi z pięknym pałacykiem, którego korytarz użyczyli nam lokalni włodarze na nocleg a z drugiej strony niezwykle biedną dzielnice romską oddaloną od wioski, w której po ulicach chodziły setki dzieci, szokujący widok biedy, domów, które u nas występują w skansenach i mnóstwa ludzi.

Niedziela to czas dzielenia, podsumowań wiele prawdziwych słów, wiele otwartych pytań o sens i cel tej drogi, dużo wzajemnego wsparcia i pierwsze dni wzajemnego poznawania. Urzeka nas oczywistość z jaką Rumuni nas przyjmują pod dach, na trawnik, do gospodarstwa.

Poniedziałek 26.08

Dzisiejszy poranek różnił się od pozostałych. Zamiast składania namiotów, chwyciliśmy za miotły i mopy by pozostawić porządek w udostępniony dla nas miejscu noclegu.

Wyruszyliśmy o godzinie 6.00 w kierunku miasteczka Covasna. Po niedzielnym wypoczynku nie brakowało nam energii na kolejny dzień wyprawy. Przed południem zatrzymaliśmy się by wspólnie rozważać Ewangelię o weselu w Kanie Galilejskiej.

Około południa na niebie zobaczyliśmy ciemne chmury. Rozlegające się od czasu do czasu grzmoty mobilizowały nas do szybkiej wędrówki. O godzinie 14.00 zrobiliśmy krótką przerwę by szybko zjeść obiad i uciec przed nadciągającą burzą.

Do miejsca docelowego wciąż brakowało nam 12 km. Dlatego po obiedzie podzieliliśmy się na mniejsze grupki i dzięki uprzejmości tutejszych mieszkańców autostopem pojechaliśmy do Covasny.
Miejscowy policjant pozwolił nam zatrzymać się na komisariacie, by poczekać aż wszyscy wyprawowicze dotrą do celu. W tym czasie o. Dominik udał się w poszukiwaniu noclegu. Zostaliśmy przyjęci przez proboszcza rzymskokatolickiej parafii. Po raz kolejny nie musieliśmy rozkładać namiotów. Ksiądz udostępnił do naszej dyspozycji probostwo. Mogliśmy skorzystać z ciepłego prysznica, kuchenki i pralki. Po tygodniu wędrówki był to dla nas prawdziwy luksus.

O 19.00 przeżywaliśmy Mszę św. w kościele parafialnym. Dzień zakończyła wspólna kolekcja, podczas której zbieraliśmy siły na kolejny dzień wędrówki.

Wtorek 27.08

Już od rana wiedzieliśmy, że to będzie wyjątkowy dzień. Zjedliśmy na śniadanie jajecznicę i ruszyliśmy w góry. Wielu z nas nie mogło się już doczekać wejścia na szlak, a wcześniejsze opowiadania mieszkańców o niedźwiedziach tylko zaostrzyły nam apetyt na przygodę. Plecaki mieliśmy obładowane jedzeniem na kilka dni, a wodę uzupełnialiśmy w napotkanych strumykach. Humory dopisywały nawet wtedy, kiedy kamienistą drogę zmieniliśmy na szlak prowadzący przez las i błoto. A dzięki wzajemnej pomocy przeprawiliśmy się przez szeroką rzekę, stąpając po wystających kamieniach. Z czasem zmęczenie dotknęło nawet najwytrwalszych z nas. Nikt jednak nie żałował.

Około godziny 17:30 dotarliśmy na górę Lacauti, na szczycie której znajdowała się stacja metereologiczna. Pod nią rozbiliśmy namioty. Widok zapierał dech w piersiach. Karpaty i niebieskie niebo to był jedyny widok w całej 360 stopniowej panoramie. Po odprawieniu Mszy zjedliśmy kolację i grupą wyszliśmy nieco dalej podziwiać zachód słońca. Zmianę temperatury odczuliśmy od razu. Podwójne pary skarpetek, bluzy i kurtki, a nawet folie termiczne poszły w ruch. Nie odstraszyło to o dziwo dwóch osób, które postanowiły podziwiać w nocy gwiazdy, kładąc się na karimatach. Na noc wróciły jednak do namiotów, gdyż zbyt często ostrzegano nas przed niedźwiedziami, żeby tak ryzykować.

Środa 28.08

Wstaliśmy otoczeni porannym blaskiem i niesamowitą górską przestrzenią okalającą stację meteorologiczną. Czekał nas ciężki dzień, mieliśmy iść przez góry 28 km. Po drodze musieliśmy sprawdzić nasze siły, przeprawiać się przez rzeki i dzikie rumuńskie chaszcze. Wiele z nas przez częste rzeczne przeprawy miało przemoczone do suchej nitki buty a niekiedy i całe ubranie. Jednak ta trasa, często pod górkę dawała nam wiele satysfakcji. W końcu dzięki nieocenionemu bohaterowi dnia, Michałowi Pieli dotarliśmy na pace Kamaza do rumuńskiego tartaku, gdzie spędziliśmy noc. Najpierw jednak wykończeni, ale szczęśliwi uczestniczyliśmy we Mszy świętej. I tak wśród ujadania psów, rżenia koni i szumu lasu skończyła się środa, 9 dzień naszej wyprawy.

Czwartek 29.08

Dzisiaj pobudka w tartaku, jednak przesunięta o pół godziny na 5.30 z powodu szczekających psów. Ciężko się wstaje kiedy na niebie widać jeszcze gwiazdy. Sprawne pakowanie i szybkie śniadanie sprawiają, że wyruszamy o 6.00. Nieopodal tartaku, przychodzi czas na rozgrzewkę, ufff każdy powód jest dobry, żeby nie nosić plecaka. Po drodze mijamy mnóstwo drewnianych bryczek, zaprzęgnięte w konie a w nich świątecznie ubrani ludzie, którzy wybierają się do swoich prawosławnych kościołów, ponieważ obchodzą dzisiaj święto ścięcia głowy Jana Chrzciciela. Na jednych z postoi w grupie odbywa się głosowanie mające ustalić, kolejno przebieg naszej trasy. Do wyboru dwa warianty, albo cały czas asfalt, lub jedno podejście pod górkę i leśna droga wśród pagórków. Większości głosów jest za opcją z leśną drogą. Na twarzach widać pot i zmęczenie, jednak widok na szczycie i chwila wytchnienia rekompensują wszystko. I tak o godzinie 13.00 dotarliśmy do miejsca obiadu, skąd później wyruszyła dalej.

Gdy mamy pokonane już blisko 30 km, postanawiamy podjechać autostopem kilka kilometrów do miejscowości Vidra. I tak po około 2 godzinach wszyscy razem widzimy się na miejscu. Paru śmiałków postanawia szukać noclegu. Szczęśliwcem okazuje się Artur który, w poszukiwaniu miejsca rozbicia namiotów, udał się do pobliskiego szpitala, jednak tam się nie udało. Artur znany z otwartości do innych ludzi zapytał pewnego pana, który wychodził ze szpitala. Pan Bóg kolejny raz daje nam na naszej drodze anioła, bo jak się okazuje ten mężczyzna spotkamy przed szpitalem ugościł nas w swoim ogrodzie. Korzystając z uprzejmości gospodarzy, zrobiliśmy zrobili pranie w pralce oraz skorzystaliśmy z prysznica oraz z węża ogrodowego. W finalnym punkcie dnia Eucharystia, na którą przyszła rodzina spotkanego mężczyzny oraz jego przyjaciele. Po Mszy dostaliśmy od rodziny prezent w postaci kiełbasek z grilla. Na naszych twarzach widać szczęście i zadowolenie, lecz nie wynika ono z możliwości umycia się czy zrobienia prania, ale z powodu otwartości i dobroci ludzi którzy nas ugościli. Po raz kolejny Rumunia staje się krajem, do którego tegoroczni uczestnicy wyprawy będą chcieli wrócić.

Piątek 30.08

Z smutkiem dzisiaj opuściliśmy naszych gospodarzy, którzy jeszcze specjalnie zrobili dla nas kawę na pożegnanie. Będziemy ich miło i długo wspominać. Po przejściu długiej i męczącej trasy liczącej 30 kilometrów i przejechaniu 19 kilometrów autostopem, spędziliśmy popołudnie w parku Tetusci. Na noc przyjęła nas kolejna przecudowna rodzina, a dokładnie rodzina prawosławna. Spaliśmy przed ołtarzem w kościele polowym, a przecież to tak jak spać w niebie! Nasi gospodarze dali nam dosłownie wszystko co tylko mogli, nawet zrobili dla nas zakupy, które wspólnie razem zjedliśmy. Tak pięknej rodzinnej atmosfery jeszcze nie poczuliśmy na wyprawie. Mszę odprawiliśmy dzisiaj w kościele. Byliśmy otoczeni pięknymi ikonami, które mają za zadanie pokazać jak pięknie będzie w niebie, w którym przebywają święci. Dzisiejszy dzień możemy z pełną świadomością zaliczyć do najlepszych dni na wyprawie.

Sobota 31.08

Powoli wracamy do normy: pobudka już o 4.30. Pora wczesna, ale nad ciągłością snu czuwali chwilowi patroni – jak na cerkiew przystało, nad naszymi głowami wisiały ikony. Jedynie Wiola została obudzona przez pieska – najwyraźniej trafiła na św. Dominika. Dzięki hojności gospodarzy nasze plecaki dociążały warzywa i mięsa pozostałe po wieczornej uczcie. Pożegnani przez prawosławnego kantora, całe 32 km podążaliśmy drogami asfaltowymi, znosząc lejący się z nieba żar. Na szczęście postoje wypadały głównie w sklepach, a kiedy lody kosztują często 1 lej trudno się im oprzeć.

Mijany krajobraz był dramatycznie różny od widzianego poprzednich dni: pagórki usiane wsiami przechodziły w rozległe tereny rolne, gdzie momentami nie było widać żadnych zabudowań. Ruch na drogach spadał. Choć wiatr przynosił ulgę, to mimo wyczuwalnych śladów wilgoci czuliśmy się jak karawana na pustyni. Z kilometra na kilometr roślinność przestawała przypominać tę znaną z Polski, a pojawiały się rośliny odporne na suszę, często drapiące i kolczaste.

Monotonię dreptania przełamała nowa zasada – w czasie drogi raz dziennie odmawiamy różaniec w dwójkach.

Dziś człowiekiem do zadań specjalnych został Arturito – po podjęciu marszu o 16.30 wysłaliśmy go przodem, aby znalazł miejsce na nocleg, i nie zawiedliśmy się.  Na ostatnim odcinku sił dodała informacja, że śpimy w ratuszu! Ostatecznie okazało się, że nasz wysłannik potrafi też sprytnie przedstawić rzeczywistość, bo ratusz nie miał oczekiwanej wieżyczki i jacuzzi. Ostatecznie brakowało mu także „snake garden“, ale komfort spania w urzędzie lokalnego primaria i tak obfitował w luksusy i atrakcje – po zamknięciu dziewczyn w budynku kilku śmiałków poszło spać w przyczepie rolniczej.