Duchowość Gwiezdnych Wojen [część 3]

Gwiezdne Wojny nie są pozbawione także elementów komediowych, co pozwala rozładować napięcie spowodowane nieustannym zmaganiem światła i ciemności. Wiodącym wątkiem komicznym są interakcje Hana Solo z jego pierwszym pilotem Chubaką. Ostatnio mieliśmy nawet okazję poznać wcześniejsze dzieje Hana (film Han Solo), a przez to także początek tej niezwykłej przyjaźni dwóch jakże różnych osobników, którzy zawarli ze sobą życiowe przymierze „na dobre i na złe”. Han Solo jest postacią bliską każdemu z nas, ponieważ jego życie pełne jest wydarzeń, decyzji oraz zwrotów życiowej akcji, które przydarzają się prawie każdemu z nas. Han jest „zwykły”. Ma momenty słabości, jest zapatrzony w siebie, myśli tylko o swoich interesach, ale jest też zdolny do czynów bezinteresownych, braterskich, a w końcu nawet heroicznych. W pierwszej części Gwiezdnych Wojen poznajemy Hana jako lekkoducha, nieodpowiedzialnego poszukiwacza przygód, myślącego tylko o własnym interesie ateistę. Wyraża to dobrze jego „nazwisko”, którego genezę mieliśmy okazję poznać w ostatnim filmie. Oznacza ono: „sam”, „pojedynczy”. Otrzymuje je od oficera imperium, kiedy zapisuje się do imperialnej akademii wojskowej.

Han przypomina do złudzenia rewolwerowca-kowboja z dawnych westernów. Z małą różnicą wszakże: jego rewolwer strzela pociskami świetlnymi. Scena z tawerny z epizodu IV jest prawie kopią kowbojskiego Dzikiego Zachodu. Han Solo przechodzi jednak w filmie metamorfozę. Staje się bardziej odpowiedzialny, altruistyczny, a nawet „wierzący”, gdy w „Przebudzeniu Mocy” (epizod 7) stwierdza: „Wszystko to prawda: Moc, Jedi…”, aby w końcu zaryzykować i w konsekwencji oddać swoje życie, próbując przekonać do „nawrócenia” swojego syna Kylo Ren.

Komiczną, ale i w opinii wielu słabą stroną filmu, jest brak respektowania praw fizyki. Może większości z nas to nie przeszkadza, ale gdy porównamy Gwiezdne Wojny z „Grawitacją”, czy „Marsjaninem”, to od razu zrozumiemy, gdzie „leży pies pogrzebany”. Wszystkie statki kosmiczne zachowują się tak, jakby w przestrzeni kosmicznej było pełno powietrza. Aranżacje walk powietrznych przypominają jako żywo Drugą Wojnę światową. Nagłe zwroty „kosmicznych samolotów” w rzeczywistości przestrzeni kosmicznej byłyby bardzo trudne do uzyskania i, de facto, zupełnie niepotrzebnym marnotrawieniem energii silników pozycyjnych. Samoloty trafione spadają zawsze „w dół”, podczas gdy w przestrzeni kosmicznej pojęcia „góra-dół’ tracą zupełnie swoje znaczenie. Samoloty wydają dźwięki, których w kosmicznej próżni nie da się po prostu usłyszeć. Z kolei myśliwce Imperium są przykładam anty-aerodynamiki. Jak można latać ze skrzydłami w pionie, pomijając już niepotrzebne ograniczenie przez ten fakt pola widzenia pilota? Pytanie szczególnie aktualne w epizodzie 7, gdzie reżyser umieszcza je w atmosferze planety Jakku.

Projektując statki kosmiczne, Lucas zainspirował się znów Drugą Wojną Światową – tym razem jednak na morzach i oceanach. Nawet nazwa „krążownik” (imperium) odnosi nas wprost do okrętów bojowych. Kształt i zachowanie krążowników imperium przypomina do złudzenia okręty wojenne. „Płyną” one w niewidzialnym kosmicznym oceanie, wszystkie niemalże na jednej płaszczyźnie, a trafione, czy bombardowane (a to już zupełnie inna anty-fizyczna ciekawostka z epizodu 8) dosłownie „toną” w wyobrażeniowym kosmicznym oceanie. Nie radzimy też nikomu przejażdżki „Sokołem Millenium” z Hanem i Chubaką. Przyspieszenie w kilka sekund od 0 do prędkości światła (ok 300.000 km/s) pozostawiłoby po nas jedynie delikatne palmy na tylnej ścianie kabiny. Ale starczy tego narzekania zapewne zbyt wymagającego widza. Następnym razem poszukamy w Star Wars wątków biblijnych.

o. Andrzej Jastrzębski OMI