100 dni samotności [część 2]

Ktoś, kto mnie znał trochę lepiej, nie mógł pojąć pod jednym względem, jak zamierzam dojść pieszo z Polski do Santiago. To jest dziewczyna, która gubi się na własnym osiedlu. Zapytana o drogę w rodzinnym mieście, udaje że nie jest stąd. I do dziś spuszcza zawstydzony wzrok, gdy przy rodzinnym spotkaniu wujek wraca do historii, kiedy jako gimnazjalistka weszła do sklepu, który prowadzi w centrum miasta i oznajmiła mu, że nie wie jak wrócić do domu. Dla mnie samej jest to trochę pytanie z którym wyszłam i wróciłam nierozwiązanym. Mam takich kilka. W ogóle wychodziłam z domu trochę jak taki dzikus.

– A komórkę z dostępem do Internetu masz?
– Nie, no, taką cegłę, bardziej do samoobrony, niż do Internetu.
– A pieniądze?
– Yyy…, 200 zł w kieszeni. I kartę. Ale w sumie nie wiem, jak jej używać, bo nigdy jeszcze nie wypłacałam pieniędzy w bankomacie. Nie wiem, którą stroną się wkłada.

To nie była zamierzchła przeszłość. Rok 2015. Miałam 23 lata.

O dziwo był cel

Wtedy myślałam, że to brak organizacji. Dzisiaj powiedziałabym z nieukrywaną dumą, że już wtedy miałam w sobie coś z NINIWA Team! Nie miałam zaplanowanych noclegów. Idę, robię swoje i szukam tam, gdzie dana ilość kilometrów mnie zastanie. Ale siódmego dnia wydarzyło się coś nieoczekiwanego – wiedziałam, gdzie chcę dojść. Po prostu wyczytałam po drodze na tablicy informacyjnej, że na mojej trasie będzie opactwo benedyktyńskie. Chętnie zatrzymywałam się w kościołach, zakonach. Chyba podświadomie łudziłam się, że tam zawsze ktoś na nowo będzie nadawał mi sens tam, gdzie ja go już nie widzę.

Aż taka straszna nie jestem…chyba, że dla samej siebie

Wyszłam dość późno. Bo w domu, w którym spałam poprzedniej nocy, prababcia ze strachu przed obcym zatrzasnęła się w pokoju i trzeba się było dostać do niej jakoś przez piwnicę, postawić w progu domu i naocznie uzmysłowić, że „ta pani już wychodzi”. Więc „ta pani” już wyszła i miała przed sobą 45 km do przejścia. I kilka pęcherzy do przebicia po drodze, bo w południe nie dało się już iść.

Strasznie się na siebie wydzierałam. Wręcz naigrawałam się i przedrzeźniałam. To smutne, że nie umiejąc wtedy rozmawiać z innymi ludźmi, nie potrafiłam też być w zgodzie ze sobą. Albo raczej to drugie było naturalną przyczyną tego pierwszego. Summa summarum przedstawiałam sobą obraz dziewczyny idącej, wlekącej za sobą kijki trekkingowe i ryczącej „ojejku, dziubasku, szczypie? Ciekawe czemu? Weź się nie wygłupiaj i postaw tę nogę normalnie, jakby nic cię nie bolało. Nie dostaniesz podpory kijów, zanim nie zaczniesz normalnie iść”. Co było robić? Wlokłam kije, ale nogi faktycznie po paru krokach odzyskały rytm.

Wyhamowałam na piskaczach

Szłam. Wręcz biegłam. Z racji odległości i późnej godziny. Byłam nakręcona tylko jednym pragnieniem – wpaść do klasztoru, wtulić się w jakiegoś brata i się wypłakać. To było coś, co mnie motywowało, jeszcze chwila, jeszcze kawałek i otoczą mnie silne ramiona. Namiastka sensu, bezpieczeństwa i pokoju. Trzy kilometry przed opactwem wyhamowałam na pisakaczach i stanęłam jak wryta, bo uświadomiłam sobie jedną rzecz (dobrze, że dopiero wtedy bo inaczej nie wiem czy bym tam doszła tego dnia) – przecież benedyktyni to zakon mnisi, więc chyba bracia zachowują tam trochę więcej dystansu do świata zewnętrznego. I do tego, co z niego przybywa.

Zamiast

Wpadłam tam z pragnieniem wrzasku, płaczu i przytulenia, a dostałam coś zupełnie przeciwnego – ciszę, milczenie i dystans. Nikt o nic nie pytał. Na furcie tytułowali mnie „panią”. Ta cisza i milczenie było czymś najlepszym, co mogłam dostać na swój wewnętrzny wrzask.

Ameryki nie odkryłam

Dotarłam tam przed godziną 20. Brat popatrzył na mnie i stwierdził, że chyba nie dam rady zejść za 5 minut na modlitwy. Potwierdziłam to. Zapytał, o której wychodzę rano. Okazało się, że to będzie jeszcze przed ich jutrznią. Powolutku zaczęłam sobie uświadamiać, że gnam nie wiadomo dokąd na złamanie karku i mijam ludzi. Ludzi, których stawia przede mną Bóg. Wykańczam się fizycznie do granic możliwości, idę cały dzień, a potem padam i nie mam siły dostrzec, że ktoś obok jest. Że ma mi coś do zaoferowania. Że jest niepowtarzalną okazją do spotkania. Często spotkania się ze sobą. W relacji z Nim.

Katarzyna Wiesia Wasilewska

100 dni samotności [część 1]