Dzień 32 - rywalizacja sióstr

Czwartek, 29.08

Zgodnie z ustaleniami dnia wcześniejszego budzikowy Łukasz potrząsnął naszymi namiotami o 4.30, a na zebranie się mieliśmy 45 minut. O 5.00 dołączył do nas Adam Melonek - wyprawowicz dwóch ubiegłych lat. Daleko jednak nie ujechaliśmy, bo Magda zaraz zgłosiła, że ma dętkę. Po pierwszym dystansie uszkodzoną szprychę miał także Kuba.

Nad głowami zgromadziły się ciemne chmury i drugi dystans zaczęliśmy w deszczu. Padało przez 25 km, ale potem wyszło piękne słońce i mogliśmy wyschnąć. W czasie trzeciej pięćdziesiątki miało miejsce jedno ostrzejsze hamowanie, które zakończyło się, na szczęście miękkim, lądowaniem Mery niestety w pokrzywach. Zaraz po tym Julka do swojego konta dopisała 2 dętki, jedna po drugiej. Dzięki temu każda z sióstr ma po 3 złapane "kapcie".

Poobiedni etap dał nam się wszystkim we znaki ze względu na konieczność jechania ścieżkami rowerowymi, które z pozoru wyglądały całkiem dobrze, ale pełne jednak były wybrzuszeń powstałych od korzeni drzew oraz studzienek i krawężników, przez co nieźle podskakiwaliśmy na siodełkach. Po 200 km zatrzymaliśmy się na ostatnie zakupy w niemieckim markecie i szybko ruszyliśmy w stronę Puttgarden skąd odpływa prom do Danii. Niestety nie udało się na niego dojechać, zrobiło się już ciemno i mogło by to już być zbyt niebezpieczne. Dlatego mając 230 km na licznikach zatrzymaliśmy się aby poszukać noclegu. Na swój ogródek przyjęła nas pani Marie niedaleko miejscowości Neukirchen. Dopiero ok. 21.30 mogliśmy wspólnie przeżyć Eucharystię. Wszyscy po tak intensywnym dniu szybko poszliśmy spać, a pobudka została ustalona na 5.30.

Statystyki:

  • 230 km
  • 21 km/h

Nocleg: Neukirchen


Rozważanie na sobotę, 31 sierpnia

Mt 25,14-30
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: «Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął się rozliczać z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana”. Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, i powiedział: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię; wejdź do radości twego pana”. Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność”. Odrzekł mu Pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz w ciemności: tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”».

Ciężkie słowo na koniec wakacji, czasu urlopów. Postaram się wygospodarować nieco czasu na podsumowanie ostatnich dwóch miesięcy. Pan Bóg dał mi ten czas. Jest hojnym Dawcą, który oczekuje współpracy. Będę jednak wystrzegać się postawy gnuśnego sługi – muszę pamiętać, że staję przed kochającym Ojcem, a nie zaborczym szefem.

o. Maciej Drzewiczak OMI


Europa zdobyta!

Udało się! NINIWA Team dojechała do Danii i tym samym zdobyła wszystkie kraje Europy. 13 lat wypraw, 200 młodych, 56 krajów (nie tylko europejskich) i jeden szalony ojciec oblat! Dziękujemy, gratulujemy, podziwiamy i bardzo się cieszymy.

Jako pierwsze podsumowanie przedstawiamy refleksje ojca Tomka zebrane po każdej z poprzednich wypraw.

Pierwsze 3 wyprawy

W 2007 roku zabrałem kilkunastu młodych ludzi, by rowerami pojechać do Wilna. Było to dla nas wyzwanie ponad nasze możliwości. Nikt nigdy nie był na takiej wyprawie, mieliśmy słabe rowery, żadnego doświadczenia i wokół wszyscy mi mówili, że to za duża grupa, że to niebezpieczne, że nie damy rady. Wyprawa zakończyła się sukcesem. Pamiętam dobrze pierwszy dzień tego wyjazdu. O godzinie 5.00, gdy mieliśmy wyruszyć, lało jak z cebra i pozostało tak już aż do wieczora. Po pierwszych kilku kilometrach okazało się, że dziewczyny nie wiedziały do czego służą przerzutki. Większość uczestników po raz pierwszy jechała obciążonym rowerem, wioząc na bagażniku sakwy, namioty itp. Grupa nie potrafiła jechać w kolumnie, bezpiecznie, jednocześnie wykorzystując tunel powietrzny. Tego dnia przejechaliśmy 170 km, tak samo następnego, i następnego, a potem jeszcze więcej. I tak się zaczęło. Rok później pojechaliśmy do Kijowa, potem do Rzymu, w między czasie kilka mniejszych treningowych wyjazdów takich jak Berlin, Czechy, Gorzów Wlkp., Warszawa. Nie było wśród nas żadnych sportowców, ale młodzi, zapaleni ludzie, którzy chcą w życiu czegoś więcej.

2010 po wyprawie do Jerozolimy

Jerozolima – jak dotąd największe wyzwanie! Z początku nikt nie brał tego poważnie. Jednak z biegiem czasu stawało się to coraz bardziej realne. Gdy w końcu do niego doszło, ludzie byli podzieleni, co do powodzenia przedsięwzięcia. Sami uczestnicy ruszyli z przekonaniem. Wiedzieliśmy, że przed nami coś porywającego, nieprzewidywalnego i zapierającego dech w piersiach. Wiele pytań kotłowało się w naszych głowach bez końca. Mieliśmy już trochę doświadczenia, jednak przedsięwzięcie było ogromne; piętnastu młodych ludzi, piętnaście rowerów, cztery tysiące kilometrów, trzynaście państw, dwa kontynenty... Pan Bóg. Święty Eugeniusz, gdy pisał o pracy z młodymi, tak się wyrażał: „Trzeba odważyć się na wszystko”, więc wyruszyliśmy do Jerozolimy. Ja osobiście czułem się jak Mojżesz wybierający się w podróż z Narodem Wybranym przez pustynię do Ziemi Obiecanej. Coś mi w głowie mówiło, że sam Mojżesz tam nie dotarł, ale lud przeprowadził. Decyzja i wyjazd dla mnie to prawdziwe zawierzenie.

Wyprawa do Jerozolimy poza wyraźnym celem geograficznym, jak wszystkie miała jeszcze inne założenie. Wewnętrznie miała umocnić jej uczestników na drodze pielgrzymowania do Niebieskiego Jeruzalem. Pokazać, że Bóg rzeczywiście prowadzi człowieka, że jest zawsze przy nim obecny. Pokazała nam też, bardzo wyraźnie i mocno, że życie jest i piękne, i trudne. Uczyliśmy się odkrywać Boga obecnego w otaczającym i każdego dnia zmieniającym się świecie, w każdym człowieku, w tych których spotykaliśmy, i w tych z którymi jechaliśmy. Z drugiej strony życie jest trudne, i tego trudu każdego dnia mieliśmy sporo do przezwyciężenia, ciągle nowe nieznane miejsca, brak pewnego lokum, często kiepskie warunki sanitarne. To pomogło nam cieszyć się z małych i prostych rzeczy. Jest to umiejętność dziecka, którą często w życiu się zatraca. Bóg jest zawsze przy nas, zawsze o nas się troszczy, i przez te małe rzeczy wyraża swą miłość. Doświadczaliśmy tego.

2011 Po wyprawie do Maroka

Zacznę od stwierdzenia: to była najtrudniejsza z dotychczasowych wypraw. Niestety ilość odbytych wypraw, przejechanych kilometrów, doświadczonych rowerzystów, nie idzie w parze z coraz to większą łatwością jazdy. Niektórzy na nas patrzą, jakby już nic nie było dla nas niemożliwym czy trudnym. Co za problem jechać gdziekolwiek po zeszłorocznej, bardzo udanej wyprawie do Jerozolimy? A jednak. Wspominając sentymentalną podróż do Ziemi Świętej, teraz naprawdę było ciężko. Dla mnie była to pierwsza wyprawa, podczas której kilka razy chciałem żeby się skończyła. Ta wyprawa jest świadectwem żywej wiary. Wiary w trudnościach, wiary w pierwszeństwo Boga w tym świecie, w to, że to On o wszystkim decyduje, wiary, która jest decyzją oraz jest dowodem na istnienie Pana Boga.

Trudność Tour de Mazenod polegała na tym, że wyprawa nie kończyła się jednym konkretnym celem. Druga trudność, to ukształtowanie terenu i długość trasy. I jeszcze warunki higieniczne, często niełatwe. Spośród wszystkich wypraw, na tej najrzadziej udawało się nam znaleźć nocleg, podczas którego można było wziąć prysznic czy umyć się w ciepłej wodzie. Dzięki obecnym trudnościom oczywiście wartość wyprawy wzrastała. Na tych wyjazdach w zasadzie chodzi o trud, tym bardziej, że chcemy go ofiarować w konkretnej intencji.

2012 Po wyprawie na Nordkapp

Misja B XVI Nordkapp mi osobiście pokazała, że rutyna, nuda, brak oczekiwań, niespodziewanie się niespodzianek jest udziałem tych tylko, którzy nie decydują się wyruszyć w życie. Patrząc na życie ludzi przez pryzmat doświadczenia tej wyprawy okazuje się, że można żyć nie żyjąc. Można oddychać i nie mieć tlenu. Można jechać, a nie posuwać się naprzód. Można się posuwać w latach, a się nie rozwijać. Patrzeć, a nie widzieć. Słuchać, a nie słyszeć. Potrzeba decyzji. Samo nic się nie dzieje. Samo może toczyć się życie wokół nas, i świat i ludzie, ale my bez decyzji nie będziemy wzrastali w życiu, w człowieczeństwie, w miłości. Musimy się zdecydować.

2013 Po wyprawie na Syberię

Po co kolejna wyprawa? Czy tylko po to, żeby jechać dalej, w kolejne, nowe nieodkryte miejsca? Tak. Po to, żeby jechać dalej, dalej we wzrastaniu w miłości, dalej w uczeniu się siebie, odkrywaniu samego siebie. To prawdziwe, twarde, realne rekolekcje. Niejednokrotnie brutalne stawanie w prawdzie o sobie. To bardzo praktyczne uczenie się Boga, który jest Miłością. To wielka sztuka akceptowania drugiego człowieka takiego jakim jest i przyjmowania go. Rzeczywiste rzeźbienie charakteru, nabieranie zdolności budowania relacji, wyrażania siebie. W końcu to odkrywanie Bożej obecności we wszystkim.

2014 Po wyprawie w Nieznane

W Nieznane… Szalony pomysł? Po co? O pokój? Jaki to ma sens? Poważne niezrozumienie nawet od osób, od których oczekiwałoby się zrozumienia. Trudniej decydować się młodym, żeby pojechać. Nie ma elementu, którym można zaimponować. Nie można powiedzieć, że jadę w wakacje rowerem na Syberię, na Nordkapp czy do Jerozolimy albo Maroka. Inni mówili, daj sobie spokój. Znów się komuś coś stanie. Czy ci nie wystarczy? Po co ryzykujesz? Trudna decyzja na wyprawę... w Nieznane.

W tym roku nie mieliśmy konkretnego celu, ten codziennie wyznaczali nam internauci. Sama droga ma sens. Jest nieustannym dynamizmem, jest nieustannym życiem, jest prawdą, że nie można nie żyć. Można źle skręcić, nawet przez jakiś czas można się cofać, ale nie możemy zatrzymać serca. A nawet gdyby, to biegu życia duszy nie powstrzymamy. Droga uczy przyjmowania wszystkiego dobrego i złego, droga uczy pokory poddania się swoim ograniczonością, swemu małemu sercu i umysłowi, uczy podejmowania wyzwań, podejmowania ciężaru, podjazdów, przeciwności. Droga sama w sobie ma wielki sens.

Dlaczego rower? Nie wiem. Tak już od lat.

2015 Po wyprawie na Wyspy Brytyjskie

Radość Życia – to już IX wyprawa grupy NINIWA Team. Podróż wymagała od każdego z nas wielkiej otwartości na to, co się wydarzy. Na tym polega Radość Życia. Przyjmować. Wyprawa na Wyspy uczyła tego, że Bóg każdego dnia hojnie nas obdarowuje. Radość nie wynika z posiadania, ale z umiejętności przyjmowania i oddawania. Chodzi o to, żeby mieć w sobie wolność. Bardzo często podczas tej wyprawy niespodziewanie znajdowaliśmy się w miejscach, gdzie było nam bardzo dobrze. Cała sztuka polega na tym, żeby umieć te sytuacje przyjąć, podziękować Bogu, ale nie zatrzymywać tego, nie zatrzymać się, nie stać w miejscu. Gdybyśmy się uparli i chcieli zatrzymać daną chwilę, moglibyśmy to zrobić, ale Bóg ciągle chce nam dawać więcej. Dlatego trzeba jechać dalej. Dokładnie tak samo jest w życiu. Żeby żyć, trzeba być, a nie mieć. Korzystać z tego świata, a nie go posiadać. Radość życia – żyć to kochać.

2016 Po wyprawie wokół Morza Czarnego

Wokół Morza Czarnego. Daleko? Ktoś się dziwił: jak można pojechać wokół morza? Gdy stajesz na jego brzegu, wydaje się, że jest tak duże, że nie ma końca. My często bardzo blisko siebie ustawiamy granice, pomniejszamy swój świat. Sama kula ziemska wcale nie jest aż tak duża, a nasze życie powinno wybiegać dużo dalej, niż sięga jej horyzont. Ta wyprawa bez rekordu kilometrów przejechanych jednego dnia, bez zdobytych szczytów wysokości, na jakie wjeżdżaliśmy, uczyła w zwykłych zmaganiach i słabościach patrzeć dalej, widzieć więcej i przyjmować Bożą miłość. Mieliśmy rekord chorób na wyprawie, rekord awarii rowerów, rekord kontroli policji i chyba rekordy okazji, żeby odkrywać, że nasze myśli nie są myślami Bożymi, a nasze drogi – Bożymi drogami. Dostaliśmy rekord okazji, w których mogliśmy z zaufaniem i wdzięcznością przyjmować Boga, choć Jego działania nie były po naszej myśli. Konkretna lekcja pokory, czyli życia w prawdzie. Bóg czasem musi ustawić nas do pionu i robi to na różne sposoby.

2017 Po wyprawie wokół Islandii

Gdybym napisał, że wyprawa na Islandię była jedną wielką wyprawą przygotowawczą, to czuję, że jej 54 uczestników mogłoby mieć do mnie żal. Trudno. Narażę się. Operacja Rozpoznanie – Nowy Początek to była jedna wielka rowerowa wyprawa przygotowawcza. Przepraszam.

Zewnętrznie wyjazd był niezwykle surowy, bardzo surwiwalowy. Ze wszystkich naszych wypraw podczas tej było najzimniej. Gdy kończyliśmy jazdę około godziny 19–20, na dworze było kilka stopni. Gdy wstawaliśmy rano – niewiele ponad zero stopni, a czasem i mniej. W ciągu dnia w słońcu było trochę cieplej, ale silny wiatr, deszcz i wilgoć nas nie rozpieszczały. Do tego dochodziła największa jak dotąd liczba uczestników – 54 osoby.

Oprócz zimna klimatu doświadczyliśmy także zimna ze strony mieszkańców wyspy. Przejechaliśmy już na rowerze 52 różne państw i trzeba przyznać, że najmniejszy kontakt z miejscową ludnością mieliśmy na Islandii. Mieszkańcy są zmęczeni turystami, których w sezonie jest kilka razy więcej niż tubylców. W przybyszach nauczyli się widzieć tych, na których można zarobić. Jeśli chodzi o szacunek do ludzkiego życia, to występuje tu największa w Europie liczba aborcji w przeliczeniu na mieszkańców. Może też dlatego nie było dla nas miejsca. Wiemy, że gdzie nie ma miejsca dla Boga, tam nie ma też miejsca dla człowieka. To nie był łatwy wyjazd. Był bardzo surowy.

2018 Po wyprawie do Santiago de Compostela

Cieszę się z doświadczenia kolejnej wyprawy. Jeśli chodzi o rowery, to już dwunasty wyjazd. Kolejni młodzi ludzie. Wiem, że podejmują tam wiele decyzji, że odkrywają to, co ważne. W naszych wyprawach chodzi o życie. Celem nie jest jeżdżenie na rowerze. O życie nam chodzi. Celem jest życie. Nasze wyprawy bardzo sprzyjają refleksji nad nim. Podobnie jak w życiu, tak i w nich nie da się wielu sytuacji przewidzieć. Jesteśmy zależni od innych. Od ich sił, zdolności, zaangażowania. Od tego, co mogą nam dać, i od tego, czym my możemy się z nimi podzielić. Jesteśmy też zależni od czynników zewnętrznych – infrastruktury, pogody, ukształtowania terenu i wielu innych. Tak jak nie da się do końca ogarnąć wyprawy, tak też nie da się ogarnąć życia. Można jednak – i trzeba – kształtować postawy. Trzeba według jakichś kryteriów podejmować decyzje. Ważny jest wybór wartości.

o. Tomasz Maniura OMI

Już dzisiaj zapraszamy na przywitanie rowerzystów do Kokotka w sobotę 7.09. O 16.00 Msza święta w rowerzystami w kościele parafialnym w Kokotku, o 17.15 pierwsze opowieści z wyprawy na plaży przy OCM.


Co robi kleryk na wakacjach?

Już za kilka dni uczniowie powrócą do szkolnych ławek. Studenci - a przynajmniej ci, którzy nie walczą z kampanią wrześniową - mają jeszcze miesiąc wolnego. A jak wyglądają wakacje u oblackich kleryków, czyli scholastyków? Niech sami opowiedzą:

Czas wakacji dla wielu spośród nas kojarzy się z urlopem, wakacjami, labą… Nawet w parafiach jakoś tak luźniej… nagle nie można znaleźć ulubionego księdza… ba! “To proboszcza nie ma? Jak to?”. Każdy z nas musi odpocząć… no chyba, że jest się papieżem Franciszkiem – on urlopu nie bierze (ale o tym może przy innej okazji). Niemniej jednak dla zdrowia psychicznego i tego fizycznego też – każdy z nas potrzebuje chwili relaksu, zmiany otoczenia. A co z klerykami?

W naszym zgromadzeniu kleryków nazywamy zwyczajowo scholastykami, stąd seminarium też przyjmuje oblackie brzmienie – scholastykat. Jako że jesteśmy rodziną zakonną, klasztor ma stać się prawdziwą wspólnotą – niemalże rodzinną – w której wzrastamy w świętości dnia codziennego (nie oznacza to sielskiego życia i braku problemów). Stąd nasi scholastycy niemal cały rok spędzają we wspólnocie obrzańskiej. Obowiązują ich jednak te same reguły zakonne, co każdego oblata – a w nich stoi jak byk, że każdy z nas ma prawo do miesięcznego urlopu, wypoczynku.

W praktyce wygląda to zatem tak, że podczas gdy inni żacy mają trzy miesiące laby, nasi studenci świętej teologii takiego luksusu nie mają… Zgodnie z regułą miesiąc spędzają na urlopie, miesiąc na tzw. praktykach pastoralnych (czasem uczą się franciszkowego umiłowania przyrody – czytaj żniwa w Obrze, czy umiłowania zwierząt i powierzchni płaskich), a wrzesień jest czasem rekolekcji rocznych przed ponowieniem ślubów czasowych i profesją wieczystą, prac polowych i znów… umiłowania powierzchni płaskich – czyli przygotowania scholastykatu do kolejnego roku formacyjno-akademickiego.

Pośród praktyk pastoralnych klerycy wyjeżdżają w różne miejsca Polski i świata, spotykają się z różnymi ludźmi, pomagają w duszpasterstwie, rekolekcjach, czy po prostu przebywają we wspólnocie oblackiej, aby włączyć się w jej życie i posługę. W tym roku zatem – “Gitary Niepokalanej” posługuje nad morzem w Łebie, animując kolejne wczasorekolekcje, trzech scholastyków dzielnie walczy na wyprawie NiniwaTeam, część przeżywała probację w Aix (przygotowanie do profesji wieczystej), inni są na posłudze w Kanadzie, podczas rekolekcji powołaniowych czy na kursie języka w Irlandii. Takie to życie kleryka!

Fotografie z kleryckich wakacji znajdziecie tutaj.

za: Oblaci.pl


70 tys. chrześcijan w komunistycznych gułagach

W ciągu minionego roku znacząco nasiliło się prześladowanie chrześcijan w Korei Północnej. Informują o tym dysydenci, którym udało się zbiec z tego kraju, gdzie wyznawanie każdej innej religii poza kultem wodza Kim Dzong Una traktowane jest jako zbrodnia polityczna. Szacuje się, że w komunistycznych gułagach przetrzymywanych jest nawet 70 tys. wyznawców Chrystusa.

Działanie podejmowane ostatnio przez koreańskie władze pozwalają przypuszczać, że trwa zmasowana akcja polowania na chrześcijan. Odbywają się naloty na domy ludzi podejrzanych o bycie uczniami Chrystusa, poszukuje się w nich Biblii, krzyży i innych oznak wiary. Znalezienie czegokolwiek może zakończyć się śmiercią, a w najlepszym wypadku zesłaniem do obozu pracy. Podobnie dzieje się, gdy ktoś zostanie przyłapany na prywatnej modlitwie. Informuje o tym Lee (nazwisko utajnione ze względów bezpieczeństwa), której udało się ostatnio uciec z Korei Płn. Informuje ona o aresztowaniach całych rodzin, ludziach, którzy znikają bez śladu i liczących po kilka tysięcy dolarów łapówkach za darowanie wolności dla skorumpowanych urzędników państwowych, żyjących w biedzie jak większość społeczeństwa.

Nie ma dokładnych informacji, ale według ostrożnych sondaży szacuje się, że w Korei Płn. wciąż żyje ok. 400 tys. chrześcijan, którzy przeżywają swą wiarę w ukryciu. Także w gułagach ludzie nie manifestują otwarcie swej przynależności do Chrystusa. Organizują się jednak na różne sposoby, by dodać sobie wzajemnie otuchy. „Wiadomo było, że katolicy wspólnie się modlą. O świcie ustawialiśmy się razem w kolejce do ubikacji i w ciszy modliliśmy się” – opowiada jedna z osób, której udało się zbiec. Podkreśla, że w gułagach prowadzi się też podziemną ewangelizację i katechizację. „Nawet żyjąc w tak piekielnych miejscach, jak obozy pracy można dzielić się Ewangelią” – mówi koreańska dysydentka wskazując, że paradoksalnie prześladowania wciąż umacniają wiarę wielu wyznawców Chrystusa.

źródło: Radio Watykańskie


Biskupi anglikańscy przestrzegają przed Brexitem bez umowy

W Wielkiej Brytanii na 2 miesiące przed planowanym wyjściem z Unii Europejskiej zrobiło się bardzo gorąco. Premier Johnson walczy o tzw. "twardy Brexit" - czyli chaotyczne wyjście z Unii bez umowy, parlamentarzyści zaś próbują obalić jego gabinet, by do tego nie dopuścić.

Biskupi anglikańscy wystosowali wspólny list otwarty, przedstawiając swoje stanowisko wobec możliwych skutków Brexitu dla obywateli Zjednoczonego Królestwa. Wskazują w nim na silny podział i rozbicie w społeczeństwie odnośnie do opuszczenia Unii Europejskiej oraz podkreślają w tym kontekście potrzebę pojednania narodowego. Wzywają równocześnie polityków do szczerości w sprawie kosztów, jakie spowoduje podjęcie tego kroku.

Hierarchowie wskazują, że jednostronne wyjście ze wspólnoty bez porozumienia będzie miało ogromny wpływ na życie wszystkich obywateli Wielkiej Brytanii. Wyrażają szczególną obawę o możliwe konsekwencje Brexitu dla najmniej odpornych na wstrząsy gospodarcze. Zwracają uwagę na potrzebę zmiany tonu debaty publicznej, do której zakrada się język nienawiści i gróźb pod adresem posłów sprawujących swój mandat.

Skrytykowali także łatwość, z jaką przychodzi mówienie kłamstw oraz wprowadzanie w błąd odnośnie skutków Brexitu, a także lekceważenie brytyjskich instytucji demokratycznych w kwestii informowania społeczeństwa odnośnie kosztów wyborów politycznych. Biskupi obawiają się, że poczucie strachu, niepewności oraz marginalizacji w społeczeństwie, leżące w wielu przypadkach u postaw głosowania za wyjściem z Unii, po dokonaniu go nie zostanie uwzlędnione. Ludzie biedni, obywatele UE w Wielkiej Brytanii oraz obywatele Wielkiej Brytanii w Europie powinni być wysłuchiwani oraz szanowani – uważają biskupi.

Wśród problemów najbardziej niepokojących biskupów jest przyszłość stosunków z Irlandią, która sama pozostaje krajem podzielonym. Granica z Irlandią nie jest jedynie politycznym reliktem z przeszłości, a pokój nie jest piłką, która leży wyłącznie po stronie Anglików. Niezbędny jest szacunek dla obaw po obu stronach granicy.

Hierarchowie wyrażają przekonanie, że opuszczenie UE w dniu 31 października pozostaje z jednej strony krokiem w stronę przywrócenia zaufania w respektowanie wyników referendum, ale z drugiej strony jest mało prawdopodobne, że doprowadzi ono do pojednania i pokoju w rozbitym kraju. Głównym jednak priorytetem powinien być taki sposób wyjścia z Unii, aby nie przyniósł szkód najsłabszym – przypominają biskupi.

 

Źródło: Radio Watykańskie


Rozważanie na piątek, 30 sierpnia

Mt 25,1-13
Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: «Podobne jest królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się oblubieniec opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oblubieniec idzie, wyjdźcie mu na spotkanie”. Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”. Gdy one szły kupić, nadszedł oblubieniec. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam”. Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę powiadam wam, nie znam was”. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny».

Świętość może się kojarzyć z byciem miłym. Jak widać, bycie miłym to za mało. Wiara wymaga roztropności. Oznacza ona cnotę – pewną zdolność, której uczę się przez lata spędzone z Panem Bogiem. Roztropna osoba potrafi określić swój życiowy cel (życie wieczne z Bogiem) i dobierać odpowiednie środki – kochający, roztropny mąż nie zostawi w porywie serca rodziny, aby pocieszać całą noc zrozpaczoną koleżankę… A jak to wygląda w moim życiu? Czy potrafię dobierać odpowiednie narzędzia w drodze do królestwa?

o. Maciej Drzewiczak OMI


Papież do Polaków: módlmy się o pokój na całym świecie

Ojciec Święty zachęcił Polaków do modlitwy, aby pokój panował w ludzkich sercach, rodzinach, społeczeństwach i między narodami. Pozdrawiając pielgrzymów przybyłych na audiencję środową zaapelował, by 80. rocznica wybuchu II wojny światowej stała się okazją do szczególnej modlitwy o to, by podobne tragedie nigdy więcej się już nie powtórzyły.

Papież – niech pokój panuje w ludzkich sercach

“ Serdecznie pozdrawiam polskich pielgrzymów. Drodzy bracia i siostry, pierwszego września przypada 80. rocznica wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się nazistowską, niemiecką agresją na Polskę. Podczas, gdy w stołecznej Warszawie, w Wieluniu i w innych miastach będą się odbywały wspomnieniowe obchody, z udziałem licznych głów państw z całego świata, wszyscy będziemy modlić się o pokój, aby nigdy nie powtórzyły się tragiczne wydarzenia, sprowokowane przez nienawiść, które przyniosły jedynie zniszczenie, cierpienie i śmierć – mówił Franciszek. – Prośmy Boga, aby pokój panował w ludzkich sercach, w rodzinach, społeczeństwach i między narodami. Zawierzam was wszystkich matczynej opiece Maryi Królowej Pokoju i z serca wam błogosławię. ”

Papież przypomniał też o obchodzonym dzisiaj wspomnieniu św. Augustyna, biskupa i doktora Kościoła. Przybyłach na audiencję środową pielgrzymów zachęcił, by inspirowali się jego świętością i nauczaniem. Wskazał, że św. Augustyn pokazuje, iż droga życia duchowego prowadzi do Boga i do najbardziej potrzebującego bliźniego.

źródło: Radio Watykańskie


Uratujecie.pl - społeczność ludzi zaangażowanych w pomoc

Caritas Polska – największa organizacja dobroczynna w Polsce – uruchomiła specjalny program charytatywny „Uratuję Cię”, który ma na celu  zbieranie pieniędzy przez Internet dla osób chorych i dotkniętych przez los, które potrzebują szybkiej reakcji, pilnego ratunku.

Ratowanie osób w potrzebie to niezmienna misja Caritas Polska, a Internet to nowoczesne narzędzie, które w tym pomaga. Dzięki środkom ze zbiórek organizacja może pomagać w sytuacjach, w których potrzebna jest natychmiastowa reakcja: sfinansowanie kosztownej operacji, drogiego leku, czy odbudowa spalonego domu.

Integracja i budowa społeczności ludzi zaangażowanych w pomoc

Portal Uratujecie.pl to znacznie więcej niż standardowy serwis internetowy. Wspólnie z darczyńcami budujemy społeczność ludzi pomagających w internecie i w realu – mówi Marta Modrzejewska, koordynatorka programu. – W działania na rzecz podpopiecznych serwisu chcemy angażować najbliższe otoczenie potrzebujących: rodzina, przyjaciele, sąsiedzi i parafianie. Chodzi o to, aby informacja o zbiórce dotarła do jak największej liczby osób oraz inspirowała działania na rzecz zbiórek typu piknik, aukcja, przedstawienie. Można również w bardzo prosty sposób przyczynić się do efektywności zbiórki poprzez opowiedzenie o zbiórce członkom swojej rodziny, znajomym, sąsiadom, kolegom z pracy, czy też udostępnić zbiórkę w mediach społecznościowych – dodaje.

Przejrzysta i intuicyjna w nawigacji strona uratujecie.pl pozwala na bieżąco śledzić historie ratowanych osób, ich potrzeby i stan zbiórek. Zespół serwisu jest w stałym kontakcie z podopiecznymi serwisu, w efekcie czego informuje o ich aktualnej sytuacji, a także formach angażowania się lokalnej społeczności w pomoc w mediach społecznościowych: na profilu Facebook oraz kanale You Tube.

Kto może zostać beneficjentem zbiórki?

Jeżeli jesteś osobą chorą, w trudnej sytuacji życiowej skontaktuj się z najbliższą diecezjalną Caritas. Po dostarczeniu wymaganych dokumentów i wskazaniu osób w środowisku lokalnym, chętnych, by zaangażować się w promowanie zbiórki, będzie można poprosić o pomoc darczyńców serwisu uratujecie.pl

 

źródło: EKAI


Biskupi: "Prosimy o działania potępiające przemoc wobec ludzi wiary"

Polscy biskupi na Jasnej Górze wydali dokument "Stanowisko w sprawie aktów przemocy motywowanych nienawiścią wobec Kościoła katolickiego i jego wiernych". Hierarchowie podkreślają w nim, że wrogie chrześcijaństwu działania powinny spotkać się ze zdecydowanym sprzeciwem. Zasługują na dezaprobatę wiernych i wszystkich ludzi dobrej woli, którzy cenią sobie wartości chrześcijańskie i dorobek cywilizacji europejskiej związany z wolnością religijną, godnością osoby ludzkiej i prawami osób wierzących.

W dokumencie przyjętym 27 sierpnia, biskupi piszą o aspektach liturgicznych i prawnych aktów profanacji. Zaznaczyli, że z zaniepokojeniem dowiadują się o kolejnych profanacjach symboli, miejsc i przedmiotów kultu religijnego, które dla katolików są święte. Przypominają też, że "profanacja jako forma przemocy jest umyślnym odebraniem świętego charakteru rzeczy lub miejscu. Może się ona dokonać także ze złośliwym zamiarem znieważenia jakiejś świętości i staje się aktem zbezczeszczenia”.

Rada Biskupów Diecezjalnych przyjęła ostre stanowisko wobec ataków na Kościół, prosząc o jednoznaczne potępienie: „Wypełniając powierzone im nauczycielskie zadania Kościoła, biskupi polscy proszą katolików i ludzi dobrej woli, w tym szczególnie samorządowców, polityków, parlamentarzystów o podjęcie działań jednoznacznie potępiających przemoc motywowaną przynależnością wyznaniową oraz kroków prawnych lub innych, które skutecznie zapewnią realizowanie wolności religijnej i sprawią, że Kościół katolicki w Polsce będzie mógł bez przeszkód nieść orędzie Chrystusa i wypełniać swoją misję”.

Polscy biskupi przypominają, że ataki na Kościół i jego wiernych są grzechami ciężkimi. Na koniec dokumentu apelują: „Wszystkich katolików prosimy o modlitwę w intencji przebłagalnej szczególnie za grzechy profanacji oraz z prośbą o nawrócenia sprawców”