Chrystus zmartwychwstał! Czy prawdziwie zmartwychwstał?

Skąd wiemy, że rzeczywiście Jezus żył, umarł i powstał z martwych? Czy nasza modlitwa przed krzyżem, to nie jeden wielki, przekręt wymyślony przez garstkę fanatyków sprzed dwóch mileniów?

Wiele jest opracowań i artykułów potwierdzających historyczność Jezusa i wydarzeń zawartych w Piśmie Świętym. Jest sporo dowodów osadzonych w realiach świata sprzed 2000 lat, potwierdza je kontekst historyczny i społeczny. Językoznawcy dorzucają swoje dowody. Nie starczyłoby serwera niniwa.org, żeby je tu wszystkie przytoczyć 😉 Można natomiast sięgnąć po książkę „Śledztwo w sprawie Jezusa” Antonio Socciego, która ciekawie prezentuje najważniejsze wątki w tej sprawie. Z udowodnieniem istnienia „niejakiego” Jezusa 2000 lat temu oraz Jego śmierci na krzyżu nie ma zatem problemu. Gorzej z dowodami na zmartwychwstanie Chrystusa.

Dochodzenie

W 2017 roku wypuszczony został film „Sprawa Chrystusa” o historii dziennikarza, który chce udowodnić, że Boga nie ma. Może nie jest to film najwyższych lotów, ale obrazuje ciekawe mechanizmy. Jedna z postawionych tam tez mówi, że kluczem do sprawy jest Zmartwychwstanie. Jeśli udowodnić, że Jezus nie zmartwychwstał, to chrześcijaństwo runie jak domek z kart. Wiele w tym racji. Ale tak samo jak ciężko udowodnić, że Jezus zmartwychwstał, tak samo trudno udowodnić, że tego nie dokonał! Cień zwątpienia rzucono już na samym początku historii Kościoła, gdy faryzeusze chcieli zatuszować tajemnicze wydarzenia przekupując żołnierzy, by mówili, że to uczniowie Jezusa wykradli Go z grobu. „I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego.” (Mt 28, 15)

Przez wieki i współcześnie Bóg dostarcza nam jednak kolejnych bodźców, porusza nasze racjonalne umysły, dając niejako dowody swojego istnienia. Robi to przez cuda, doświadczenia, wewnętrzne natchnienia itd. Wiele z tych „dowodów” jest niewidzialnych i poruszy tylko serce jednego człowieka, ale wiele jest dostępnych dla szerokiego grona, namacalnych i widocznych.

Ostateczny dowód?

Jednym z takich dowodów jest oczywiście Całun Turyński, świadek niemy, a jednocześnie najbardziej wymowny, jak często się o nim mówi. Jakiś czas temu grupa naukowców badających całun wydała ważne oświadczenie: „Dla nas, uczonych, możliwość sfałszowania odbicia na Całunie byłaby większym cudem aniżeli Zmartwychwstanie Chrystusa, oznaczałaby bowiem, że cała nauka XX wieku nie dorównuje umysłowi fałszerza z XV w., co chyba jest niedorzecznością” (za fronda.pl). Przytaczają na poparcie tego stwierdzenia kilkadziesiąt dowodów i szacują, że całun nie pochodził od ciała Jezusa wynosi 1 do 10 miliardów. Wydawałoby się, że sprawa jest zamknięta. Ale nie do końca. Co jakiś czas ktoś znajduje nowe sposoby na podważenie autentyczności całunu z nadzieją, że zawali się cały Kościół Katolicki. Znane jest sfałszowane badanie węglem C-14 (zła próbka, badanie niezgodne z procedurą itd.), które miało wykazać średniowieczne pochodzenie całunu.

Fani kosmicznych teorii spisku zasugerują z kolei, że to technologia obcych wypromieniowała odbicie na płótnie, tak jak wcześniej wybudowała piramidy w Egipcie. W sumie nie można tego wykluczyć, ale to niezbyt naukowe podejście. Przynajmniej do czasu, kiedy kosmici nie ujawnią się na Ziemi. A czy nawet wówczas? Pewna książka sci-fi, której tytułu i autora już nie pamiętam opowiadała historię lądowania na Ziemi sondy kosmicznej, która objawiła ludzkości całą wiedzę o wszechświecie, wyjaśniła wszystkie procesy, stworzenie wszechświata i tym samym miała wykluczyć istnienie Boga. Zaczęły się zamieszki, bo społeczeństwo nie mogło nie zareagować na takie rewelacje. Wierzący nie mogli i nie chcieli przyjąć, że to ostateczne wyjaśnienie. Zresztą, czy Pan Bóg nie mógłby stworzyć świata tak, żeby sam się stworzył? Szach mat!

Sedno sprawy

Dlaczego odpłynąłem w tak abstrakcyjne teorie i opowieści? Żeby pokazać, że nie ma granic poszukiwania prawdy o Bogu. Nie sposób nawet wyobrazić sobie sposobu na dowiedzenie Jego nieistnienia, a co dopiero przeprowadzenie takiego eksperymentu. Nie ma ostatecznego dowodu, bo zawsze jest wiara. Blaise Pascal, naukowiec, matematyk i fizyk, podszedł do tego od innej strony. Liczył, liczył i uznał, że wierzyć po prostu bardziej się opłaca.

Jeśli tylko ktoś chce, to dotrze do tej całej wiedzy i być może pomoże mu ona w wierze. Jeśli ktoś jest zamknięty, to nie pomoże mu nawet cud ukazany przed oczami, jak mówi Ewangelia: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą” (Łk 16, 31). I rzeczywiście. Wg chrześcijan tak się właśnie stało, a ludzie dalej nie mogą w to uwierzyć. Ciągle wątpimy. „Gdybym widział to na własne oczy, to bym uwierzył” – myślimy sobie często niczym święci Tomasze.

Trwa odwieczny wyścig między „za” i „przeciw”. Ale czy w ogóle o to chodzi, żeby cokolwiek udowadniać?

Krzysztof Zieliński