Kubusiowe mądrości i nie tylko

Moja mama zawsze mówiła, że ludzie, którzy pięknie pachną są pod opieką aniołów. Nie były to jej słowa, ale nie pamiętam kogo cytowała, po prostu sentencja figurowała w zeszycie myśli spisanych z książek. Lubiłam ją, ale dziś doszłam do wniosku, że coś w niej jest nie tak. Są dwie opcje albo mój Anioł jest szczególnie wytrzymały, albo Bóg w swej dobroci, wiedząc co będę w życiu wyczyniać, upośledził Jego zmysł węchu. Bo pięknie to ja nie pachnę, ale zaopiekowana się czuję.

Sprzedam. Oddam. Zamienię

Kije trekkingowe na maczetę. W przeciągu 1,5 godziny drogi zdejmowałam plecak cztery razy, żeby przeczołgać go (i się) pod gałęziami. Potem w środku gór dwukrotnie zatrzymały nas bramki z testem na trzeźwość – wiecie takie kluczenie jak przed przejazdem kolejowym. I w tym wypadku architekt również nie wziął pod uwagę, że na camino wchodzą też pielgrzymi, którzy mają w plecaku coś więcej niż para skarpetek na zmianę. Zdejmowania i zakładania plecaka mam dość, gramolę się górą. Jeżeli ten tekst czytają chłopaki z biura NINIWY, to poproszę od razu o zapisanie na listę na Bieg Katorżnika, Rzeźnika czy co tam jeszcze macie, po dzisiejszym dniu czuję się w pełni przygotowana, podium jest moje :). Jakby ktoś mnie zapytał, co warto wziąć ze sobą na camino, to tak, maczetę bez względnie, ale przydałby się też mały przenośny ksiądz. Zwłaszcza jak się idzie w okresie Wielkiego Postu, potem Wielki Tydzień, Triduum, święta, tak, liofilizowany ksiądz, nawet do kilograma, wzięłabym ze sobą.

Możesz przejść, ale nie waż się na nic wiecej

Cały dzień w górach. Oczywiście to znowu było dla mnie ogromnym zdziwieniem, nie żebym zgubiła GPSa, nie skądże, ale jakoś nie zwróciłam uwagi na te poziomice, które nagle się tam nagromadziły. Mam w nawigacji naniesiony ślad, widzę kreskę, to idę. Założenie było 30 km dziennie i generalnie nic więcej mnie nie obchodzi, góry, nie góry, idę. Ale co to były za góry! Camino primitivo, które tak rzewnie opłakałam w Oviedo jako koniec najpiękniejszego odcinka mojego camino, to było nic. Camino San Salvador – łącznik z Oviedo do Leon. Byliście kiedyś sami w Tatrach, przed sezonem, gdzie pod nogami nie kręcą się turyści w japonkach? Zachwycaliście się ciszą i potęgą przyrody? To i tak nie wiecie o czym mówię. Przepraszam, ale to prawda. Ja też byłam sama w Tatrach, ale to, co przeżyłam tutaj jest w ogóle bez porównania, to po prostu inna skala. Camino primitivo było tak naprawdę bardzo ucywilizowane. Zawsze jakiś pielgrzym się pojawił, przechodziło się z wioski do wioski, pełno albergue, bary przy drodze, gdzieś na horyzoncie zawsze było widać ludzką obecność. Teraz mijam wyciągi narciarskie, przechodzę przez śnieg, to mi wystarczy, by wiedzieć jak wysoko jestem. Żeby się tu dostać, trzeba było niewinnie otworzyć jedną bramkę, która niemalże znajdowała się na czyimś podwórku, przejść przez polanę, na której drogę wytyczały twoje własne ślady. Niby jakaś ścieżynka się wije, ale któż to wie czy wydeptały ją zwierzęta czy ludzkie stopy, idź, po prostu idź, gdzie chcesz. Po chwili na ziemi pojawiają się kamienie z żółtymi strzałkami, ale i tak pozostawiają dużą wolność wyboru drogi. Są przede mną nagie granie ze śniegiem, ale też dużo zielonych gór. O nich już nie powiem, jak to zwykłam umniejszać niektóre rodzinne wypady w góry, że to kopułki. Nie, to prawdziwe góry. Dzikie, stateczne, nieruchome, dziewicze i nieskażone. Monumentalne, ogarniające mnie zewsząd. Znalazłam się jakby w kanionie. I wiatr przewalający się przez skały. Albo absolutna cisza, a to tylko różnica paru kroków. To góry, które absolutnie nie przejmują się obecnością człowieka, jakby mówiły – możesz tędy przejść, możesz na sekundę spróbować nas posiąść, ale nie waż się w cokolwiek ingerować, możesz wziąć z nas tylko tyle, ile zmieści się w twoim sercu, nie próbuj nic więcej i tak zatrzemy po tobie ślad. Potęga gór w zestawieniu z moim byciem samą. Celowo nie używam słowa „samotność”, bo to jest zdecydowanie bardziej BYCIE (tam i z tym) samemu niż uciekanie w samotność.

Manna z nieba

Trzy dni temu nią pogardziłam, teraz żałuję. Obudziłam się wtedy na murku pod zadaszeniem kościoła i chwilę po moim przebudzeniu na śpiwór spada mi śniadanie. Powiedziałam, że generalnie dziękuję, ale mam swoje i muszę je zjeść, żeby nie nosić. Po chwili pojawił się właściciel. To że miał osiem nóg nie było jeszcze najgorsze, ale to, co unosiło się pomiędzy nimi było jedyną rzeczą, która mogłaby konkurować z potęgą dzisiejszych gór. W tempie express oddałam mu jego tłuściutką muchę, na wszelki wypadek dołożyłam jeszcze kawałek z własnego śniadania, żeby nie przyszedł mu do jego połączeń nerwowych pomysł posmakowania mnie. Dziś jestem pewna, że gdybym miała kawałek chleba, na pewno nie oddałabym go pająkowi, myślę że dałabym radę zjeść muchę, a nawet przezwyciężyłabym strach i upiekła samego pająka na ruszcie. Tak, tu istnieją wioski, nawet całkiem spore, ale sklep to zdaniem mieszkańców rzecz zbędna. Aż mi głupio, że jako pielgrzym-minimalista żądam więcej niż przeciętni ludzie, ale wczoraj w górach zjadłam żelazne zapasy, a dziś mijam drugą wioskę i nic. Sklepu nie ma, jest albergue, państwówka, otwarta, gospodarz przychodzi dopiero wieczorem, jak się zbiorą wszyscy pielgrzymi, którzy chcą tu tej nocy spać. Spanienie mnie nie interesuje, jest dziesiąta rano, ale kuchnia owszem, funkcjonuje tu zawsze półka pod tytułem „bierz, co chcesz”. Jest kilogramowa paczka ryżu. I reszta kakao. Idealne połączenie. Gotuję, zjadam i jestem najszczęśliwszym człowiekiem świata. Danie włączam na stałe do diety.

Na koniec może jeszcze jedna życiowa mądrość. Bo że na drodze przydatna maczeta i ksiądz, to już oczywiste. Danie dnia-polecam przygotować w domu na uroczysty obiad. Ale tak naprawdę, co zrobić, by dać radę wstać i iść dalej? „Wystarczy, że wyruszę z miejsca, w którym jestem, a dojdę tam, dokąd idę” powiedział Puchatek. Racja, przecież mam cel.

Katarzyna Wiesia Wasilewska

To czwarty artykuł z cyklu refleksji z podróży drogą Camino “pod prąd”. Poprzedni przeczytasz tutaj.