100 dni samotności? Nie. Coś świeżego

„Życie jest żywe”. Znacie to, prawda? Ojciec Tomek Maniura – to tak dla tej 0,001% która mogłaby nie wiedzieć, kto jest autorem tego zdania. Życie jest żywe. Jako pedagog specjalny dodałabym jeszcze, że ma objawy nadruchliwości i impulsywności. Przynajmniej mojemu taką postawiłabym diagnozę. I za nic w świecie nie chciałabym się na to leczyć.Jestem z tych, co twierdzą, że świat jest zbyt duży, zbyt piękny i zbyt ciekawy, a życie zbyt krótkie, żeby wracać dwa razy w to samo miejsce. Trzeci raz weszłam na camino. Ta droga mnie po prostu zniewala. I w życiu bym nie odkryła w sobie tego, do czego dochodzę, gdybym nie podjęła jej jeszcze raz i jeszcze raz.

Jak Msza, to tylko w Ameryce

Wylądowałam w Santiago. Myślę sobie – choć raz zrobię to jak człowiek, dam sobie czas na to, żeby na spokojnie tu pobyć, wejść do katedry, zostać na Mszy… weszłam. Święty Jakubie, gdzie jesteś, bo nie widać cię spod rusztowań, belek, styropianu i narzędzi. No cóż, grunt to być elastyczną. Pan w krawacie zarządzający budową wygląda na takiego, co może coś wiedzieć. Pytam więc grzecznie czy w całym tym galimatiasie jest odprawiana wieczorna Msza św. On mi na to:- Yes, in San Francisco.Zdębiałam. Naprawdę myślałam, że facet się ze mnie nabija i na Mszę św. wysyła mnie do Ameryki. Bo przecież będąc w Hiszpanii to takie naturalne, że najbliższa Msza jest w Ameryce. Tylko że to był San Francesco. I to jeszcze d’Assisi. Kościół przy katedrze pod wezwaniem św. Franciszka 😁.Czasem się zastanawiam czemu w końcu nie nauczę się tego angielskiego. Głupia nie jestem, po świecie trochę krążę, więc przydałby się. Ja chyba po prostu lubię ten poziom, kiedy mogę mówić całą sobą, żeby wyrazić, o co mi chodzi. Mówię pooowooolii i wyyraaźnieee i macham rękami i generalnie ludzie naprawdę mnie rozumieją. Gorzej tylko jak zaczynają odpowiadać. So, now „We are going to San Francisco…” :).

Technologia XXI wieku

Przerosła mnie. Niestety nie pierwszy raz. Wiecie, wybrałam się do Hiszpanii, namiot i te sprawy. Tylko że tu, teraz w kwietniu, jest istna Islandia. 5-7 stopni Celsjusza, od czterech dni leje na zmianę deszcz, śnieg i grad. Aż nucę pod nosem „Co ja tutaj robię…” („Killer”). Ano jestem. Generalnie wiem, że w dzisiejszych czasach można w ciągu minuty sprawdzić pogodę nawet na Alasce, tylko po co. Chyba nie umiem robić czegoś w sposób zaplanowany, ani też wiedzieć zbyt wiele o tym, co zamierzam. Z resztą od momentu podjęcia decyzji o camino do wyjścia z domu na pociąg i dalej na samolot minęło dokładnie 76 godzin, z czego pierwsze 24 po prostu siedziałam i się cieszyłam. Dopiero potem zaczęłam działać. I na tak przyziemną kwestię jak pogoda, najzwyczajniej w świecie, nie starczyło czasu.

We krwi

Ale idę w deszczu i się cieszę. Po prostu, z życia i ze świata, który jest dla mnie ciągłym zadziwieniem. Myślałam że robić coś w deszczu i się przy tym cieszyć, można tylko z NINIWĄ (takie dni, gdzie się jedzie w ulewie z radością, a normalnie by się czubka nosa z domu nie wystawiło). I to chyba prawda, bo ja już po prostu NINIWĘ mam we krwi. Dostała się do krwioobiegu i tam sobie krąży. Jeden znajomy brat zakonny, jak dowiedział się że idę, powiedział mi tylko – dużo się uśmiechaj. Przypomina mi się św. Urszula Ledóchowska, która pisała do swoich córek o apostolstwie uśmiechu – „bądźcie jak jasny promień słońca, który dla każdego ma ciepło i światło”. Niesamowicie mądra kobieta, czujecie to? Uśmiech narzędziem do apostolstwa. Zazwyczaj kojarzymy – apostoł – mam nim być, to będę szedł, głosił i nawracał. Tak, wszystko się zgadza, ale uśmiechem. Idź na ulicę i weź se sobą tylko uśmiech. Więc się uśmiecham. Do siebie. Do ludzi. Wiecie, widzę jedna podstawową różnicę pomiędzy moim camino cztery lata temu a teraz. Dziś o siebie dbam, a wtedy się na sobie wyżymałam.

Rozbijać namiot?

Trochę walki w głowie między męską dumą (ok, w żeńskim wydaniu, ale objawia się we mnie), honorem, niniwowym stylem a „cokolwiek robisz – myśl” i przede wszystkim – bądź szczęśliwa. Ok, NINIWO, przyznaję, zgrzeszyłam. Śpię w albergue. Jakoś bycie chorą na samym początku nie bardzo mi jest na rękę. Przydałoby się, żebym do celu doszła chociaż trochę żywa. Na namiot przyjdzie pora. Tak sobie marzę, że od Leon (nie wiem dlaczego akurat od Leon, nie pytajcie mnie, logika Wiesi) będzie już padał tylko deszcz, bez śniegu i gradu i może wtedy się da.

Kaj ten cel?

Jestem dla ludzi na szlaku zastanowieniem. Idę pod prąd. Zaczęłam w Santiago i idę do Madrytu. Ludzie drepczą na ślepo pochyleni pod ciężarem plecaków, nagle mijają mnie i jakby się ocknęli z letargu. Zaczynają myśleć. A to już coś. Przestają iść jak owce i może zadają sobie pytanie nad celem własnej drogi. Nad tym, czy w zasadzie idą we właściwym kierunku. Samochody zawracają na drodze. Czasem mam już dość, machnę ręką, pokażę, że jestem wariat i idę dalej. Ale z reguły przystaję na chwilę i z nieukrywaną radością małego sadysty patrzę jak opuszcza się szyba samochodu, i na twarzy kierowcy aż widać ten mozół, kiedy szare komórki pracują i próbują przejść z hiszpańskiego na angielski. Wreszcie usta z nieukrywaną dumą wypowiadają dwa słowa – wrong way. Kiedy ktoś mi mówi, czy to pieszy pielgrzym, czy kierowca, że idę złą drogą, odpowiadam, że każdy z nas idzie dobrą drogą, bo każdy idzie własną drogą. Trochę jest tak, że idziesz swoją drogą, a świat ci mówi „zawróć!”.

Co mi w głowie siedzi

Trochę refleksyjnie, wybaczcie, ale ja tylko idę, ciągle idę i najwięcej dzieje się po prostu we mnie. Dostałam smsa – niech cię Bóg prowadzi. Często tak sobie życzymy, prawda, a ja pomyślałam, że przecież Bóg zawsze prowadzi. Ważniejsze jest to, żebyśmy my dali się poprowadzić. Kiedyś na pielgrzymkach do Częstochowy śpiewaliśmy taką piosenkę, gdzie było „a Bóg map nie rozdaje”. Trochę tego nie rozumiałam, trochę się wkurzałam, jak nie rozdaje, jak rozdaje. Ano nie rozdaje. Map nie. Wskazuje nam cele, ale dróg jest wiele i po prostu tylko jedna jest nasza.Dziękuję Bogu za powołanie. Do bycia w drodze. Buen camino.

Katarzyna Wiesia Wasilewska