Zepsułam, przyznaję się, zepsułam

Nie polecam Hiszpanii na wakacje, jest zepsuta. Jeszcze w górach, to rozumiem, ale teraz nie mam już nic na obronę Hiszpanii. Wczoraj o 11 w dzień gotowałam herbatę w softshellu z Islandii, polarowym buffue i rękawiczkach. O 13 leżałam w krótkim rękawku na łące i uśmiechałam się do ogromu nieba nade mną, ale jak obudziłam się pół godziny później to niebo, choć nadal błękitne było całe w ogromnych niskich chmurach, jeszcze białych, ale tej lekcji geografii nie przespałam, wiem co oznaczały. O 15 uciekałam przed burzą i szło mi całkiem nieźle, bo była z prawej strony, przewaliła się nade mną i usłyszałam jak odchodzi z lewej. Odetchnęłam więc i zwolniłam tempo. Wtedy zaczął padać grad. Po chwili byłam sucha, bo wyszło słońce. Dalej weszłam więc na drogę wiodącą przez pole, na którym leżało jeszcze mnóstwo gradu, ale łączka się skończyła i zaczęła się drogą między polami, przez którą przelatywały suche kokony jakiś krzaków, rodem z Westernu.

Wiatr wiał taki, że nie można było utrzymać kierunku, a nogi stały się o 2 kg cięższe. Tak, to była droga z rozmiękłej gliny. O 18 zobaczyłam na polu mur z kostek słomy, a wręcz nie mur, a narożnik i tam się schowałam. Usłyszałam jak brzmi cisza zamiast huraganu i poczułam jak bardzo miałam napięte mięśnie na tym wietrze. Posłałam słomę na ziemię i rozbiłam namiot. Choć słowo rozbiłam to za dużo powiedziane, stał siłą woli, nie wiem czyjej, bo mojej już trochę brakowało, tropik był po prostu zarzucony. Od 18 nienaganne słoneczko. Śpię. Jeszcze przed moim budzikiem słyszę, że pada, więc budzik wyłączam i śpię dalej. Nagle słyszę że ciapie. Tak to wielkie łaty śniegu spadały na mój namiot. Generalnie wyjść dało się dopiero o 11, bo wcześniej nie sposób było złożyć namiotu w tym wszystkim, co padało, był 1 stopień ciepła. Zepsułam więc, zdecydowanie zepsułam wizję słonecznej Hiszpanii.

Pół godziny po wyruszeniu znalazłam dwa otwarte domy w budowie i jeden pielgrzymi domek na grilla, gdzie dałoby się spać. Choć w zasadzie nie żałuję, mogłam poleżeć do 11, a dzięki posłanej pod namiot słomie, pachniało na noclegu czymś innym niż mną. To już drugi raz, gdy zastanawiam się czy nie pomyliłam świąt. Sianko pod namiotem... Parę dni temu spałam w przydrożnej kapliczce, gdzie o poranku do wywietrzników chuchały krówki jak do stajenki. Tylko one wyczuły wtedy moją obecność, zastanawiałam się czy gospodarz nie zainteresuje się, dlaczego nagle wszystkie jego krowy otoczyły kapliczkę, ale może po prostu stwierdził, że w Wielkim Tygodniu jego trzódka stała się bardziej pobożna.

Dziś nie lepiej, wieje, leje, śpię na polu w czymś, co jak zobaczyłam z daleka, prosiłam tylko żeby miało dach i dało się wejść. To jest ten jeden z nielicznych momentów, kiedy podnosząc do góry głowę nie chcesz zobaczyć nieba. Po wejściu do środka stwierdzam, że mogłam w prośbach dotyczących mojego miejsca noclegowego obwarować jeszcze parę rzeczy, no ale cóż, dwa wymienione warunki są spełnione, na resztę więc nie narzekam.

Na ten moment

Dotarłam do Leon. Nic tu nie chcę, nic specjalnego nie potrzebuję, muszę po prostu przejść przez duże miasto. Zatrzymuję się w Galerii Handlowej, żeby iść do supermarketu po coś do jedzenia. Jest zaraz na parterze, przy wejściu. To dziwne, normalnie uciekam przed galeriami, a tu nagle zamiast wybrać sklepik osiedlowy, wkraczam do wielkiego centrum. Podświadomie wiem, do czego dążę, tutaj zacierają się różnice kulturowe, z głośników leci muzyka znana powszechnie w pop kulturze. Nie jakieś hiszpańskie disco, które słyszę czasami mijając otwarte garaże na wioskach. Jak rasowy pielgrzym, siedzę na ławce na środku galerii i rwę kawały chleba. Do ławki obok, ale w takiej dość bezpiecznej odległości, powolutku doszedł staruszek. Niski, przygarbiony, ma bardzo wykrzywione nogi, porusza się przy balkoniku, do ławki wręcz go ktoś poprowadzą pod ramię. Siedzi, odpoczywa. Ja też. Podwija nogawki, oba kolana są ciasno oplecione bandażami. Ja mam na stopach. Takie dwie podobne przeciwności siedzą na przeciwko siebie. Dałeś mi, Panie młodość, zdrowie i siłę. Na ten moment. Nie wiem, co będzie za sekundę. Potem przestałam się interesować staruszkiem, przespałam się chwilę i poszłam do łazienki. Tam z głośników dorwał mnie "Titanic", po raz kolejny stwierdzam, że baba jestem. Zamiast robić, to co się robi w łazience, siedzę w kabinie i zalewa się łzami. No cóż, sama chciałam jakiegoś bardziej "uni" akcentu, wchodząc do galerii, więc mam. Wychodzę z łazienki, a przede mną z męskich kabin wytacza się powolutku balonik, a za nim drepcze staruszek. Pozbieraliśmy się. On i ja. I każdy ruszył w swoją drogę. Przepraszam, ale zestawienie mnie z nim było dla mnie tak mocne, że przechodząc obok, życzyłam mu buen camino (dobrej drogi)! Nie wiem, jak to odebrał, ale uśmiechnął się.

Żaden inny znak niż znak stokrotki nie będzie Ci dany

Przycupnęłam na chwilę na boku drogi i mój wzrok padł na stokrotkę. Jedną jedyną na zielonej trawie. Ogólnie w Hiszpanii są całe stokrotkowe łąki, ale ta oddzieliła się od stada. Patrzę na nią i wiem, że wyrosła tu specjalnie dla mnie. Jednocześnie wiem, że gdy po mnie przyjdzie tu inny pielgrzym, nawet nie po mnie, może tu przyjść i przycypnąć obok mnie i spojrzy na tę samą stokrotkę i pomyśli "wyrosła tu specjalnie dla mnie", to będzie miał rację. Nie wiem, jak Wy, ale ja miałam problem ze zrozumieniem Bożej Miłości. Bo kocha mnie, miłością wyjątkową i specjalną. Ale tak samo wyjątkowo i specjalnie kocha indywidualnie każdego człowieka na ziemi. I wkurzałam się, bo myślałam po ludzku, albo wyjątkowo kochasz mnie, albo kogoś innego, a nie jak w tym dowcipnie, gdzie chłopak pyta w sklepie czy są kartki z napisem "dla jedynej", po czy kupuje takich dwadzieścia. To nie tak. Od dziś już wiem, że stokrotka jest specjalnie dla mnie i tak samo specjalnie dla ciebie.

Tyle było w moim życiu maków, chabrów i rumianków, ale potrzebowałam tej jednej hiszpańskiej stokrotki, żeby zrozumieć Twoją Miłość, Boże.

Katarzyna Wiesia Wasilewska

To piąty artykuł z cyklu refleksji z podróży drogą Camino “pod prąd”. Poprzedni przeczytasz tutaj.


Rozważanie na czwartek, 30 maja

J 16,16-20
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Jeszcze chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie». Wówczas niektórzy z Jego uczniów mówili między sobą: «Co to znaczy, co nam mówi: „Chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie”; oraz: „Idę do Ojca?”». Powiedzieli więc: «Co znaczy ta chwila, o której mówi? Nie rozumiemy tego, co mówi». Jezus poznał, że chcieli Go pytać, i rzekł do nich: «Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: „Chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie?”. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość».

Módl się jak apostołowie: „Panie, co znaczy: chwila?”. Panie, co znaczy, bo nie rozumiem!

o. Krzysztof Machelski OMI


Uwielbienie na Festiwalu Życia

Podobnie jak w zeszłym roku, podczas całego festiwalu, w kaplicy adoracji wystawiony będzie Najświętszy Sakrament, 24 godziny na dobę. Jednak w festiwalowy piątek wszyscy wspólnie będziemy uwielbiać Pana Jezusa pod wielkim namiotem.

Uwielbienie poprowadzi nasz festiwalowy zespół, który przygotowania do tegorocznego spotkania rozpoczął już we wrześniu.

A tak wyglądało uwielbienie w zeszłym roku:

https://www.facebook.com/festiwalzycia/videos/1788722327838113/


3 dni w drodze

Trzy dni w drodze pełnej przeszkód i przeciwności – ponad 40 kilometrów, po błocie, pod górę... Było dużo argumentów na „nie” i tyle pokus by poddać się gdzieś na trasie: ciężki plecak (wciąż nie wiem, dlaczego aż tak ciężki, skoro wzięłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy), odpadająca od butów podeszwa, spanie w namiocie na nierównym podłożu, kiedy noce były zimne, a co najgorsze – brak możliwości wzięcia prysznica po długiej, męczącej drodze…

Wędrówka rozpoczęła się 8-kilometrowym „spacerem” z Węgierskiej Górki do Abrahamowa. Już wtedy musieliśmy się zmierzyć z pierwszymi niewygodami, jak długie podejście pod górę w błocie, a następnie rozbijanie namiotu po zmroku i nocleg na nierównym zboczu. Byliśmy jednak świadkami przepięknego zachodu słońca i mieliśmy okazję podziwiać cudowne, rozgwieżdżone niebo, co zrekompensowało nam wszelkie trudy.

Wypoczęci następnego dnia, pod przewodnictwem Ojca Dominika Ochlaka z rana wyruszyliśmy w dalszą drogę. Do przodu pchała nas przede wszystkim wizja odpoczynku i drugiego śniadania na Hali Rysiance. Nie obyło się oczywiście po drodze bez przeciwności – tu ofiarą padła jedna z uczestniczek naszej wyprawy, której odkleiła się podeszwa od buta. Jednak na szczęście znalazł się wśród nas MacGyver, który za pomocą trytytek i worka foliowego wzmocnił i uszczelnił rozpadające się obuwie, które udało wymienić się w schronisku na hali na inną, jeszcze nie dziurawą parę butów.

Idąc przez Trzy Kopce i Palenicę dotarliśmy do schroniska na Hali Miziowej, gdzie mogliśmy spożyć wyczekany obiad. Stamtąd po dłuższej przerwie zeszliśmy szlakiem, a następnie drogą do Korbielowa, gdzie liczyliśmy na nocleg. Wioska już na wejściu powitała nas Żabką, gdzie każdy miał możliwość zaopatrzyć się w zapas cukru i kalorii, a także orzeźwić się chłodnym napojem lub lodami. Siedząc wymęczeni pod sklepem poznaliśmy lokalne „gołębie” w postaci dwóch kur, żebrzących o okruszki. Idąc dalej przez Korbielów doszliśmy w końcu do kościoła Ojców Dominikanów, którzy chętnie udostępnili nam kawałek trawnika, gdzie mogliśmy się rozbić, a także skorzystać z małej kuchni oraz łazienek (co prawda bez pryszniców, ale były umywalki!). Po kolacji mieliśmy okazję podziękować Bogu za przebytą trasę i powierzyć mu cały nasz trud w wieczornej Eucharystii. Jeszcze zanim wszyscy udaliśmy się spać, skorzystaliśmy z możliwości wspólnej integracji, opowiadając żarty, dzieląc się wrażeniami i grając w mafię. Radościom nie było końca.

Niedziela była dla nas dniem odpoczynku – rozpoczęliśmy ją Mszą Świętą, po której zjedliśmy śniadanie i spędzaliśmy czas grając i rozmawiając. Dopiero koło południa, zostawiając plecaki w samochodach, wybraliśmy się pobliskim szlakiem na parokilometrowy spacer po górach. Myślę, że każdemu z nas ta weekendowa wędrówka wskazała nasze mocniejsze, ale co najważniejsze, także słabsze strony. „Moc bowiem w słabości się doskonali” – to mówi do nas Chrystus, zachęcając nas do dalszej walki o siebie. Jesteśmy różni, idziemy każdy w swoim tempie, a także wnosimy coś innego do naszej małej wspólnoty, którą stworzyliśmy w te trzy dni. Rozstaliśmy się z nadzieją, że wkrótce znów się spotkamy - na sierpniowej wyprawie z Sybina do Prymorskiego.


Monotonna sztuka pomagania

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. J 15, 13

Jak Bóg odpowiada na dziecięce pragnienie miłości na Białorusi

Sobota, 9 rano, siostra Weronika wyjeżdża poprowadzić katechezę dla dzieci w okolicznych wioskach. Towarzyszę jej tego dnia. Szeroką piaszczystą drogą zmierzamy w kierunku Miszkowicz. Jest druga połowa marca, ale przez szybę samochodu słońce grzeje mocno. Dojeżdżamy do kaplicy. Jest ciemna i nieogrzewana, więc postanawiamy zorganizować spotkanie na zewnątrz, gdzie temperatura bardziej sprzyja posiadówkom. Wynosimy stoliki i krzesła, wyciągamy z samochodu dwa pudełka ciastek, na których czekolada zaczyna się intensywnie rozpuszczać. Ja idę do pompy nabrać wody na herbatę. Po drodze spotykam Daszę, ciepło się przytulamy. Powoli dzieci zaczynają się zbierać. Chyba troszkę się za mną stęskniły – od wspólnych wakacji minęło ponad pół roku.

Po półtoragodzinnym spotkaniu - żartach, rozmowach i zabawach (merytorycznej części tym razem nie było) jedziemy na kolejną katechezę – do Nikołajewa. Po drodze zostawiamy u jednej z rodzin sześć worków ubrań. Nie wiem od kogo. Wita nas czternastoletnia Wiktoria, z którą zdążam jedynie szybko się zapoznać. W Nikołajewie katecheza odbywa się już normalnym trybem. W malutkim drewnianym domku siostra opowiada nastoletnim słuchaczom o Eucharystii. Tych też już kiedyś poznałam i z nimi również ciepło się witam.

W porze obiadowej siostra wraca do miasta prosto na kolejną katechezę. Kończy około 17.00. W ciągu tych godzin cała jej uwaga należy do dzieci.

Siostra Barbara z Mińska zajmuje się chorymi. W czasie mojego pobytu w stolicy Białorusi codziennie opowiadała mi co u, jak mawia, „jej” chorych słychać. Za każdym razem robiła to z zachwytem i pasją, jakby po raz pierwszy uprawiała swoją ukochaną sztukę. Niespotykana świeżość. Siostra Barbara ma około siedemdziesięciu lat i niemal każdego dnia pomaga samotnym chorym z Mińska. Większość z nich nie może się poruszać lub nie odczuwa częścią swojego ciała. Często „jej” chorzy są oprócz tego dotknięci chorobami psychicznymi, różnego rodzaju nerwicami. Na przykład pani Ewa. Przed wizytą siostry przykręca wodę dla oszczędności – żeby siostra nie zużywała tyle (a trzeba zaznaczyć, że pani Ewa porusza się z ogromnym trudem). Bardzo się złości, gdy słyszy zbyt długo lejący się z kranu strumień. Nie rozumie, że wody, potrzebnej do pozmywania sterty naczyń, umycia podłogi, starcia kurzu (tak, to też wchodzi w listę zadań), siostra i tak zużyje tyle, ile będzie potrzebne. Jeśli strumień wody będzie węższy, po prostu dłużej będzie wodę nalewać – można pani Ewie tłumaczyć w nieskończoność. Oprócz tego musi umyć „klientkę”, która rzadko jest dla niej przyjemna. A siostra Barbara za każdym razem opowiada o niej z uśmiechem i wspomina ze wzruszeniem moment, kiedy po pracy wśród krzyku i wyzwisk usłyszała od pani Ewy „przepraszam cię, ale ja już taka jestem, że nie potrafię inaczej, ty jesteś dla mnie taka dobra”.

Chociaż znam (pewnie wciąż w bardzo małym stopniu, ale jednak) Chrystusa od dziecka i wiem, że on jest w tych wszystkich działaniach, to, szczerze, nie wyobrażam sobie poświęcenia swojego życia na odwzajemnianie miłością niewdzięczności (bardziej czy mniej świadomej) i robienia przez lata tego samego. Nie chodzi mi o wybór między życiem świeckim a konsekrowanym, ale o coś bardziej ogólnego. Z drugiej strony, może właśnie dzięki niemożliwości pojęcia, jak taka miłość jest możliwa, widzę, że Bóg odpowiada na pragnienie miłości swoich dzieci. Odpowiada konkretnie. Chce też odpowiadać przez nas i, co dla mnie na ten moment życia najpiękniejsze, daje nam czas, by dojrzewać do przekazywania innym Jego miłości. I kocha nas cały czas tak samo!

Aleksandra Żuk


Lichwa

Jest stara jak świat. Pożyczanie na procent. Jedno z najbardziej potępianych zjawisk w dziejach. Ostro zakazują jej wszystkie wielkie monoteistyczne religie: Judaizm, Chrześcijaństwo i Islam. Platon, Arystoteles, Cycero, Katon, Plutarch, Seneka domagali się obalenia lichwy jako nieetycznej. W trzech z pięciu najważniejszych ksiąg Starego Testamentu są jednoznaczne wypowiedzi o tym, że wszelka pożyczka na procent jest zakazana. Proszę bardzo:

Jeśli pożyczysz pieniądze ubogiemu z mojego ludu, żyjącemu obok ciebie, to nie będziesz postępował wobec niego jak lichwiarz i nie każesz mu płacić odsetek. Wj 22, 24

Jeżeli brat twój zubożeje i ręka jego osłabnie, to podtrzymasz go, aby mógł żyć z tobą przynajmniej jak przybysz lub osadnik. Nie będziesz brał od niego odsetek ani lichwy. Będziesz się bał Boga swego i pozwolisz żyć bratu z sobą. Nie będziesz mu dawał pieniędzy na procent. Nie będziesz mu dawał pokarmu na lichwę. Kpł 25, 35-37

Co prawda, pierwszy sobór powszechny w Nicei w 325 roku postanowił, że prezbiterzy mogą pożyczać innym na jeden procent w stosunku miesięcznym. Jednak szybko tę dyrektywę obalono. Kary za lichwiarstwo stały się baaardzo bolesne. Każdy kto ośmielił się uprawiać ten proceder stawał się heretykiem i pozbawionym nieba ekskomunikowanym grzesznikiem. Po śmierci takim delikwentom odmawiano pogrzebu, a ich ciała grzebano poza murem cmentarnym w niepoświęconej ziemi. Dante w Boskiej komedii idzie jeszcze dalej. A właściwie niżej i umieszcza lichwiarzy w piekle poniżej morderców, razem z grupą bluźnierców i kazirodców, która w tych czasach uchodziła za grzeszników największego kalibru. A niejaki Jakub z Vitry fantazjuje, że lichwiarze to pomiot szatana, który będzie w piekle smażony ilością drewna równą ilości zysków z odsetek zgromadzonych za życia. Grubo. Albo taki przykład prosto z życia wzięty: genueński bankier, Lazaro Doria, dręczony wyrzutami sumienia w 1577 roku rzucił interesy i zaszył się w klasztorze by pokutować za lichwiarskie grzechy. Choć, jak podają źródła, pożyczał pieniądze na niewygórowany procent bez żadnych dodatkowych podejrzanych transakcji. Średniowieczna mentalność teologiczna zakładała, że skoro Bóg wygnał człowieka z raju skazując go na pracę w pocie czoła, to wszelka forma łatwego wzbogacania się (z lichwą na czele) jest niemoralna, bo naraża człowieka na różne pokusy, czyni go leniwym i niewrażliwym na głos Boga. Protestanci początkowo mieli do pożyczania na procent równie krytyczne podejście. Sam Marcin Luter wysyłał lichwiarzy do piekła, a każdego znienawidzonego bankiera widział dyndającego na szubienicy. Także święta księga Islamu, Koran, ostro potępia pożyczanie na procent. Choć Islam wobec lichwiarzy wydaje się być ciut bardziej miłosierny, bo na wieczne potępienie posyła jedynie recydywistów.

Z czasem potępienie dla praktyk lichwiarskich zelżało. Zaczęto rozróżniać nieuczciwą lichwę od uczciwego oprocentowania pożyczek. Gdzie jest granica między jednym, a drugim - Bóg raczy wiedzieć. Tak czy siak, pogardy dla bankierów i ich fachu nie udało się wyprzeć z mentalności ludzi przez długie lata. To trochę tak jak z celnikami i nierządnicami. I właśnie dlatego bankierami zostawali wtedy głównie żydzi, którym wolno było podejmować jedynie zajęcia niegodne normalnego obywatela. A za takie uważano bankierstwo. Oj, gdyby wtedy normalny obywatel wiedział co traci. Ale nie wiedział. A ja chyba już wiem, czemu dzisiaj za największymi pieniędzmi świata stoją akurat ci, a nie inni ludzie. 

Pytanie jest takie: czy dzisiejsze wszechobecne oprocentowanie wszelkich pożyczek to jeszcze uczciwy zysk z transakcji czy już niemoralna lichwa? 

Mam znajomą, która przez długie lata swojego życia pracowała w banku. Jej opowieści mrożą krew w żyłach. Bank w jej wspomnieniach to ukryta za uśmiechniętymi i uprzejmymi  pracownikami bezduszna machina rządzona prawem zysku i ekonomicznych wskaźników. Wspominała, że niszczący stres widma niewyrobienia normy prześladował ją nie tylko w pracy. Poza nią także. Pójście na emeryturę było dla niej jak ucieczka z więzienia. Jak wzięcie głębokiego oddechu. 

Na potwierdzenie wrzucam historię, którą znam bezpośrednio. Zbyszek to kochany chłop. Tyle tylko, że niepełnosprawny. I fizycznie i umysłowo. Może właśnie dlatego taki kochany. I trzeba być ślepym i głuchym jednocześnie, by w pierwszym kontakcie z nim nie zorientować się, że to chory człowiek. Ale wygląda na to, że w bankach mogą pracować ślepi i głusi. Zbyszek mimo swej niepełnosprawności porusza się po mieście sam. No i kiedyś trafił do banku. Tam namierzył go pan od kredytów. Zbajerował i bez skrupułów wcisnął mu pożyczkę wysokości 50 tysięcy złotych. Czujecie to, niepełnosprawny umysłowo człowiek podpisuje w banku w obecności wykwalifikowanego pracownika papiery na 50-cio tysięczny kredyt?!  Interweniowały różne ważne osoby i sprawę ostatecznie udało się odkręcić. Ale niesmak pozostał. Mniej więcej co drugi Polak ma kredyt. Pożyczyliśmy od banków prawie 600 miliardów złotych. Często na 25 i więcej lat. Co to oznacza? Ano to, że w zamian za lepszy standard życia, zgodziliśmy się zostać niewolnikami. Ponad 2,5 miliona posiadaczy kredytu ma problem z ich spłacaniem. Jak nie masz z czego spłacać, to nie łódź się, że bank machnie ręką i powie - spoko, zapłacisz, jak będziesz miał. O nie. Z oblicza banku zniknie uśmiech, poczucie komfortu pryśnie jak bańka mydlana, a do twoich drzwi zapuka komornik. 

Nie tylko szary obywatel jest zadłużony. Zadłużone są całe państwa. Polska wisi komuś tam około 1 bilion złotych. Ale w porównaniu z resztą świata to pikuś. Amerykanie biją wszystkich na łeb. Ich dług sięga 20 bilionów dolarów. Gdyby tą kwotę ułożyć w jednodolarowych banknotach jeden na drugim, uzyskalibyśmy stos o wysokości prawie 2,2 milionów kilometrów. To więcej niż pięciokrotna odległość między ziemią a księżycem. Kosmos. Inaczej na wyobraźnię działa dług państw najuboższych. Na przykład Angola. Oni zalegają prawie 17 miliardów dolarów. Wychodzi w przeliczeniu, że każdy Angolczyk ma do spłacenia ok 1300 dolarów. A 68% obywateli tego państwa zarabia mniej niż 1,7 dolara dziennie. Obecnie odsetki od wziętych kiedyś tam kredytów już dawno przekroczyły wartość pierwotnych pożyczek. Typu pożyczyłeś 200 zł, ale oddać musisz 500. To nie jest teoria wyssana z palca. Ci, którzy oficjalnie postulują walkę z ubóstwem, opiekę medyczną i powszechny dostęp do edukacji w krajach ubogich jednocześnie czerpią potworne zyski ze spłaty długów przez te kraje. Przykład: W 2008 roku wydatki globalnej Północy (bogatych) na pomoc rozwojową biednych państw wyniosły 122 mld USD. W tym samym roku kraje globalnego Południa (biedny) przeznaczyły aż 602 mld USD na obsługę swojego zadłużenia. Liczę: 602 - 122 = 480. Reasumując: w 2008 roku państwa biedne przekazały państwom bogatym 480 miliardów dolarów. Zgadza się, banki chętnie udzielają pożyczek, bo zależy im na poprawie życia. Tyle tylko, że nie tych, którym pożyczają, ale własnego. 

Wracam do pytania: uczciwy procent czy krwiopijcza lichwa? Jest w tej umowie pewien kruczek. Na początku wrzuciłem kilka cytatów ze Starego Testamentu, gdzie czerpanie korzyści z pożyczek jest potępione. Kruczek mamy w Księdze Powtórzonego Prawa: 

Nie będziesz żądał od brata swego odsetek z pieniędzy, z żywności ani odsetek z czegokolwiek, co się pożycza na procent. Od obcego możesz się domagać, ale od brata nie będziesz żądał odsetek, aby ci Pan, Bóg twój, błogosławił we wszystkim, do czego rękę przyłożysz w ziemi, którą idziesz posiąść. Pwt 23, 20-21. 

Obcy czyli wyznawca innej religii, przedstawiciel innego narodu. Mówiąc dosadniej - goj. Na nim Stary Testament pozwala zarabiać. I wszystko było by oczywiste, gdyby nie ten Jezus.  O pożyczaniu mówił tak: 

Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. Łk 6:34, 35

To jak to jest? Lichwa OK czy nie? Nie rozstrzygniemy problemu jak będziemy grzebać w księgach. Musielibyśmy pogrzebać w naszych sercach. To tam jest odpowiedź. Jeżeli dogrzebiemy się chciwości, to nawet najbardziej moralnie spisane prawo wykorzystamy do niemoralnych rzeczy. I tyle. 

Adam Szefc Szewczyk


Tydzień Modlitw o Powołania Oblackie - Dzień 9. nowenny - Kochać Maryję

Dzień Dziewiąty, 29 maja 2019, Wspomnienie Błogosławionego Józefa Gerarda

kochać Maryję (K 10)

 

Z Ewangelii według świętego Łukasza (Łk 1, 45-48)

Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana». Wtedy Maryja rzekła: «Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia.

 

Źródła oblackie

Odnówmy się zwłaszcza w nabożeństwie do Najświętszej Dziewicy, aby się stać godnymi tego, żeby być Oblatami Maryi Niepokalanej. Przecież to patent do nieba! Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej? Proszę przyznać, że będzie to dla nas zarówno chwalebne jak i pocieszające, iż bę­dziemy Jej poświęceni w sposób specjalny i że będziemy nosić Jej imię. Oblaci Maryi! To imię zadowala serce i ucho. (List do ojca Tempiera, 22-24 grudnia 1825 roku, w: EO I, t. 6, nr 213).

 

Świadectwo

Kiedy wstąpiłem do Zgromadzenia Oblatów, pewien starszy, mądry kapłan dał mi trzy rady. oto jedna z nich: Powierz swoje powołanie Maryi. Po kilku latach, kiedy podczas rekolekcji przed ślubami wieczystymi trwałem na adoracji, zauważyłem mały obraz Maryi, który znajdował się w pokoju. Jak na filmie zobaczyłem całą historię mojego życia, jakbym znienacka otrzymał łaskę cofnięcia się w przeszłość. Zobaczyłem siebie jako dziecko, nawiązałem kontakt z modlitwami mojej rodziny i mojego ludu, który przyzywa Maryję pod imieniem Matki Bożej Bolesnej.

W tej tajemniczej chwili ponownie przemyślałem słowa z janowej Ewangelii: Jezus widząc Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka Twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. Te słowa rozbrzmiewały w moim sercu, przynosząc mi wsparcie i radość.

Z tych rekolekcji wyjechałem z życiowym przeświadczeniem: Maryja zawsze była obecna przy moich, Ona towarzyszyła im w zmaganiach, w ich marzeniach i nadziejach. Ona była obecna podczas naszych świąt, jak niegdyś w Kanie Galilejskiej.

W naszej wspólnocie odnajdujemy obecność naszej Dobrej Matki. Ona uśmiechnęła się do naszego Ojca Założyciela, kiedy potrzebował potwierdzenia dla kontynuowania swojej misji, aby otrzymać dar nowego charyzmatu w Kościele. Ta sama Dobra Matka dzisiaj spogląda na nas i czuwa nad całą, wielką oblacka rodziną.

Z tego niezapomnianego doświadczenia zrodziła się intuicja podczas święceń kapłańskich: jak Maryja być blisko wszystkich ukrzyżowanych historii. Kiedy teraz żyję w drugich, najuboższych i najbardziej brutalnych peryferiach mojego miasta, w chwilach radości i tarapatów, naszej Dobrej Matce powierzam moją misyjną posługę, bowiem Ona jest strażniczką naszego oblackiego powołania. O. Edicarlos Alves OMI - Brazylia

 

Modlitwa

Maryjo Dziewico, oddana na zawsze Bogu, Tobie ofiarujemy nasze serca: naucz nas kochać.

Pokorna i baczna Dziewico, Strażniczko Słowa, otwórz nasze umysły, abyśmy potrafili przyjąć Prawdę.

Dziewico modląca się wraz z Tobą prosimy: uczyń nas świadkami piękna bożego wezwania.

Dziewico pielgrzymująca, Ty podążasz śladami Jezusa, który jest naszym pewnym Przewodnikiem: pokaż nam drogę Ewangelii.

Dziewico Maryjo, uległa Służebnico Pańska, pomóż nam wypowiedzieć nasz tak, niech ono zakorzeni się w dobrej ziemi naszego serca,
abyśmy poruszeni jego pięknem przynosili owoce nowego życia.

Amen.


Dziś wspomnienie o. Józefa Gerarda OMI - misjonarza wśród zulusów

Dziś Kościół wspomina błogosławionego oblata - o. Józefa Gerarda OMI. Czy znasz historię jednego z najwybitniejszych przedstawicieli naszego zgromadzenia? Przeczytaj, warto ją poznać.

Przyszedł na świat 12 marca 1831 r. w małej lotaryńskiej wiosce Bouxieres - aux - Chenes. Jak wszyscy młodzi chłopcy w Lotaryngii został pasterzem i tak całe dnie spędzał samotnie przy stadzie. Monotonia tego pasterskiego życia bywała przerywana, kiedy z rodziną udawał się w pielgrzymce do Matki Bożej Dobrej Rady w Nancy albo do Jej stóp w Sion.

Droga życia zakonnego

Jego misjonarskie powołanie zaczęło się właściwie kształtować wówczas, gdy proboszcz - ks. Cayens - opowiadał mu o smutnym losie afrykańskich plemion. Również dwaj inni misjonarze - obaj Oblaci Maryi Niepokalanej - wywarli na niego jeszcze większy wpływ. Mając 20 lat, wstąpił do oblackiego nowicjatu w Notre Dame de l`Osier. Józef Gerard głęboko zżył się ze Zgromadzeniem, które odtąd stało się jego Rodziną. Będąc jeszcze w nowicjacie, 7 marca 1852 r. otrzymał obediencję do Natalu w Afryce Południowej, a w maju 1853 r. ostatecznie opuścił Francję.

Kapłaństwo

Po ośmiu miesiącach od opuszczenia Francji, 21 stycznia 1854 r. dociera wraz z dwoma oblatami: o. Barret OMI i br. Bernard OMI do Natalu. Była to w jego życiu ostatnia podróż. Trzy tygodnie później został wyświęcony na kapłana w Pietermaritzburgu przez biskupa Allarda. Zaczęła się więc misja, której początek nie był łatwy. Po kolejno poniesionych trzech porażkach, dla o. Józefa zaczął się drugi etap misjonarskiego życia - ewange- lizacja Basutosów.

Misjonarz Natalu

Dzień 1 listopada 1863 r. można przyjąć jako prawdziwy start apostolskiej działalności. Wędrownemu misjo- narzowi przypadło nawracać szczepowych kacyków, pomagać ubogim, starym i chorym, uczyć prawd wiary pasterzy, demaskować czarowników i czarownice. Całe jego posługiwanie zaczyna się odtąd odbywać konno, aby umożliwić niekończące się objazdy po górach. O. Gerard nie znał się na sztuce, ale za to wykazywał talent duchowego architekta, rzeźbiarza ludzkich dusz, umiejąc pomagać w budowaniu żywego i kwitnącego Kościoła. U podstaw tej duchowej budowli postawił katechizację. "Panie - często modlił się - daj mi łaskę, bym do szaleństwa kochał moje zadanie katechety... bym uczynił mocnymi tych chrześcijan, którzy by dobrze poznali świętą religię i dlatego Ciebie kochali". Jego apostolska miłość powoli zwyciężała Basutów, którzy początkowo nie dowierzali kapłanom katolickim; przez tę miłość stał się też wielkim przyjacielem młodzieży.

Misja św. Moniki

W 1876 r. biskup Jolivet wybrał o. Gerard na założyciela misji w pogańskiej okolicy, znanej z rozwiązłych obyczajów, którą nazwano misją św. Moniki. Podczas długiego, 20 letniego pobytu na misji św. Moniki ogarnęło go "szaleństwo dusz". Całe dnie jeździł na swoim koniu Artabanie w poszukiwaniu Basutosów, a kiedy nastawała noc, wracał wyczerpany, przy blasku świecy odmawiał brewiarz i aby nie zasnąć przy nim, akompaniował sobie na starym harmonium. O. Józef wrócił na misję Roma w 1897 r. Pomimo wyczerpania, wciąż narażał się na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, z których zawsze szczęśliwie wychodził. Dlatego też nadano mu przydomek "Ramehlolo" - ojciec cudów. Do ostatnich chwil swego życia czuł ogromną potrzebę głoszenia Chrystusa. Przykuty do łóżka w czasie choroby, wołał do siostry i pytał "Gdzie jest mój Artaban? Chcę pojechać, aby odwiedzić chorych.

Śmierć

29 maja 1914 r. oddał swoją duszę Bogu, wezwany przez Niego do Nieba. Jego pogrzeb stał się prawdziwym triumfem. Na cmentarzu szef Maama żegnał umiłowanego kapłana, kończąc słowami: "muszę przyznać, że o. Gerard był takim człowiekiem, który by tak powiedzieć nie brał do ust pożywienia, bo on karmił się modlitwą. Gdyby modlitwą można było nakarmić ludzi, dawno by on dał ją nam, Basutom, do jedzenia".

 

źródło: swietykrzyz.pl

 


Rozważanie na środę, 29 maja

J 16,12-15
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek słyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi».

Słowa Jezusa zapisane są w Ewangeliach. Ale On chce mówić dalej. Mówić konkretnie do mnie. Mówić przez Ducha Prawdy. On inspiruje nas dziś do tego, by się modlić i prosić o Ducha Świętego.

o. Krzysztof Machelski OMI


Franciszek wyjaśnia „anegdotę” i oczyszcza Jana Pawła II

Nikt nie może wątpić o świętości i dobrej woli Jana Pawła II. Jego świętość była wielka, naprawdę wielka – powiedział Franciszek w wywiadzie dla meksykańskiej telewizji. Papież wyjaśnił m.in. sens „anegdoty”, którą opowiedział w lutym podczas konferencji prasowej w samolocie, w locie powrotnym z Emiratów Arabskich do Rzymu.

Franciszek wykazał w niej odwagę kard. Ratzingera w walce z nadużyciami, ale pośrednio obciążył też Jana Pawła II. Opowiedział bowiem, że ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary miał dokumentację w konkretnej sprawie. Jan Paweł II chciał poznać prawdę i zwołał spotkanie. Po spotkaniu kard. Ratzinger musiał odłożyć dokumenty do archiwum i przyznał, że wygrała strona przeciwna.

Teraz po trzech miesiącach Franciszek przyznaje, że w sprawie tej chodziło o Marciala Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa. Papież z całą stanowczością zaprzeczył jednak, jakoby Jan Paweł II utrudniał wyjaśnienie tego przypadku. „Jan Paweł II nie był obecny na tym spotkaniu – powiedział Franciszek. – Było to spotkanie zwierzchników Kurii, różnych dykasterii, by rozpatrzyć przypadek Maciela”. Franciszek zaznaczył też, że Jan Paweł II niekiedy był oszukiwany, na przykład w sprawie kard. Groëra, arcybiskupa Wiednia.

Franciszek zaznaczył w walce z nadużyciami odważny był zarówno kard. Ratzinger, jak i Jan Paweł II. „Trzeba też zrozumieć niektóre postawy Jana Pawła II – kontynuował Papież – ponieważ pochodził on z zamkniętego świata, zza żelaznej kurtyny, komunizm był wtedy jeszcze silny. To była mentalność obronna” – dodał Ojciec Święty.

Wywiad z Papieżem jest bardzo obszerny. Franciszek odnosi się w nim zarówno do sytuacji w Ameryce Łacińskiej, jak i różnych problemów Kościoła. Zapewnia m.in., że nic nie słyszał o sprawie byłego kardynała McCarrica. Opowiada również o swych problemach z mediami i ludźmi, którzy go odwiedzają, a potem na fali entuzjazmu opowiadają więcej rzeczy niż w rzeczywistości usłyszeli od Papieża. Franciszek opowiada też o swym zafascynowaniu ostatnią książką Zygmunta Baumana, napisaną wraz z jego włoskim asystentem „Nati liquidi – Płynni od urodzenia”. Zdaniem Papieża wskazuje ona na ważny problem wykorzenienia nowych pokoleń.

źródło: Radio Watykańskie