Syndrom gotowanej żaby

Wiadomo, że wrzucona do gotującej się wody żaba momentalnie z niej wyskoczy. Jak oparzona. Ale jeśli włożymy ją do wody letniej i pomalutku zaczniemy podgrzewać, uśpimy czujność płaza, który w końcu się ugotuje. Głupia żaba, myślimy. My nie mądrzejsi. 

Eksperyment z gotowaniem żaby rzeczywiście został kiedyś przeprowadzony. I rzeczywiście wyszło tak, jak napisałem wyżej. Ten eksperyment ma zobrazować sytuację, w której dopasowujemy całą naszą energię by dostosować się do nieznacznie zmieniających się okoliczności. A kiedy nadchodzi moment krytyczny, już nie mamy sił by zareagować i ponosimy porażkę. 

Ten machanizm jest obecny wszędzie. Na przykład w ekonomii. Rząd chcąc doić społeczeństwo tak, by ono się nie zbuntowało, będzie zwiększał podatki bardzo powoli. Niezauważalnie. I może tak robić w nieskończoność. Teoretycznie. W rzeczywistości wiemy, że jednak wszystko ma swoją granicę. Powiadają, że syndromu gotowanej żaby używa też Putin w swojej polityce wobec Ukrainy. No tak to wygląda niestety. 

W zwykłym życiu przeciętnego Kowalskiego też mamy syndrom gotowanej żaby. Kiedy latami tolerujemy niezdrowe sytuacje albo toksyczne związki. Boimy się coś zmienić, bo uważamy, że nie ma innego wyjścia jak to znosić. Poświęcamy swoją emocjonalną równowagę tylko po to, by spełniać czyjeś fanaberie. Żyjemy w codziennym stresie i uważamy, że tak musi być. Aż w końcu ten stres nas zabija. Odżywianie. Tutaj to dopiero mamy syndrom gotowanej żaby. Jemy niezdrowo, a ponieważ stan naszego zdrowia pogarsza się niezauważalnie, jemy niezdrowo dalej. Dopiero kiedy po czterdziestce coś nam zaczyna wysiadać, próbujemy ratować sytuację jakimiś gwałtownymi ruchami typu kuracja, operacja, zmiana diety, szpital itd.

Specjaliści od inżynierii społecznej stosują tą taktykę namiętnie. Duże zmiany nie są wprowadzane za jednym razem, małymi krokami. Linia pomiędzy tym co w przestrzeni publicznej jest dopuszczalne, a tym co niedopuszczalne pomalutku się przesuwa. Nie chce nam się reagować, bo nie wiemy jak. Bo nie widzimy sensu. Niedawno na moją skrzynkę przyszedł mail zatytułowany: Organizacje gejów i lesbijek przejmą edukację seksualną dzieci w Warszawie?

I cóż ja tam czytam? A to, że prezydent Warszawy podpisał tzw Kartę LGBT. Co z tego wynika? Wynika, że otwarte zostały pierwsze drzwi dla Standardów Edukacji w Europie. Ze zgrozą czytam dalej, co te standardy nam oferują:

  w grupie wiekowej 0-4 lata autorzy standardów zalecają przekazanie dziecku informacji na temat: Radość i przyjemność z dotykania własnego ciała, masturbacja w okresie wczesnego dzieciństwa.

– w grupie 6-9 lat, w której oczekiwane jest dostarczenie wiedzy o różnych metodach antykoncepcji oraz pozytywnym wpływie seksualności na zdrowie i dobre samopoczucie

– w grupie 9-12 lat, można już, zdaniem seksedukatorów wymagać od dzieci w kontekście seksualności świadomości praw, wyborów i możliwości w tym postawy wolnego wyboru partnera           

– w grupie 12-15 lat, autorzy chcą, by uczniowie mieli już umiejętność negocjowania i komunikowania się w celu uprawiania bezpiecznego i przyjemnego seksu. 

Uwaga. Sprawdzałem to. Tam rzeczywiście są takie zapisy. To rzeczywiście jest pomysł na edukację dzieci. Czy naprawdę jestem aż taki staroświecki, skoro uważam, że coś tu jest nie halo? 

Na szczęście niektórzy rodzice wyskakują już z tej gorącej wody. Bo większej temperatury normalny człowiek nie wytrzyma. To już jest wrzątek moralny. Obyśmy byli choć trochę mądrzejsi od żaby. I zdążyli wyskoczyć tuż przed śmiercią. 

Adam Szefc Szewczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *