Piesza wyprawa do Rumunii – dni 3 i 4

Piątek. Godzina 4.30, już tradycyjnie rozlega się gwizdek i śpiew naszej budzikowej. Niestety jednego z naszych wyeliminowała choroba żołądkowa, więc ojciec postanowił, żeby pojechał do miasta Breszew autostopem.

W miejscowości Vulcan napadło nas troje małych urwisów, którzy kradli nam karimaty a nawet jeden but. Tylko dzięki szybkiej reakcji udało nam się udaremnić kradzież i obyło się bez większych szkód oprócz utraty cennego czasu na sen.

Dzisiaj rozważaliśmy Ewangelię, w której faryzeusz pyta Jezusa, które z przykazań jest najważniejsze. Tak jak my możemy trzymać się mocno terminów, godzin pobudki i naszego celu jakim jest Morze Czarne, ale jeśli nie będziemy kochać Boga i siebie nawzajem to tak, dojdziemy do celu, jednak wtedy to będzie tylko wolne przemieszczanie się z punktu A do punktu B. Tak jak na tych dwóch przykazaniach opiera się całe prawo i prorocy to i niech nasza wyprawa opiera się na przykazaniach miłości do Boga i bliźniego.

Po Mszy ojciec wysłał Michała i Wiolę na misję ratunkową do Karola i Halinki do miasta Braszów. Nasi dzielni ratownicy wyruszyli autostopem i na miejscu odnaleźli Karola w lokalnym szpitalu. Dzisiejszą noc spędzą w salkach greko-katolickiej parafii. A my, którzy nie pojechaliśmy, zostaliśmy ugoszczeni w przepięknym ogrodzie przy ewangelickiej parafii w mieście Cristian. Dzisiaj też poczuliśmy się jak dzieci, dzięki ugotowanym specjalnie dla nas kakao przez Magdę. Jutro spotkamy się wszyscy w mieście Braszów.

Nocleg: Cristian

Dystans: 29 km

Sobota. „Hej miśki czas wstać! Jak można tak spać – nawet piosenka niewiele mogła wskórać wobec niechęci do wychodzenia z namiotu. Wspaniała gościnność gospodarzy nieuchronnie skutkuje niedostatkiem snu. Na szczęście myśl o celu pomagała nam iść do przodu – już za 10 km mieliśmy zwiedzać Braszów, stolicę regionu.

W kontemplacji wschodu słońca nieco przeszkadzała ruchliwa droga, którą przez pewien czas szliśmy, ale już przed 9.00 byliśmy w centrum. W oczekiwaniu na przybycie grupy operacyjnej w składzie Wiola, Halina i Michał, odwiedzających wracającego do zdrowia Karola, założyliśmy obóz w lokalnej restauracji o nazwie KFC.

Mając do dyspozycji 5 godzin, każdy wybrał to, czego najbardziej potrzebował – sen, uzupełnienie kalorii lub dodatkowe kilometry po starówce. Czas wolny zamknęliśmy Mszą w bogato zdobionym kościele św. Piotra i Pawła.

Mimo szczytowego upału wyruszyliśmy, aby wyjść z miasta i poszukać noclegu. Nasze próby porozumienia się z napotkaną starszą panią w językach poza rumuńskich spełzły na niczym, więc zasięgnęliśmy pomocy translatora w komórce. Po napisaniu, że idziemy nad Morze Czarne i szukamy noclegu rozmówczyni zaczęła dzielnie walczyć z klawiaturą podsuniętego telefonu. Po 15 minutach dowiedzieliśmy się, że „musicie dziś odpocząć, aby jutro iść, bo to daleko”. Na szczęście później doprowadziła nas na miejsce noclegu.

Dzień zakończyliśmy świętowaniem przy ognisku pierwszych pokonanych 100 kilometrów.